Przejdź do treści

Cukier nie krzepi dzieci. WHO zaleca zmniejszenie spożycia cukrów prostych

Na początku marca Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zaleciła ograniczenie w diecie dzieci i dorosłych spożycia cukrów prostych do mniej niż 10% ich dziennego zapotrzebowania energetycznego i wskazała dodatkowe korzyści z dalszego ograniczenia jego ilości do poniżej 5%. Niestety według danych GUS w Polsce średnie spożycie tego składnika wynosi aż 115 g dziennie, czyli ok. 20%. Taki wynik stawia nas w czołówce Europy. Niestety również najmłodsze dzieci spożywają za dużo cukru, a nadmiar tego składnika w diecie dziecka może bardzo niekorzystnie wpłynąć na jego rozwój i zdrowie w przyszłości. Alarmujące dane skłaniają do pochylenia się nad kwestią cukru w dziecięcym menu.

Gdzie jest cukier?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Cukier jest dodawany do wielu produktów spożywczych m.in.: napojów, soków, dżemów, sosów, posiłków typu instant, a przede wszystkim słodyczy. Należy pamiętać, że jest to żywność wysokokaloryczna i najczęściej pozbawiona istotnych składników odżywczych, nie powinna więc zajmować szczególnej pozycji w codziennym menu najmłodszych dzieci. Szczególnie w pierwszych 3 latach życia dziecka podawanie cukru należy ograniczyć do minimum. Niestety na sklepowych półkach znaleźć można mnóstwo produktów, które za kolorowymi i bajkowymi etykietami skrywają ogromne ilości cukru. Pamiętajmy, że sprawdzona żywność dla niemowląt określana jest jako środek spożywczy specjalnego przeznaczenia żywieniowego. Zatem musi spełniać rygorystyczne wymagania dotyczące użytych surowców, sposobu przygotowania, wartości odżywczej czy nawet odpowiedniego opakowania.

Różne oblicza cukru

Producenci muszą informować o ilości cukru w produkcie, jednak nie zawsze na etykiecie jest on nazwany wprost. Uważaj, w sklepach jest bardzo dużo produktów, które nie mają w swoim składzie cukru, lecz inne jego wcielenia. Na etykietach może kryć się pod różnymi nazwami, oto kilka z nich:

  • Syrop glukozowy lub glukozowo-fruktozowy
  • Dekstroza
  • Maltodekstryna
  • Maltoza
  • Galaktoza
  • Słód jęczmienny lub ryżowy

 

Dlaczego należy unikać cukru w diecie dziecka?

W trakcie pierwszych trzech lat życia dziecka kształtują się preferencje żywieniowe, które będą mu towarzyszyć w przyszłości. Jeżeli dziecko od najmłodszych lat będzie spożywać dodatkowo dosładzane posiłki czy napoje, przyzwyczai się do smaku słodkiego. Niesie to ze sobą ryzyko wykształcenia preferencji do smaku słodkiego, co może zwiększyć ryzyko wystąpienia cukrzycy czy otyłości w wieku dorosłym. Ponadto, nadmiar cukru w jadłospisie może niepotrzebnie obciążać nie w pełni rozwinięty układ pokarmowy dziecka, powodując zaburzenia łaknienia i zaparcia, a także próchnicę zębów. Zbyt duża ilość cukru w diecie wiąże się zaburzeniami koncentracji, nadpobudliwością, może także wywoływać problemy ze snem. Dziecko, któremu podawane są słodycze, przyzwyczaja się do dużych dawek energii, którą organizm bardzo szybko wykorzystuje. Prowadzi to do gwałtownych skoków poziomu cukru w organizmie. Warto więc od najmłodszych lat przyzwyczajać dziecko do spożywania wydajnych źródeł energii, czyli węglowodanów złożonych, które zawarte są w niełuskanych zbożach, kaszach, produktach pełnoziarnistych i niskoprzetworzonej żywności.

Najnowsze zalecenia

WHO zaleca zmniejszanie spożywania cukru do poniżej 5%,[1] co przy naszych przyzwyczajeniach żywieniowych nie będzie łatwe, ale z pewnością jest możliwe do osiągnięcia za pomocą małych kroków. Pamiętajmy, że w pierwszych trzech latach życia dziecka mamy największy wpływ na kształtowanie jego nawyków żywieniowych, które zaprocentują w przyszłości. W czasie tych 1000 pierwszych dni zachodzi proces tzw. programowania żywieniowego we wczesnym okresie życia. W tym, zwanym przez ekspertów krytycznym, okresie rozwoju mamy największy wpływ na kształtowanie metabolizmu naszego dziecka. Warto więc już od najmłodszych lat dziecka zwracać uwagę na ograniczenie spożycia cukru i produktów, które zawierają go w nadmiarze.

Jaka ilość cukru jest więc odpowiednia dla małego dziecka? Zgodnie z najnowszymi zaleceniami, dzieci od 1. do 3. roku nie powinny przyjmować codziennie więcej niż 12,5g cukru, tj. równowartości 3 małych łyżeczek. Uwaga! Ta ilość dotyczy zarówno cukru zawartego już w produktach, jak i cukru dodawanego do potraw podczas przyrządzania.

Jakich cukrów unikać?

Wytyczne WHO nie odnoszą się do naturalnych cukrów zawartych m.in. w świeżych owocach, warzywach, mleku i naturalnym jogurcie, ponieważ produkty te nie są przetworzone i spożywane w odpowiednich ilościach nie mają negatywnych skutków dla naszego zdrowia. W celu ograniczenia ilości spożywanego cukru powinniśmy zastępować go równie smakowitymi deserami ze świeżych bądź suszonych owoców. Unikajmy owocowych jogurtów ze sklepowych półek, ponieważ zawierają one dodatkowy cukier. Zdecydowanie wartościowszym posiłkiem będzie jogurt naturalny z kawałkami świeżych owoców. Zamiast gotowego produktu z proszku, zaserwuj dziecku kisiel czy budyń domowej roboty, przygotowany wspólnie z maluchem. Na platformie edukacyjnej www.1000dni.pl znaleźć można przepisy na zdrowe i odżywcze przekąski dla najmłodszych dzieci.

Kształtowanie prawidłowych nawyków żywieniowych

Często rodzice, sami przyzwyczajeni do soków i słodkiej herbaty, podają je dziecku w celu zaspokojenia pragnienia. Należy pamiętać, że dziecko to nie mały dorosły – inaczej odczuwa smaki, jego organizm różni się od organizmu osoby dorosłej, wykazuje odmienne zapotrzebowanie na wiele składników odżywczych, witamin i składników mineralnych. Kształtując prawidłowe nawyki żywieniowe od pierwszych lat życia dziecka, należy podawać mu wyłącznie wodę, gdy jest spragnione. Soki traktujmy jako posiłek lub jego element i kontrolujmy ile kalorii przyjmuje dziecko wraz z takimi napojami. Nie podawajmy dzieciom kolorowych i gazowanych napojów. Dzięki temu zmniejszymy ryzyko nadmiernego zwiększania się masy ciała, które może prowadzić do otyłości i problemów zdrowotnych z nią związanych.

Nigdy nie podawaj dziecku słodyczy na pocieszenie czy w formie nagrody za dobre zachowanie. Tak powielany schemat będzie mu towarzyszył również w dorosłym życiu, w którym niezdrowy nawyk sięgania po słodkie stanie się antidotum.

1000 dni dla zdrowia

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Adele czy Mozart? Zobacz, jakiej muzyki woli słuchać dziecko w łonie mamy!

wpływ muzyki na płód
fot. Fotolia

Nie od dziś wiadomo, że muzyka świetnie wpływa na rozwój płodu w łonie matki. Jednak jaką muzykę wybrać? Lepiej sięgnąć po klasykę czy może warto postawić na muzykę nowoczesną? Zbadali to naukowcy.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Płód słucha wszystkich dzięków, które go otaczają. Radzi sobie z tym doskonale, ponieważ właśnie ten zmysł ma najlepiej rozwinięty.

Wśród przyszłych mam popularna jest praktyka puszczania muzyki nienarodzonym jeszcze maluszkom. Ma to pozytywnie wpływać na rozwój dziecka. Jednak czy dobór muzyki ma dla niego znaczenie? Okazuje się, że tak!

Zobacz także: Gwiazda The Corrs zaśpiewała dla zarodków z in vitro. „To dla mnie zaszczyt”

Wpływ muzyki na płód

Naukowcy  z kliniki leczenia niepłodności Institut Marques w Barcelonie badali ruchy ust i języka u ponad 300 płodów w okresie od 18 do 38 tygodnia ciąży.

Przyszłym mam puszczano składankę 15 różnych piosenek z trzech gatunków muzycznych: klasyki, muzyki tradycyjnej oraz pop rocka.

Największym „powodzeniem” cieszyła się muzyka klasyczna (84 proc. pozytywnych reakcji), następnie muzyka tradycyjna (79 proc.) i na końcu pop-rock (59 proc).

Zobacz także: Muzyka wspomaga zapłodnienie in vitro – film

Po które utwory warto sięgać?

Okazało się, że u 91 proc. płodów pojawiła się pozytywna reakcja na tradcyjne kolędy oraz utwór „Eine kleine Nachtmusik” Mozarta.

Równie dużą „popularnością” cieszyła się piosenka „Bohemian Rapsody” zespołu Quenn oraz utwór „YMCA” autorstwa Village People.  Z kolei twórczość Adele i Shakiry niezbyt przypadła maluchom do gustu.

Jak podkreśla dyrektor instytutu- dr Marisa López-Teijón, takie upodobanie do muzyki może mieć związek z „melodiami, które przetrwały przez lata”.

Zobacz także: Babypod – dopochwowy odtwarzacz muzyki

Muzyka odwieczna formą międzyludzkiej komunikacji

– Muzyka to forma odwiecznej komunikacji między ludźmi – skomentowała odkrycie López-Teijón.
– Komunikacja poprzez dźwięki, gesty i tańce poprzedzała język mówiony – dodała ekspertka.

Podkreśliła, że pierwsze języki, które pojawiły się na świecie, były oparte w większej mierze na melodii, niż na słowach. Ludzie wciąż instynktownie mają skłonność do mówienia wysokim głosem, zwłaszcza zwracając się do dzieci.

Odkrycie naukowców zostało zaprezentowane w czerwcu br. na piątym Międzynarodowym Kongresie Stowarzyszenia Muzyki i Medycyny w Barcelonie.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Daily Mail

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Po pierwsze: pełna rodzina. Ministerstwo stanie po stronie rodziców stosujących przemoc

Mała dziewczynka o smutnych oczach /Ilustracja do tekstu: Nowelizacja ustawy o wspieraniu rodziny wesprze rodziców stosujących przemoc?
Fot.: Qadim Sadiq /Unsplash.com

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pracuje nad kontrowersyjnymi zmianami w ustawie o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. Planowana nowelizacja, wbrew apelom Rzecznika Praw Dziecka i Rzecznika Praw Obywatelskich, zamiast wspierać najmłodsze ofiary przemocy rodzinnej, skupi się na pomocy zaniedbującym je rodzicom. I to bez względu na to, czy doświadczają oni przejściowego kryzysu, czy od lat tkwią w pogłębiającej się patologii, nie rokując nadziei na zmianę donosi oko.press.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zgodnie ze zmianami, które przygotowało MRPiPS, z ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej zniknie ustęp 12 art. 15, który daje asystentom rodziny prawo interwencji i podjęcia decyzji o natychmiastowym zabraniu dziecka z domu rodzinnego. Zamiast tego biologiczni rodzice mają otrzymać pomoc, dzięki której dzieci będą mogły trafić do nich z powrotem. To jednak nie koniec zmian. Poprawka wniesiona przed Instytut Kultury Prawnej Ordo Iuris zakłada, że rodzice, którym odebrano dzieci, uzyskają też pełnomocnika procesowego – z urzędu.

Kiedy szanse się nie kończą

„Państwo chce sprzyjać w ten sposób sprawcom przemocy, nie ofiarom. Interesu dzieci nie reprezentuje nikt, a one same nie mają głosu” – pisze dla OKO.press Anna Krawczak. I przedstawia wstrząsające historie dzieci, które były ofiarami ciężkich zaniedbań ze strony rodziców.

Jednym z takich dzieci jest Julia.

„Kiedy miała trzy lata, zabrano ją z domu pierwszy raz i umieszczono w domu dziecka. Powody: alkoholizm rodziców, przemoc, głodzenie, zmuszanie Julii do oglądania seksu zbiorowego w jednopokojowym mieszkaniu. (…) W domu dziecka przez chwilę był spokój, ale sąd rodzinny zawsze dawał rodzicom kolejną szansę. Tych szans dostali cztery. I cztery razy Julia musiała znów spakować dobytek i wrócić z domu dziecka do jednopokojowego mieszkania. Najdłuższa próba trwała pół roku. Piątego razu już nie będzie. Julia ma 11 lat i ma dość”.

Historia Mai jest inna, choć w swym dramacie podobna. Policja odebrała ją mamie, gdy dziewczynka miała 9 lat. Nim jednak się to stało, musiało niemal dojść do tragedii. 15-letnia siostra Mai, chora na cukrzycę, zapadła w śpiączkę cukrzycową po tym, gdy wraz z matką wpadła w ciąg narkotykowy. Maja razem z młodszym rodzeństwem trafiła wówczas na jakiś do rodziny zastępczej, a siostra po wyjściu ze szpitala – do młodzieżowego ośrodka wychowawczego. Mama poszła na odwyk – kolejny. Gdy go zakończyła, dzieci wraz z nią wróciły do rodzinnej kawalerki, w której czekały na nie te same patologie i nowi koledzy mamy  – od kieliszka.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Szkoda im na vitro, ale mają pieniądze na króliki. Czyli jak Ministerstwo Zdrowia dba o dzietność

Pokrewieństwo bez zdrowej więzi

Gdy asystentka rodziny zobaczyła po raz pierwszy Tymka w łóżeczku, była przekonana, że to zmarłe niemowlę.

 „Tymek nie był martwy i nie był też taki mały – miał prawie dwa lata. Był tak skrajnie wygłodzony, że wyglądał na niemowlaka. Wydęty brzuch, wielka głowa, przezroczysta skóra. Zanik funkcji przełykania. Lekarze określili jego stan jako agonalny” – opisuje Anna Krawczak.

Chłopczyka zdołano uratować i trafił do rodziny zastępczej, w której zyskał szansę na normalne, bezpieczne życie. Jego ojciec przestał się nim interesować, gdy tylko oddaliło się ryzyko, że trafi przed sąd za spowodowanie zagrożenia życia małego synka. Gdyby jednak ta historia miała miejsce kilka lat później, już po wprowadzeniu opisywanej nowelizacji ustawy o wspieraniu rodziny, asystentka nie mogłaby pozwolić, by ojciec tak łatwo zniknął z życia Tymka. Nowe rozwiązania prawne wymagałyby od niej nawiązania współpracy z tatą, by dziecko mogło wrócić na łono „rodziny”.

Bierni uczestnicy spraw o własną przyszłość

Tymczasem przed dwoma laty Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak i Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, mając na uwadze dobro dzieci, wspólnie skierowali pismo do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Apelowali w nim, by w polskich przepisach prawnych uwzględnić rozwiązania, które w sprawach o pozbawienie, ograniczenie lub zawieszenie władzy rodzicielskiej pozwoliłyby skuteczniej dbać o żywotne interesy dziecka. Rzecznicy zwrócili uwagę, że biologiczni rodzice mogą liczyć na darmową pomoc prawną, adwokata z urzędu i asystenta rodziny. Dziecko, którego przyszłość rozpatrywana jest na sali sądowej, jest jedynie niemym uczestnikiem sporu o własną przyszłość.

„W sprawach sądowych, w których rozstrzyga się o najbardziej żywotnych interesach dziecka, nie istnieje żaden mechanizm reprezentacji jego interesów” – pisali.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Prof. Sąsiadek: Ograniczanie dostępu do badań prenatalnych oraz in vitro to systemowa przemoc

Rodzina święta, bo biologiczna

Tę sytuację mogłoby zmienić stworzenie nowej funkcji – pełnomocnika dziecka. Postulat ten, przedstawiony przez rzeczników, zyskał poparcie organizacji pozarządowych – m.in. Koalicji na rzecz Rodzinnej Pieczy Zastępczej oraz Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej ma jednak inne rozwiązanie – woli powołać kolejną instytucję wspierającą rodziców.

Za tym pomysłem stoją prawnicy stowarzyszenia Ordo Iuris, które od dawna opowiada się za zwiększeniem praw rodziców w opiece nad dziećmi.

– Występujemy jako rzecznicy afirmowanej w krajowym porządku konstytucyjnym oraz aktach prawa międzynarodowego prawdy o rodzinie, jako o naturalnym środowisku rozwoju i dobra wszystkich jej członków, a w szczególności dzieci, źródle różnorodności wolnego społeczeństwa. Podkreślamy, że najpełniejszą gwarancją dobra dzieci jest wychowanie przez biologicznych rodziców pozostających w związku małżeńskim. Do pełnego rozkwitu tego naturalnego środowiska rozwoju konieczne jest dobre prawo(…), które uznaje prymat rodziców nad państwem w sprawach wychowania dzieci zgodnie ze swoim sumieniem i przekonaniami. Dlatego badamy instrumenty polityki rodzinnej i występujemy aktywnie w obronie rodziny, macierzyństwa i rodzicielstwa tam, gdzie są one zagrożone dyskryminacyjnymi praktykami ustawodawcy” – czytamy na stronie Ordo Iuris.

I choć te pobudki mogą wydawać się szlachetne, warto mieć świadomość, że najczęściej występujące problemy i czynniki skutkujące ingerencją sądu w życie rodziny to nie bieda, ale: choroba alkoholowa rodziców (52%), zaniedbania opiekuńczo-wychowawcze, w tym zdrowotne i higieniczne (39%), a także przemoc: fizyczna, psychiczna i seksualna (36%)*.

*Dane pochodzą z raportu Rzecznika Praw Dziecka, który w 2015 r. przekazano Ministrowi Sprawiedliwości.

Źródło: oko.press

POLECAMY RÓWNIEŻ: Rozwiązanie stosunku adopcji może naruszać dobro dziecka. Rzecznik Praw Dziecka wytyka sądom błędy

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Bez urzędów, bez kolejek. Nowoczesna rejestracja narodzin dziecka już działa

Zbliżenie na mamę przytulającą noworodka /Ilustracja do tekstu: Rejestracja narodzin dziecka przez internet już działa

Właśnie powitaliście na świecie nowego potomka lub dzieli was od tego momentu zaledwie kilka dni? Ministerstwo Cyfryzacji ma dobrą  informację: nie musicie spieszyć się do urzędu, by zarejestrować narodziny dziecka. Wystarczy do tego tzw. Profil Zaufany i kilka minut wolnego czasu.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Przepisy polskiego prawa nakładają na świeżo upieczonego rodzica obowiązek rejestracji narodzin dziecka. Mamy na to 21 dni; po tym czasie urzędnik może sam dokonać rejestracji, a przy tym… samodzielnie wybrać dziecku imię.

Tymczasem zmieniająca się sytuacja życiowa rodziców sprawia, że wielu z nich trudno jest połączyć obowiązki rodzinne z urzędniczą rzeczywistością. Ta zaś nieodłącznie wiąże się kolejkami, które ciągną się w nieskończoność i zabierają cenny czas. Aby wyjść rodzicom naprzeciw, 1 czerwca br. Ministerstwo Cyfryzacji uruchomiło nowa usługę, która pozwoli dokonać rejestracji narodzin dziecka przez internet – bez konieczności wychodzenia z domu.

CZYTAJ TEŻ: Przerwane objęcia. Gdy macierzyństwo wyliczane jest w symbolicznych dawkach

Rejestracja dziecka przez internet – krok po kroku

Aby zarejestrować narodziny dziecka przez internet, należy wejść na stronę www.obywatel.gov.pl, wybrać usługę „Dzieci”, a następnie „Zgłoś urodzenie dziecka”. Gdy się zalogujemy, system poprosi nas o potwierdzenie, że jesteśmy rodzicami dziecka, a następnie zweryfikuje, czy podane dane są prawidłowe.

W kolejnym kroku zyskamy możliwość zarejestrowania nowo narodzonego potomka. Potrzebne będą do tego:

  • dane szpitala, w którym dziecko przyszło na świat,
  • ustalone przez parę imię dziecka,
  • dane pierwszego i drugiego rodzica.

Przedstawiciele Ministerstwa Cyfryzacji zalecają też, by ustalić numer aktu małżeństwa lub urodzenia (jeśli nie pozostajemy w związku małżeńskim). Dzięki temu nasze dane będzie znacznie łatwiej zweryfikować w miejscowym urzędzie stanu cywilnego.

Następnie należy wybrać adres, pod którym chcemy zameldować dziecko, oraz sposób odbioru dokumentów. Do wyboru mamy:

  • skrzynkę na ePUAP,
  • odbiór osobisty,
  • przesyłkę pocztą tradycyjną.

Ostatni krok to podgląd wniosku i złożenie podpisu, posługując się Profilem Zaufanym. I… gotowe!

Uwaga: Jeśli nie mamy jeszcze Profilu Zaufanego, informacje niezbędne do jego założenia możemy znaleźć na tej stronie.

Zdążysz w trakcie dziecięcej drzemki

Do tej pory zarejestrowanych przez internet zostało już 300 dzieci. Jak zapewniają przedstawiciele Ministerstwa Cyfryzacji, cała procedura jest krótsza niż poobiednia drzemka malucha.

A ile czasu wy spędziliście na rejestracji? Czekamy na wasze komentarze!

Źródło: gov.pl/cyfryzacja

POLECAMY RÓWNIEŻ: Premie za szybkie urodzenie dziecka i emerytura za czwórkę dzieci. To założenia programu „Mama+”

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Dzieci z in vitro: milczący uczestnicy dyskursu publicznego. Co sądzą o metodzie swojego poczęcia?

Mama pokazuje tablet dwójce dzieci /Ilustracja do tekstu: Dzieci z in vitro: co sądzą o swojej metodzie poczęcia?
Fot.: Alexander Dummer /Unsplash.com

Kolor włosów i oczu, typ urody, temperament, czasem zdolność do wykonywania niektórych czynności – to pierwsze cechy, które przychodzą nam do głowy, gdy myślimy o różnicach pomiędzy dziećmi. W polskim dyskursie publicznym często podkreśla się, że jedną z istotnych różnic jest także… sposób poczęcia. Czy istnieje zatem taka kategoria, jak „dzieci z in vitro”? Co sądzą o tym same dzieci będące podmiotem tych rozważań i czy są gotowe na to, by stworzyć własną opowieść?

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Przypuszcza się, że wiele dzieci nie wie, czy zostały poczęte poprzez starania naturalne czy poprzez in vitro. Sam wybór metody (szczególnie w sytuacji, gdy obie komórki rozrodcze pochodzą od rodziców biologicznych) nie powinien mieć bowiem dla nich samych żadnego znaczenia. Znaczenie nadają mu jednak uczestnicy dyskursu publicznego, którzy w ostatnim czasie szczególnie często podnoszą kwestie moralnych i zdrowotnych aspektów zapłodnienia pozaustrojowego. Przodują w tym środowiska kościelne.

ZOBACZ TAKŻE: Kościół walczy z in vitro, ale katolicy je popierają

Kościół a in vitro. Słowa, które bolą

Mimo że episkopat w swoim oficjalnym stanowisku podkreśla, że nie stygmatyzuje dzieci poczętych w wyniku in vitro, a jedynie potępia wybór tej metody przez ich rodziców, wypowiedzi przedstawicieli Kościoła katolickiego zdają się temu przeczyć.

Pamiętamy słynne słowa ks. Franciszka Longchampsa de Berier, który stwierdził, że dzieci z in vitro mają na czole dotykową bruzdę, która ma być oznaką zaburzeń genetycznych wynikających z poczęcia pozaustrojowego. Z kolei abp Henryk Hoser publicznie wyrażał osobliwą troskę o przyszłość dzieci z in vitro.

– Jeżeli urodzi się zdrowe (daj Boże), to trzeba mu zapewnić jak najlepsze warunki wychowania i jednocześnie otoczyć dodatkową opieką, aby – gdy dowie się o okolicznościach swojego poczęcia – nie przeżywało traumy, resentymentów, tylko zaakceptowało zaistniały stan rzeczy, pogodziło się z losem, na który nie miało żadnego wpływu – stwierdził w wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej.

W podobnym tonie wypowiadali się też inni księża i katoliccy publicyści. Niektórzy, jak bp Tadeusz Pieronek, prezentując publicznie swoje zdanie na temat dzieci z in vitro, wyraźnie przekroczyli granice.

– Czymże jest literackie wyobrażenie Frankensteina, czyli istoty powołanej do życia wbrew naturze, jak nie pierwowzorem in vitro? Życie zrodzone z probówki jest wynikiem manipulacji, a nie działania natury – mówił w rozmowie z Onet.pl.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Ksiądz przestrzega przed kandydatem wspierającym antykoncepcję awaryjną oraz in vitro. Będzie „gorzej niż z Sodomą”

Dzieci z in vitro zasługują na własną opowieść

Większość tych dyskutantów zdaje się zapominać, że żadne dziecko w dzisiejszych czasach nie żyje w oderwaniu od mediów. Młodzi obywatele, podobnie jak dorośli, mają dostęp do prasy, telewizji i internetu, które bombardują ich etycznymi ocenami in vitro – również tymi najbardziej kontrowersyjnymi. To zaś nie pozostaje bez wpływu na ich stosunek do tej metody i samych siebie.

Czy dzieci, które dowiedziały się, że zostały poczęte w wyniku in vitro, czują się inne? Wielkich nieobecnych dyskursu o in vitro zaprosiły do rozmowy badaczki z Uniwersytetu Warszawskiego: Magdalena Radkowska-Walkowska, Ewa Maciejewska-Mroczek, Anna Krawczak, Maria Reimann i Dorota Gawlikowska. Z przekonania, że dzieci te zasługują na własną opowieść, naukowczynie zapoczątkowały projekt badawczy „Nowe technologie reprodukcyjne – perspektywa childhood studies”. W jego ramach zrealizowano ok. 100 pogłębionych wywiadów, m.in. z dziećmi w wieku 4-28 lat, które zostały poczęte poprzez zapłodnienie pozaustrojowe.

36 godzin różnicy

Zdecydowana większość rozmówców, którzy wiedzieli, że ich rodzice zdecydowali się na in vitro, nie wskazywała różnic pomiędzy sobą a innymi dziećmi. 20-letnia Maria tak określiła siebie na tle swoich rówieśników:

– Jaka jest różnica pomiędzy mną a nimi? To jest 36 godzin w moim przypadku (…). Ponieważ moja mama nie ma jajowodu, to jajeczko nie może samo przejść do (…) macicy. No nie ma jak. Więc lekarz musi je wyjąć, złączyć z plemniczkiem, i włożyć do macicy. (…) I po prostu ten proces trwał 36 godzin, i tyle. I to jest ta różnica. Cała ciąża przebiegała tak samo jak z innymi dziećmi.

Wiele badanych podkreślało, że są pewni swojej nierozróżnialności i nie mają potrzeby mówienia o tym publicznie.

– Jeżeli ja miałbym udowadniać ludziom, że jestem taki sam, jak inni, toby znaczyło, że muszę coś udowadniać. Nie, każdy kto na mnie spojrzy na ulicy, czuje się zupełnie równy ze mną. I tak naprawdę udowadnianie, że jestem normalny, jest absurdalne, bo to tak, jakbyś wyszła na ulicę i przekonywała ludzi, że jesteś blondynką (…) i że to nie farbowane (…) – zaznaczył 19-letni Antek.

Kilkunastoletnia Kasia podkreślała, że jej mama przywiązuje znacznie większą wagę do sposobu jej poczęcia niż ona sama.

– Ja nie chcę być brana pod uwagę [jako część] grupy dzieci z in vitro. (…) Chcecie udowodnić, że jesteśmy normalnymi dziećmi, a jednocześnie chcecie pokazać, że jesteśmy inni, że mamy swoje zdanie na ten temat. No to może trochę konsekwencji, co? – mówiła.

POLECAMY TEŻ: Prawniczka: dyskusja o in vitro opiera się na rozbudzaniu strachu

Tożsamość dzieci z in vitro

Niektóre dzieci widzą jednak w metodzie, którą zostały poczęte, wartość dodaną, która pobudza ich wyobraźnię i czyni ich biografię wyjątkową:

– Wiem, że ja byłam przez trzy lata w szpitalu gdzieś tam. Mogłabym być wieku mojego brata, gdyby nie to, że mnie (…) mama nie mogła od razu urodzić – mówi dziewięciolatka zaproszona do udziału w badaniu.

Część starszych rozmówców, którzy w przestrzeni publicznej zetknęli się z wieloma negatywnymi komunikatami na temat in vitro, czuje, że metoda poczęcia wpłynęła w pewien sposób na ich tożsamość.

– Z perspektywy, że wiem [o poczęciu poprzez in vitro], nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie wiedzieć. To byłoby straszne dla mnie. Szczególnie, że jestem osobą interesującą się polityką i tym, co się dzieje” – podkreśla pełnoletnia już Monika. Dodała, że najgorszą rzeczą byłoby, gdyby dowiedziała się dopiero teraz, gdy trwa obecny spór o in vitro.

CZYTAJ TEŻ: Błędy merytoryczne i tezy sprzeczne z wiedzą medyczną. Nasz Bocian obnaża prawdę na temat „Wobec in vitro”

Monsteryzacja, która nie trafia w próżnię

Szerzej problem ten opisała Agnieszka Ziółkowska, pierwsza Polka poczęta metodą in vitro (we Włoszech):

– Przypisuje się nam upośledzenie zdrowotne, psychiczne, problemy tożsamościowe. Cóż, jeśli nadal w debacie będą pojawiać się określenia ”cywilizacja śmierci” czy ”dzieci Frankensteina”, to rzeczywiście człowiek może nabawić się problemów z tożsamością. Zapominamy, że polskie dzieci z in vitro są coraz starsze, niektóre mogłyby już mieć własne dzieci. I śledzą tę debatę pełną bzdur i wyzwisk, tego wrzasku, że zło, że mordercy… (…) Niby to jest taka taktyka, że krytykuje się samą metodę, a nie jej owoce. Ale to nie jest tak, że jak rzucasz dookoła zarzutami o zabijanie, że jak wrzeszczysz o cywilizacji śmierci, o dzieciach Frankensteina, to nie stygmatyzujesz dzieci z in vitro. My to wszystko słyszymy, czytamy, ten cały ściek nie leci w próżnię – mówiła w 2012 roku w rozmowie z Wysokimi Obcasami.

Podobnie wyrażała się Magdalena Kołodziej w emocjonalnym liście skierowanym do parlamentarzystów w 2015, gdy w Senacie toczył się spór wokół in vitro.

„Niczym się nie różnimy i – w przeciwieństwie do niektórych – możemy powiedzieć z całą pewnością, że jesteśmy wyczekani i bardzo kochani! To nie my jesteśmy źli. Źli są wszyscy, którzy zabraniają nam żyć, a zwłaszcza politycy o skrajnych i niebezpiecznych poglądach, bezrefleksyjni przedstawiciele Kościoła katolickiego oraz wszyscy, którzy robią z nas potwory i najchętniej by się wszystkich pozbyli” – pisała 28-letnia wówczas Magdalena Kołodziej.

Dzieci z in vitro, czyli niepoznany „obcy”

Skoro więc dzieci poczęte dzięki in vitro same nie czują się inne, czemu w dyskursie publicznym tworzy się z nich szczególną kategorię, wymagającą osobnych cech i określeń? Badaczki zauważają, że jednym z powodów tego stanu rzeczy jest brak wieloletnich przekrojowych badań na temat kondycji polskich dzieci poczętych metodą zapłodnienia pozaustrojowego, które ostudziłyby emocje. Takie szczegółowe analizy prowadzono w wielu krajach, m.in. w Szwecji i USA, dzięki czemu procedura in vitro nie podlega tam stygmatyzacji społecznej.

Tymczasem to, co obce, niezbadane, a tym samym łączące się z dylematami moralnymi, często ukazywane jest w kulturze za pomocą monstrualnych figur. Ów „obcy” jest dla wielu środowisk synonimem zagrożenia i niebezpieczeństwa, choć przypisywane mu cechy nie mają nic wspólnego z jego rzeczywistym obrazem.


Tekst powstał w oparciu o dane z książki „Dziecko, in vitro, społeczeństwo. Ujęcie interdyscyplinarne” p.red. Anny Krawczak. Ewy Maciejewskiej-Mroczek i Magdaleny Radkowskiej-Walkowicz, a także artykułów opublikowanych na onet.pl, wysokieobcasy.pl i wyborcza.pl.

POLECAMY RÓWNIEŻ: Kamila Ferenc: Każda walka ma sens. Nie można się godzić na narzucone zasady gry

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.