Przejdź do treści

Czy i jak chemia przemysłowa wpływa na płodność?

Lekarze alarmują: wszystko, czego używamy, począwszy od pasty do zębów, kończąc na płynie do naczyń i innych środkach czystości, może zmniejszyć potencjał rozrodczy. Nie jest to nowe, zaskakujące stwierdzenie, ale temat powraca dzięki pracom amerykańskich uczonych.

W naszym życiu chemii przemysłowej jest zdecydowanie za dużo, a powinno być jej jak najmniej, choćby po to by uchronić siebie i kolejne pokolenia przed poważnymi, zdrowotnymi konsekwencjami. Każda rzecz, której używamy na co dzień bowiem wpływa na nas i choć wydaje się, że potrafimy się zabezpieczyć, to jest to tak naprawdę pobożne życzenie.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Profesor Amber Cooper z Washington University School of Medicine (w St. Louis) oraz dr Pat Hunt wydały prace, opublikowane właśnie przez prestiżowe „PloS One” i „PloS Genetics”. Pierwsza z wymienionych autorek podjęła temat wpływu codziennej chemii na ryzyko przedwczesnej menopauzy, druga zaś dowodziła, iż zagrożenie jest podobne w przypadku  prawidłowej produkcji plemników.

Cytując Gazetę Wyborczą, „ zespół kierowany przez prof. Cooper przeanalizował dane pochodzące od ponad 31 tys. osób, w tym prawie 1,5 tys. kobiet, które przeszły już menopauzę. Średnia ich wieku w momencie badania wynosiła 61 lat, żadna z nich nie stosowała hormonalnej terapii zastępczej, żadna z nich nie miała usuniętych jajników. Naukowcy przede wszystkim postanowili sprawdzić stężenie we krwi badanych 111 związków chemicznych podejrzewanych o to, że mogą wpływać na żeńskie hormony. Związki te od prawie trzech dekad określa się jako „endocrine disruptors”, co można przetłumaczyć jako „hormonalne zaburzacze”. W ten sposób naukowcy opisują związki chemiczne, które są bardzo podobne do cząsteczek naturalnych hormonów, przez co mogą zaburzać pracę całego organizmu, gdyż układ hormonalny jest jednym z głównych elementów, które tę pracę kontrolują”. Zaburzaczami są natomiast m.in. DDT, bisfenol A (BPA), DDT, polibromowane etery difenylowe (PBDEs) i ftalany (sole i estry kwasu ftalowego). To związki chemiczne różnych klas, a są wytworami przemysłu, w tym farmaceutycznego. Gdzie się znajdują? W kosmetykach, lekach, pestycydach, opakowaniach żywności czy kwitach bankomatowych. Prof. Cooper skupiła się na jednym z wielu zaburzeń, jakie owe związki wywołują, czyli przedwczesnej menopauzie.  „Po porównaniu wszystkich otrzymanych wyników okazuje się, że narażenie na zbyt częsty kontakt z zaburzaczami hormonalnymi może przyspieszać menopauzę nawet o cztery lata” – napisała w swoim artykule dla „PloS One” – Wiele z tych związków jest poza naszą kontrolą, gdyż znajdują się glebie, wodzie i powietrzu. Ale na niektóre możemy wpływać. To niekiedy proste codzienne sytuacje, jak np. podgrzewanie obiadu czy kolacji w mikrofalówce. Najczęściej używamy przy tym plastikowych pojemników, a to błąd. O wiele lepsze – bezpieczniejsze dla zdrowia – są opakowania szklane lub papierowe”. Według Amerykanki do nawyków powinno wejść sprawdzanie zawartości związków chemicznych  na opakowaniu.

Jeśli chodzi o artykuł dr Pat Hunt, która na co dzień zajmuje się bisfenolem A (BPA), czyli produktem kondensacji fenolu i acetonu stosowanym do produkcji tworzyw sztucznych. Gdzie się znajduje? Wszędzie –  to składnik m.in. plastikowych butelek i płyt cd.  – Od prawie 50 lat obserwujemy, że w nasieniu mężczyzn jest coraz mniej plemników. To koreluje z coraz powszechniejszym używaniem substancji chemicznych, w tym bisfenoli – stwierdza uczona. 2 lata temu ona i francuscy badacze poddali badaniu 26 tysięcy par leczonych z niepłodności – wyniki były następujące:  u mężczyzn liczba plemników spadała średnio o 2 proc. rocznie przez 17 lat trwania obserwacji. Okazało się, że nie tylko bisfenole zawiniły, bo także leki, które dostają się do środowiska np. ze ściekami do gleby, mowa tu głównie o estradiolu, stosowanym w antykoncepcji hormonalnej. Hunt przeprowadziła eksperymenty na myszach, dowodząc, że ów hormon i BPA mogą negatywnie wpływać na prawidłową produkcję plemników. Ten drugi został zakazany przez Unię Europejską w 2010 roku – chodziło o wykorzystanie go w produkcji butelek dla niemowląt. Już wtedy bisfenol uważany był za groźny. – Wyniki badań pokazują, że bisfenol A może wpływać na rozwój dziecka, jego odporność, a nawet sprzyjać powstawaniu niektórych nowotworów – tłumaczył tę decyzję wtedy unijny komisarz ds. zdrowia i ochrony konsumentów John Dalli. Batalia trwa jednak nadal i nie wiadomo, czy ostatnie badania zmienią przekonanie rządzących o tym, że poziom bisfenolu w przedmiotach codziennego użytku nie stanowi żadnego zagrożenia. 

 

 

za: Gazeta Wyborcza, opracowała Karolina Błaszkiewicz

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Ta akcja odmieniła jego życie! Strażak uratował dziewczynkę, później ją adoptował

Strażak uratował dziewczynkę, później ją adoptował.
fot. Facebook - Marc Hadden

Czyn tego strażaka stał się w ostatnich dniach tematem szeroko komentowanym przez media na całym świecie. Strażak uratował dziewczynkę. Potem po raz drugi podarował jej życie.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Pochodzący z Karoliny Południowej strażak Marc Hadden uratował już dziesiątki ludzkich istnień. Jednak ta akcja w jego karierze była wyjątkowa i całkowicie odmieniła jego życie.

Początek historii miał miejsce 14. listopada 2011 roku. Marc Hadden był właśnie w trakcie obiadu, kiedy otrzymał zgłoszenie na numer alarmowy. Pomocy potrzebowała kobieta skarżąca się na silny ból brzucha.

Zobacz także: Policjant adoptował dziecko bezdomnej narkomanki

Strażak pomógł rodzącej

Na miejscu okazało się, że kobieta była w zaawansowanej ciąży, z czego nie zawała sobie sprawy. Tym sposobem Marc przyjął pierwszy w swoim życiu poród.

– To było niesamowite słyszeć płacz dziecka – wspomina strażak. Nie spodziewał się, że dwie doby później będzie już ojcem uratowanej dziewczynki…

Zobacz także: Dał jej życie dwa razy – najpierw adoptował, później oddał część wątroby

Strażak uratował dziewczynkę, później ją adoptował

Następnego dnia żona Marca – Beth udała się do szpitala, żeby sprawdzić stan zdrowia świeżo upieczonej mamy i jej dziecka. Okazało się, że kobieta nie czuła się na siłach, aby wychować córeczkę. Podjęła decyzję o przekazaniu dziecka do adopcji.

Marc i Beth mieli już dwoje synów, jednak od dawna marzyli o trzecim dziecku. Ze względu na komplikacje związane z dwiema pierwszymi ciążami, jedynym wyjściem dla małżeństwa była adopcja. Para podjęła decyzję w jednej chwili.

– Modliłam się o adopcję od lat – opowiada Beth. – Wtedy w szpitalu ta kobieta popatrzyła na mnie i powiedziała: „chcę, abyś adoptowała moje dziecko”. Zadzwoniłam do Marca i poznajmiłam: „chyba będziemy mieli dziecko”.

Po 48 godzinach dziewczynka o imieniu Rebecca Grace była już w domu małżeństwa. – Zawsze marzyłem o córeczce. To wspaniałe – przyznaje Hadden.

Dziewczynka ma już sześć lat i zna swoją historię. Jak śmieje się Marc, Rebecca opowiada nawet ludziom o tym, jak tatuś pomógł jej przyjść na świat.

Marc Hadden z rodziną // fot. Facebook – Marc Hadden

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: people.com, independent.co.uk

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Resort zdrowia walczy z in vitro? „To ostateczność”

in vitro, inseminacja
fot. Fotolia

Trzy publiczne kliniki leczenia niepłodności muszą pisemnie zapewnić Ministerstwo Zdrowia, że nie używają sprzętu medycznego do zabiegów in vitro. Wynika to z podejrzenia nieprawidłowości w realizacji programu prokreacyjnego – informuje TOK FM.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W ubiegłym roku Ministerstwo Zdrowia wybrało 16 ośrodków, w których do 2020 roku realizowany będzie rządowy program prokreacyjny. Znalazły się wśród nich trzy podmioty, które wcześniej otrzymały zgodę na prowadzenie procedur in vitro. Resort nie życzy sobie jednak, by sprzęt, który sfinansował, był obecnie wykorzystywany do zabiegów zapłodnienia pozaustrojowego.

– Założenie procedury konkursowej było takie, że ten sprzęt i środki mają być wykorzystane wyłącznie w diagnostyce w ramach programu prokreacyjnego (…). Mamy obowiązek dopilnować, aby sprzęt i publiczne środki finansowe, które są przekazywane do realizatorów poszczególnych programów, były wykorzystywane zgodnie z umowami – mówiła w rozmowie z TOK FM Józefa Szczurek-Żelazko, sekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

In vitro na cenzurowanym?

Minister zapytana, dlaczego resort widzi problem w użytkowaniu sprzętu również w zabiegach in vitro, tłumaczyła to odmiennymi celami programu prokreacyjnego. Uwzględniały one promowanie zdrowia prokreacyjnego, wczesną diagnostykę problemów związanych z płodnością i „kompleksowe traktowanie pary, a nie tylko stosowanie procedur wobec kobiety”.

– Procedura in vitro jest ostatecznością, która nie do końca jest skuteczna. Mamy wiele dowodów na to, że te procedury kończą się niepowodzeniami. Wiele problemów z płodnością związanych jest z nieprawidłowym stylem życia, używkami, problemami zdrowotnymi. Zdiagnozowanie tych problemów prowadzi do sukcesu. Ingerowanie na takim wczesnym, niezdiagnozowanym etapie z in vitro, jest nieskuteczne – mówiła Szczurek-Żelazko w TOK FM.

Pismo od Ministerstwa Zdrowia otrzymało m.in. Uniwersyteckie Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka w Warszawie. Sposób wykorzystywania dotacji ma zostać skontrolowany przez resort.

Źródło: tok.fm

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Receptą jest multitasking

O ginekologii, niepłodności, feminizmie i życiu codziennym – prof. Kristiną Gemzell-Danielsson rozmawiała z Kariną Sasin. Poniżej publikujemy wybrane fragmenty tego poruszającego wywiadu, a cały można przeczytać w grudniowym wydaniu naszego magazynu.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Jak to się stało, że zostałaś lekarką?
Kristiną Gemzell-Danielsson: 
Myślę, że zrobiłam to z ciekawości.

Brzmi intrygująco. Z jakiego powodu wybrałaś specjalizację z położnictwa i ginekologii?
Płodność i jej regulacja są fundamentalnymi aspektami życia nie tylko każdego z nas, lecz także całego społeczeństwa. To prawdziwie globalny kontekst. Istotne i pilne jest przekształcanie wiedzy akademickiej w stosowane na co dzień wytyczne, w zasady, których trzymają się lekarze. Ta specjalizacja jest bardzo obszerna, zawiera endokrynologię, choroby zakaźne, chirurgię (którą kocham!) czy psychiatrię… Jako ginekolog można pracować w szpitalu czy w poradni, a praca zespołowa jest tym, co sprawia mi największą przyjemność.

Twoje zainteresowania naukowe są bardzo szerokie, od antykoncepcji i aborcji do niepłodności i strat ciąży. Który z tematów jest Ci najbliższy i dlaczego?
Wszystkie one są fragmentami większej układanki – rozrodczości i wszystkie one mają fundamentalne znaczenie dla każdego z nas, tak jak płodność i metody jej regulacji. Myślę, że próba oddzielania od siebie tych dwóch aspektów jest bardzo powierzchowna, gdyż oba są integralną częścią życia każdego człowieka.

Co Twoim zdaniem jest największym zagrożeniem dla zdrowia reprodukcyjnego w Szwecji oraz w Europie? Jakbyś rozwiązała te problemy?
Podwójne standardy, niedocenianie olbrzymiej roli zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego oraz faktu, że prawa reprodukcyjne to część fundamentalnych praw człowieka, a także ciągłe ataki ze strony fundamentalistów z ruchów „anti-choice” są bardzo niepokojące. Na krajowym podwórku gigantyczna reorganizacja sztokholmskiego systemu opieki zdrowotnej polegająca na przeniesieniu większości opieki ze szpitali do podstawowej opieki zdrowotnej jest największym zagrożeniem dla badań naukowych, kształcenia oraz jakości opieki.
Wyzwaniem pedagogicznym jest takie dokonanie zmiany w sposobie myślenia społeczeństwa i polityków, by zrozumiano rolę prewencji, a nie tylko skupiano uwagę i środki na samym leczeniu. Myślę również, że ściślejsza współpraca z organizacjami branżowymi wpłynęłaby pozytywnie na decyzje polityczne.

Czy uważasz się za feministkę? Czy pomaga Ci to w praktyce klinicznej?
Tak, uważam się za feministkę i mam nadzieję, że to pomaga w pracy.

Płodność, kwestia praw reprodukcyjnych zawsze są kluczowym elementem feminizmu.

 

————————-

Kristina Gemzell-Danielsson – profesorka położnictwa i ginekologii na Karolinska Institutet w Sztokholmie. Członkini The Nobel Assembly at KI. Autorka pionierskich badań nad receptywnością endometrium i zastosowaniami w leczeniu niepłodności, nowych metodach antykoncepcji oraz aborcji. Jest członkinią licznych towarzystw naukowych, m.in. FIAPAC i ESC. Klinicznie pracuje jako starsza specjalistka położnictwa i ginekologii w Szpitalu Uniwersyteckim Karolinska.

Pełny tekst wywiadu jest dostępny po angielsku TUTAJ

Tu kupisz najnowszy, grudniowy numer magazynu Chcemy Być Rodzicami w którym przeczytasz cały wywiad

Karina Sasin

Lekarka, naukowczyni, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)

Kriokonserwacja – pod troskliwą opieką 

Wiele osób nadal nie zdaje sobie sprawy, jak ważnym etapem zabiegu in vitro jest zabezpieczenie zarodków w celu ich przechowywania, czyli kriokonserwacja. Wiedza i doświadczenie embriologów, którzy zajmują się właśnie tym etapem zapłodnienia pozaustrojowego, są szczególnie istotne. W nOvum uważa się, że procedura in vitro zostaje zakończona dopiero po transferze ostatniego zamrożonego zarodka. 

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zarodki, które nie zostały wykorzystane, czyli podane do macicy podczas transferu w 2.–3. lub 5. dobie od zapłodnienia, poddaje się procesowi zamrożenia w ciekłym azocie – jest to właśnie tzw. kriokonserwacja. Zarodki przebywają w kriostatach, czyli wielkich termosach utrzymujących temperaturę ok. -190 stopni, w warunkach monitorowanych 24h/ dobę, i czekają na odpowiedni moment na transfer.

Czas przechowywania embrionów nie wpływa na powodzenie leczenia, czego najlepszym dowodem są narodziny zdrowej dziewczynki po leczeniu rodziców w warszawskiej klinice nOvum. W 2001 roku urodził się jej „brat bliźniak”, ona zaś przyszła na świat… 11 lat później!

Kriokonserwacja zarodków – dlaczego wszystkie laboratoria embriologiczne mrożą zarodki?

„Dlatego, że jest to obecnie jedyna znana nauce metoda umożliwiająca przechowywanie i przeżycie zarodków poza organizmem matki – mówi dr Katarzyna Kozioł, Senior Clinical Embryologist ESHRE, embriolog kliniczny PTMRiE, dyrektor ds. medycznych nOvum. –Zarodki bardzo dobrze znoszą przechowywanie. Mamy już w nOvum ponad 5200 ciąż po kriotransferach i dzieci urodzone z zarodków, które były przechowywane 10, 11, a nawet 15 lat!”.

Jak odbywa się proces przywracania zarodków do życia?

Kriobiolog przygotowujący do transferu przechowywane zarodki ociepla je do temperatury naturalnie panującej w macicy kobiety. Następnie zarodki są przenoszone do inkubatorów i specjalistycznych pożywek. Przez kolejne godziny biolog obserwuje je, czekając na sygnały świadczące o podjęciu przez nie funkcji życiowych. W nOvum ponad 90% zarodków pomyślnie przechodzi ten etap” – mówi dr Kozioł. Zarodki, podobnie jak w naturze, mogą rozwijać się wzorcowo lub trochę mniej sprawnie. Embriolog ocenia je zgodnie ze standardami PTMRiE. Oceny tej nie należy jednak traktować jako „wyroczni” co do dalszego rozwoju zarodka i ciąży. W nOvum obserwujemy zdrowe i pięknie rozwijające się dzieci urodzone z zarodków, których szanse (oceniane zgodnie ze standardami laboratoryjnymi) nie były zbyt wielkie.

Czytaj też: Jakość i bezpieczeństwo priorytety w in vitro

Czy decyzja o in vitro jest równoznaczna z koniecznością zamrożenia większej liczby zarodków?

Niekoniecznie, chociaż nawet przy zapłodnieniu jednej komórki należy liczyć się z ewentualnością zamrożenia zarodka. Dzieje się tak np. gdy z powodu choroby kobiety lub innych wydarzeń losowych transfer nie może się odbyć. Przed zapłodnieniem komórek jajowych każda para powinna podjąć przemyślaną decyzję, jaką liczbę zarodków chce utworzyć, jak wyobraża sobie swoją rodzinę, ile dzieci chciałaby i może mieć. Oprócz zarodków można zamrozić komórki jajowe – należy jednak podkreślić, że nie przechowują się one równie dobrze. Działania związane z planowaniem rodziny powinny być podejmowane świadomie, najlepiej po rozmowie z lekarzem prowadzącym, który może pomóc w podjęciu wyważonych decyzji.

Co może dać parze zamrożenie zarodków? 

„Oczywiście zwiększa szansę na pierwszą i kolejne ciąże z jednej pełnej procedury leczenia, bez konieczności powtarzania stymulacji i punkcji jajników – mówi dr Kozioł. – W nOvum uznajemy procedurę zapłodnienia pozaustrojowego za zakończoną, gdy wykorzystane zostaną wszystkie zarodki oczekujące na transfer. Wtedy oceniamy tzw. cummulative pregnancy rate, czyli odsetek ciąż na cykl leczenia z wykorzystaniem świeżych i mrożonych zarodków. Jak wynika z danych Ministerstwa Zdrowia, cumulative pregnancy rate w nOvum utrzymywał się na poziomie 61%! To ogromny sukces zespołu!” – słyszymy.

Co, jeśli para po latach zdecyduje jednak, że nie chce lub nie może mieć więcej dzieci, a w klinice znajdują się ich zamrożone zarodki?

Taka para przekazuje je do przyjęcia przez inną parę starającą się o dziecko. Jest to jedyne – poza autologicznym wykorzystaniem – rozwiązanie, ponieważ zarodki nigdy nie są niszczone. Dla pary bezskutecznie starającej się o ciążę możliwość przyjęcia darowanego zarodka to często jedyna szansa na donoszenie ciąży i urodzenie dziecka.

Konsultacja: mówi dr Katarzyna Kozioł, Senior Clinical Embryologist ESHRE, embriolog kliniczny PTMRiE, dyrektor ds. medycznych nOvum.

POLECAMY: Niezwykłe badania nad ludzkim zarodkiem

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.