Przejdź do treści

Dr Jakub Danilewicz: „Mało lekarzy chce zajmować się takimi tematami. Dla mnie jest to misja!” – blaski i cienie bycia lekarzem

Fot. Magdalena Pachut Fotografia

Chociaż profesjonalny kitel i ogromna wiedza mogą tworzyć dystans, lekarz to też człowiek! Z jednej strony jest praca, która niesie ze sobą wiele emocji. Z drugiej, normalne codzienne życie. Jak to wygląda po tej drugiej stronie medycyny? Do swojego świata zaprosił nas lek. med. Jakub Danilewicz, urolog z Centrum Leczenia Niepłodności PARENS.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Często początek drogi zawodowej determinuje dalszą pracę. Czy już na starcie wiedział pan, że będzie zajmował się płodnością?

Lek. med. Jakub Danilewicz: Na trzecim roku medycyny odbyłem praktyki z urologii dziecięcej, co rozpoczęło moją przygodę z tą właśnie specjalizacją. Przede wszystkim spotkałem się wtedy z dziećmi bardzo poszkodowanymi przez los. Były to maluchy, u których na przykład nie można było oznaczyć płci. Spotkałem się z cierpieniem rodziców i siłą, z jaką uderza to w ich życie.

Później, w trakcie studiów, zacząłem dowiadywać się, że są różne problemy zarówno z płciowością pacjentów, jak i z ich orientacją. W międzyczasie zainteresowałem się też genetyką kliniczną. Będąc już na szóstym roku, tuż przed uzyskaniem dyplomu, podjąłem decyzję, że będzie to właśnie urologia. Nie chciałem jednak zajmować się klasycznymi przypadkami, które kojarzą się z tą specjalizacją, takie jak onkologia urologiczna, czy kamica nerkowa. Chciałem pracować z zagadnieniami pokroju leczenia niepłodności, genetyki klinicznej, seksuologii, zaburzeń tożsamości płciowej, w tym również zmiany płci.

Zdaje się, że dosyć szybko wiedział pan, jaką chce iść drogą?

Myślę, że wręcz przeciwnie. Idąc na studia medyczne ma się już wyobrażenie, która ścieżka będzie dla nas odpowiednia. Są klasyczne specjalizacje, takie jak kardiologia – zawał serca towarzyszy nam od zawsze. Natomiast rozwój cywilizacji i postęp powodują powstawanie coraz to nowszych problemów, które wcześniej w medycynie były nieznane. Mało lekarzy i naukowców chce się takimi tematami zająć. Często wiążą się one także z problemami natury etycznej. W Polskim społeczeństwie, które jest mocno katolickie, tego typu praca spotyka się z niechęcią i negowaniem. Gdy mówię o tym, że zajmuję się leczeniem in vitro, czy pracą z osobami homoseksualnymi, zdarza mi się być odrzucanym. Nawet ,wydawałoby się osoby wykształcone, uważają to za niemoralne, nieetyczne i niegodne lekarza. Dla mnie jest to jednak misja.

Coś, co wydaje mi się w tym kontekście istotne, to fakt, że lekarz nie pracuje tylko z emocjami pacjenta, ale także ze swoimi własnymi. Jak pan sobie z tym radzi?

Miałem o tyle prostszą sytuację, że pochodzę z rodziny, w której kwestie wyznania były bardzo niejednorodne. Nikt z moich rodziców nie był katolikiem. Wychowano mnie w duchu ekumenizmu oraz zrozumienia odmienności drugiego człowieka i odmienności religijnej, co jest niezwykle ważne w naszym państwie. Oczywiście znakomicie jest być heteroseksualnym katolikiem, który ma trójkę dzieci, ale już mało kto zdaje sobie sprawę, jak bardzo cierpi człowiek, który dzieci mieć nie może. Otoczenie na każdym kroku naciska, pojawia się presja w pracy i na wszystkich uroczystościach rodzinnych. Nie jest im to odpuszczane. Nie można się wtedy dziwić, że psychika wysiada, a ludziom odechciewa się żyć.

Tak samo ciężko mają ludzie o orientacji homoseksualnej, czy osoby transseksualne. Mężczyzna, który biologicznie jest mężczyzną, ale genderowo ma inną płeć – lub odwrotnie – jest tym wszystkim wykończony. Nie twierdzę, że takie osoby od razu powinny się nad wyraz eksponować, czy mieć szczególne prawa, ale każdy z nas ma jednakowe prawo do życia. Jeżeli ci ludzie są częścią naszego społeczeństwa, pracują i płacą podatki, to muszą być lekarze, którzy zrozumieją ich problemy i im w tym wszystkim pomogą.

Proszę zauważyć, że nie ma takiej specjalizacji jak andrologia, czy specjalizacji stricte zajmującej się leczeniem niepłodności. Problemy osób niemogących mieć dzieci, kwestia leczenia in vitro, czy spór toczący się wokół gender, zamiatane są w naszym kraju pod dywan. Udaje się, że ich nie ma, a tymczasem one narastają. Ci wszyscy ludzie są między nami, są częścią naszego społeczeństwa i zasługują na pomoc.

Na pewno są to problemy, które powodują olbrzymie cierpienie.

Zdecydowanie, chociaż paradoksalnie łatwiej jest nam zrozumieć alkoholizm, czy wszelkie inne uzależnienia, niż właśnie ludzi niemogących mieć dzieci, osoby homoseksualne, czy  transseksualne. Nie potrafimy im tego wybaczyć.

Mówi pan z ogromną pasją o swojej pracy. Padło też słowo „misja”. Czy rzeczywiście ma pan takie poczucie?

Tak, praca jest moją pasją i misją. Uważam, że pomoc takim ludziom jest wręcz moim powołaniem.

A czy czuje pan, że kariera zawodowa daje panu także siłę i napęd w innych dziedzinach życia?

Życie zawodowe lekarza musi być połączone z jego stylem życia. Jeżeli lekarz nie będzie wkładał serca w swoich pacjentów, nie odniesie sukcesu. Nie chodzi tu tylko o sukces finansowy, ale również o sukces wewnętrzny. Moment, gdy przychodzi pacjent i mówi: „Panie doktorze, dzięki panu żyję. Zdiagnozował mi pan raka, dzięki panu nie popełniłem samobójstwa, zacząłem biegać, jestem szczęśliwym człowiekiem”, jest nie do przecenienia. Tego, co człowiek czuje wtedy w środku, nie da się nawet do końca opisać słowami.

Na pewno nie jest to też łatwy zawód do pogodzenia z życiem osobistym.

Nie jest, natomiast mam szczęście bycia ojcem trójki dzieci. Mam 6-letnią córeczkę Hanię, która od września pójdzie do pierwszej klasy. Mam 4,5-letnią córeczkę Asią, która chodzi o przedszkola i 7-tygodniowego synka Jasia. Staram się godzić obowiązki zawodowe z wychowaniem dzieci. Poświęcam im bardzo dużo czasu, który spędzamy aktywnie. Zimą jeżdżę z nimi na nartach, latem wyjeżdżamy zaś nad morze Bałtyckie, bo jestem patriotą. Kocham mój kraj i uważam, że w Polsce jest mnóstwo fantastycznych miejsc, które warto poznać. Posiadam między innymi patent żeglarza jachtowego i uwielbiam rejsy!

Czy taki sportowy akcent, to dla pana forma dbania o siebie?

Tak, sport jest bardzo ważnym elementem życia mojego i mojej rodziny. Kilka tygodni temu wróciłem  z Bieszczad, gdzie jeździliśmy z córkami konno. Na wyjazd zabrałem też miesięcznego syna. Wszyscy pukali się w głowę. Stwierdziłem jednak, że skoro 500 lat temu ludzie pakowali swoje małe dzieci na statki i przemierzali ocean, to dlaczego ja nie mogę samochodem pojechać z dziećmi w Bieszczady?!

Wydaje się, że nieustannie jest pan z ludźmi. Czy jest czas, który spędza pan samotnie?

Nie wyobrażam sobie tego! Każdą wolną chwilę, jaką tylko mam, poświęcam rodzinie. Nauczyłem córki jeździć na nartach, nauczyłem je pływać, jeździć na rowerze i konno. Planuję nauczyć je także strzelać, dlatego że jestem również członkiem sekcji strzeleckiej Wojskowego Klubu Sportowego „Wawel”.

Kolejna dziedzina! Rozumiem, że jest pan człowiekiem renesansu?

Kilka osób próbowało mnie tak nazwać, niestety mam jedną kluczową wadę… nie potrafię malować! Ludzie żyjący w tym okresie byli artystami, ja niestety nawet piszę tak, że sam nie potrafię siebie odczytać. Za to moja córka Hania pięknie rysuje i jest uzdolniona plastycznie. Jestem prawdziwie dumnym tatą!

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Depresja w ciąży dotyka co piątą kobietę. Nowe standardy opieki okołoporodowej pozwolą dostrzec problem

Brzuch ciążowy kobiety z kokardą i napisem: Loading /Ilustracja do tekstu: Depresja w ciąży dotyczy co 5 kobiety
Fot. Pixabay

Ministerstwo Zdrowia opracowało nowe standardy opieki okołoporodowej. Wprowadzają one m.in. obowiązek oceny ryzyka rozwoju depresji u kobiet w ciąży. Badania naukowe wskazują, że problem ten może dotyczyć nawet co piątej ciężarnej. Lekarze twierdzą jednak, że depresja w ciąży występuje niezmiernie rzadko. Skąd te rozbieżności?

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W ubiegłym tygodniu w mediach ukazał się wywiad z ginekologiem-położnikiem drem Januszem Pałaszewskim. Czytamy w nim:

„(…) Przez 25 lat swojej pracy zawodowej nie spotkałem się z przypadkiem, żeby kobieta wskazywała na problem psychiczny w związku z ciążą. Jest to na tyle marginalne zjawisko, że nie jestem przekonany, czy trzykrotne wykonanie testu u każdej pacjentki jest rzeczywiście sensowne. Nie wiem też, jak cały proces miałby wyglądać od strony organizacyjnej. (…) Z całym szacunkiem do lekarzy, przecież nie wszyscy mamy odpowiednie kompetencje, aby interpretować wypowiedzi pacjentów pod kątem ich samopoczucia emocjonalnego i ewentualnych zaburzeń. Wątpię, aby ten pomysł się przyjął, choć sama idea jest jak najbardziej słuszna”.

CZYTAJ TEŻ: Szykują się zmiany w standardach opieki okołoporodowej. Resort opracował nowe rozwiązania

Czy zatem depresja u kobiet w ciąży występuje na tyle rzadko, że ginekolodzy nie spotykają się z tym problemem? A może – istotnie – nie mają wiedzy pozwalającej na właściwą diagnozę? O komentarz poprosiliśmy dr Annę Rebekę Szczegielniak, przewodniczącą Sekcji Kształcenia Specjalizacyjnego Oddziału Śląskiego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

 


Dr Anna Rebeka Szczegielniak:

Badania naukowe podają, że w zależności od populacji, depresja może dotykać nawet 1/5 wszystkich kobiet w ciąży. Ciąża to niewątpliwie okres wielkich zmian w życiu – zdrowie psychiczne pacjentki powinno więc być istotne dla wszystkich osób zaangażowanych w opiekę nad ciężarną, a w szczególności dla lekarzy ginekologów.

Rozpoznanie depresji i postawienie odpowiedniej diagnozy zawsze leży po stronie specjalisty psychiatrii i dotyczy sytuacji, w których badana osoba spełnia konkretne, ogólnie przyjęte kryteria diagnostyczne (które nacisk kładą na czas trwania – 2 tygodnie – oraz natężenie objawów). Jednocześnie należy podkreślić, że pierwszą osobą, która może i powinna wychwycić negatywne zmiany w zakresie nastroju i napędu pacjentki, jest lekarz ginekolog. To właśnie z nim pacjentka widuje się regularnie, a ważnym aspektem tych wizyt kontrolnych jest zebranie wywiadu. Powinien on obejmować ocenę ogólnego samopoczucia pacjentki.

Gdy rzeczywistość odbiega od wyobrażeń

Wydaje się, że szeroko promowany obraz ciąży jako okresu pełnej szczęśliwości, pozbawionego trudności, gdy każdy dzień wita się uśmiechem i radosnym wyczekiwaniem, odbiega od rzeczywistości. Z tego powodu pacjentki, które cierpią przez objawy depresji, na wczesnym etapie rzadko szukają pomocy. Wpadają w zamknięty krąg wyrzutów sumienia i ogromnego poczucia winy, że nie przeżywają tego okresu w sposób, jaki media promują jako prawidłowy.

Silna presja społeczna wywołuje wstyd, obniżoną samoocenę, a także stopniowe wycofywanie się z kontaktów społecznych. Z jej powodu kobiety często same przed sobą nie będą potrafiły przyznać, że potrzebują specjalistycznej pomocy. Innym aspektem jest strach przed psychiatrycznym leczeniem farmakologicznym, które często kojarzone jest bardzo negatywnie. Zdarza się, że to dopiero rodzina zgłosi lekarzowi, że nastąpiła niepokojąca zmiana zachowania, która się utrzymuje przez dłuższy okres i wpływa na codzienne funkcjonowanie nie tylko pacjentki, ale wszystkich bliskich.

CZYTAJ TEŻ: Lily Allen po raz pierwszy tak szczerze o stracie dziecka. Wokalistce obrywa się za szczerość

Depresję w ciąży można leczyć na wiele sposobów

Relacjonowany w sposób ciągły obniżony nastrój i napęd, płaczliwość, apatia, wycofanie, zaburzenia snu i apetytu, utrata zainteresowań i odczuwania przyjemności, zaburzenia koncentracji, męczliwość, ale też niepokój czy lęk powinnydać jasny sygnał lekarzowi prowadzącemu, że potrzebna jest specjalistyczna pomoc. Oczywiście zmiany fizjologiczne zachodzące w organizmie w trakcie ciąży będą wpływać w sposób bezpośredni na aktywność i nastrój pacjentki, ale – jednocześnie – mogą zaostrzać przebieg epizodu depresyjnego. Część z wymienionych wyżej objawów może pojawić się w ramach naturalnego przebiegu ciąży, jednak należy podkreślić, że ich stałość i utrzymywanie się przez dłuższy czas będzie sugerowało konieczność podjęcia diagnostyki i leczenia.

Na samym początku należałoby również uświadomić pacjentkę, że nie w każdej sytuacji konieczne jest wdrażanie leczenia farmakologicznego. Istnieje wiele możliwych opcji terapeutycznych, które zależą od stanu i potrzeb pacjentki. Decyzja zawsze będzie należała do osoby konsultowanej i konsultującego psychiatry. Kobietę należy też uświadomić, że nieleczona depresja może nieść ze sobą wiele negatywnych konsekwencji, które są udokumentowane w badaniach naukowych.

ZOBACZ TAKŻE: Stres w ciąży a zdrowie dziecka. Przełomowe odkrycie naukowców potwierdza długoletnią tezę

Prosty test na depresję w ciąży powinien być częścią rutynowych badań kontrolnych

W świetle nowych wytycznych opieki okołoporodowej cieszy nacisk na wdrożenie badań przesiewowych depresji. Skala depresji Becka jest jednym z najczęściej stosowanych narzędzi oceny nasilenia objawów chorobowych. Test tego typu jest prosty i nie wymaga skomplikowanej interpretacji. Składa się z 21 pytań. Pacjentka wybiera z grupy twierdzeń t, które najbardziej pasuje do jej sytuacji. Na tej podstawie nie stawia się ostatecznej diagnozy, ale łatwo można wyłuskać te osoby, które potrzebująpomocy, i skierować je na konsultację do psychiatry.

Należy podkreślić, że wśród ekspertów panuje zgoda, że badania przesiewowe w kierunku depresji powinny być częścią rutynowych badań kontrolnych ciężarnych. Dzięki temu osoby, które wymagają profesjonalnej pomocy, mogłyby być zdiagnozowane wcześnie i uniknąć negatywnych skutków nieleczonej depresji – te zaś dotykają zarówno matkę, jak i płód. Należy dążyć do wdrażania tych schematów, aby zaburzenia psychiczne u kobiet w ciąży przestały być tematem tabu, którego boi się nie tylko rodzina, ale i pracownicy ochrony zdrowia.

POLECAMY TAKŻE: Niepłodność i depresja często idą w parze. Ale ten związek może być inny, niż podejrzewasz

Anna Rebeka Szczegielniak

Lekarka rezydentka na Oddziale Psychiatrii Klinicznej Wielospecjalistycznego Szpitala Powiatowego w Tarnowskich Górach oraz doktorantka na Klinice Rehabilitacji Psychiatrycznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach pod opieką dr hab.n.med. Marka Krzystanka. Posiada tytuł zawodowy magistra fizjoterapii oraz tytuł zawodowy lekarza (Śląski Uniwersytet Medyczny). Jej zainteresowania badawcze oscylują wokół seksuologii, uzależnień behawioralnych, psychiatrii transkulturowej. Obecnie jest przewodniczącą Sekcji Kształcenia Specjalizacyjnego Oddziału Śląskiego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, Sekcji Fizjoterapii w Psychiatrii Polskiego Towarzystwa Fizjoterapii, a także badawczej grupy roboczej w ramach Europejskiej Federacji Rezydentów Psychiatrii (European Federation of Psychiatric Trainees). Od ponad dekady zaangażowana w działania rzecznicze na polu zdrowia i praw reprodukcyjnych i seksualnych.

Eksperci alarmują: wyszczepialność jest zbyt niska, by gwarantować odporność. Grozi nam epidemia?

Chłopiec badany stetoskopem przez lekarza /Ilustracja do tekstu: Gruźlica: groźna dla płodności, a nawet życia
Fot.: Pixabay.com

Choroba, którą prawie udało się wyeliminować, w ostatnich latach znów o sobie przypomina. Okazuje się, że zagrożenie dotyczy również Polski. Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny poinformował, że w 2017 r. wyszczepialność przeciwko odrze spadła poniżej bezpiecznego progu.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zgodnie ze wstępnymi danymi Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH) za 2017 rok, wyszczepialność przeciwko odrze wynosi w Polsce obecnie mniej niż 95 proc. Oznacza to, że liczba osób zaszczepionych spadła poniżej dolnej granicy gwarantującej odporność populacyjną – wyjaśniła dr Iwona Paradowska-Stankiewicz, konsultant krajowy ds. epidemiologii, podczas niedawnej konferencji zorganizowanej z okazji Europejskiego Tygodnia Szczepień. Celem wydarzenia było podkreślanie roli szczepień w profilaktyce zdrowotnej dzieci i dorosłych.

Niska wyszczepialność przeciwko odrze to powód do obaw

Eksperci wyjaśnili, że w ubiegłym roku odsetek osób zaszczepionych jedną dawką skojarzonej szczepionki MMR (przeciwko odrze, śwince i różyczce) wynosił 94 proc., a dwiema dawkami – 93 proc. I choć sytuacja w Polsce jest wciąż lepsza niż w innych krajach europejskich, obniżający się poziom wyszczepialności populacji jest powodem do niepokoju. Szczególnie, że na świecie rośnie liczba zachorowań na odrę.

Odra niesie śmiertelne zagrożenie

W 2017 r. w Europie odnotowano ponad 21 tysięcy przypadków odry, a 37 osób z jej powodu zmarło. Wśród tych chorych odsetek osób niezaszczepionych wahał się od 72% (w grupie wiekowej 25-29 lat) do 96% (w grupie dzieci do 1. roku życia, które są zbyt małe, aby mogły zostać poddane szczepieniom przeciwko odrze).

W Polsce ryzyko wzrostu zachorowań na odrę wynika z napływu ludności z krajów, w których programy szczepień ochronnych nie są realizowane w pełni (chodzi głównie o Ukrainę). Rosną też w siłę ruchy antyszczepionkowe; liczba rodziców, którzy unikają szczepienia dzieci, stale się zwiększa.

ZOBACZ TEŻ: Szczepienie przeciwko odrze pomaga dzieciom bardziej, niż sądzono

Groźne konsekwencje braku szczepień przeciwko odrze

Tymczasem odra jest chorobą, która często powoduje istotny uszczerbek na zdrowiu. Aż 25% chorych wymaga hospitalizacji. Ci, którzy doświadczają łagodnego przebiegu choroby, niejednokrotnie mierzą się z późniejszymi groźnymi powikłaniami. Wirus odry uszkadza bowiem nabłonek dróg oddechowych, a to sprzyja ciężkim nadkażeniom bakteryjnym, których następstwami mogą być m.in. zapalenie płuc, zapalenie krtani i tchawicy lub zapalenie ucha środkowego. Zdarza się również uszkodzenie rogówki oka, a u jednej na 1000 zakażonych osób rozwija się groźne zapalenie mózgu, które może doprowadzić do dysfunkcji narządu słuchu lub niepełnosprawności intelektualnej.

Obecny na konferencji prof. Leszek Szenborn, specjalista chorób zakaźnych z Katedry i Kliniki Pediatrii i Chorób Infekcyjnych Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, podkreślił, że w Polsce jest wciąż wiele do zrobienia w kwestii profilaktyki epidemii odry. Przypomniał, że gdy przed kilkoma laty na odrę zachorowało kilkudziesięciu Amerykanów, głos w tej sprawie zabrał Barack Obama. Prezydent USA wyraził wówczas zdecydowane poparcie dla stanowiska lekarzy i autorytetów naukowych w kwestii szczepień.

– Co powiedział amerykański prezydent? „Rozumiem, że niektórzy rodzice mogą mieć różne obawy, ale nauka jest niepodważalna”. Co mówią polscy politycy? Że rozumieją obawy – zauważył.

Główny Inspektor Sanitarny Marek Posobkiewicz przypomniał z kolei, że w latach powojennych na odrę chorowało ponad 100 tys. osób rocznie, a 100-200 z nich umierało z powodu powikłań.

– Kiedy w 1975 roku wprowadzono obowiązkowe szczepienia, w ciągu kilkunastu lat liczba zachorowań zmniejszyła się do kilkudziesięciu przypadków rocznie – podkreślił.

CZYTAJ TEŻ: Ważny wyrok ws. odmowy wykonania szczepień. Wpłynie na ruch antyszczepionkowy?

Bezpieczni w kokonie

Eksperci przypomnieli, że szczepienia przeciwko odrze są naszym zbiorowym obowiązkiem – jako społeczności, która powinna chronić zdrowie zarówno swoje, jak i osób z mniejszą odpornością.

– Nie powinniśmy obserwować przypadków choroby, na którą istnieje skuteczna szczepionka. Dziś ważne jest to, aby szczepić wszystkie zdrowe dzieci. Żeby te, które z przyczyn medycznych nie mogą być zaszczepione, też były bezpieczne poprzez tzw. kokon, otoczkę dookoła zaszczepionych osób – podkreślała.

Źródło: zczepienia.pzh.gov.pl, mp.pl

Więcej na temat odry i jej profilaktyki przeczytasz TUTAJ.

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.