Przejdź do treści

Cudu na święta nie będzie

starania o dziecko w święta
fot. Fotolia

Zawsze unikałam jak ognia podchodzenia do programu in vitro czy kriotransferu w czasie, gdy zbliżają się święta czy jakakolwiek rocznica. Nie chciałam dodatkowego rozczarowania, bałam się, że zamiast pięknego prezentu w postaci dwóch kresek na teście będę mieć stos chusteczek mokrych od łez.

Gdy podchodziłam do kriotransferu w listopadzie, miałam nastawienie: „I tak się nie uda”. Jedynym bowiem jego celem było zabranie z kliniki zarodków, tak abym mogła zmienić placówkę i przystąpić do programu refundacyjnego.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Starania o dziecko w święta?

Nie przyszło mi wtedy nawet do głowy, jak to się wszystko potoczy, ale – jak widać – życie pisze nam różne scenariusze. Nie miałam specjalnych nadziei, a więc tym razem nie miałam też żadnych obsesji (a o tym tak naprawdę miał być ten felieton): nie biegałam co chwila do łazienki, nie sprawdzałam, czy powiększyły mi się piersi – byłam spokojna, bo przecież na nic nie liczyłam. 

Pod koniec pierwszego tygodnia od transferu pojawia się informacja, że są jeszcze miejsca w programie refundacyjnym na ten rok w Białymstoku, w bardzo dobrej, rekomendowanej klinice. Myślę sobie: super! Dzwonię, umawiam się na wizytę.

Koniec roku jest idealny, w pracy nic się nie dzieje, pojedziemy razem z mężem do Białegostoku. Będzie spokojnie i będziemy razem. Umawiam się z lekarzem, żeby zrobić szybciej badanie poziomu beta-hCG i jeśli nie jestem w ciąży (a przecież na pewno nie jestem), to muszę odstawić leki i zaczynamy kolejne podejście.

Zobacz także: „Spodziewałam się jak zawsze jednej kreski”

Szok – wynik badania pozytywny!

Na badanie krwi beta-hCG w ósmym dniu po transferze jadę spokojna. Wiem, że na pewno wyniki będą negatywne, a ja mam plan B – podejście w ramach refundacji. I tu nagle szok. Wynik badania jest pozytywny! Jeszcze niska wartość, ale przecież jest jeszcze wcześnie.

Patrzę na kartkę i nie mogę uwierzyć. Czyżby to twierdzenie, że jak odpuszcza głowa, to się zaczyna udawać, było prawdą? Ze szczęścia chce mi się płakać. Dzwonię do męża, rodziców, siostry – jak to cudnie, że w święta będę w wymarzonej ciąży! Kolejne dni są pełne euforii. Beta-hCG rośnie, immunolog każe podać wlew, żeby zwiększyć szansę. Nie chodzę do pracy, żeby nie ryzykować. Jest cudnie. Niestety, niedługo.

Beta-hCG zaczyna wolniej przyrastać. Pocieszam się, że ciąża to nie matematyka i że według najnowszych badań wyniki są w normie. W sercu jednak zaczyna narastać wielki strach. Wspólnie z lekarzem decydujemy, że teraz spokojnie czekam na USG. Dajemy szansę tej ociupince we mnie.

Zobacz także: Ciche cierpienie, czyli niepłodność w święta

Udręka oczekiwania

Te dziesięć dni jest dla mnie okropne. Mam nie myśleć ani się nie stresować, ale ciągle się zastanawiam, czy dam radę, czy się uda. Wpadam w stan, w którym tak naprawdę na niczym nie mogę się skupić czy skoncentrować, bo czekam. Czekam…

Resztki wyrzutów sumienia, że nic nie robię, zabijam. Przecież tak długo się starałam, a teraz jest szansa, więc sobie nie wybaczę, jeśli nie zrobię wszystkiego, żeby się udało. Znajomi dzwonią, co z sylwestrem, rodzina pyta, co ze świętami, a ja czekam i czekam. I czekam.

Wreszcie wielki dzień. Badanie USG. W klinice już świąteczny nastrój: kolorowa choinka, z głośników lecą piękne świąteczne piosenki, wszyscy są uśmiechnięci, panie pielęgniarki życzą pięknych widoków na USG. A ja, siedząc pod gabinetem, jestem mokra ze strachu, bo nie wiem, czego się dowiem. I niestety, nie ma dla mnie dobrych wieści.

Beta-hCG spadło. To była ciąża biochemiczna. Nie mam już więcej zarodków, a na udział w programie w tym roku jest już za późno.

Chce mi się wyć. Dlaczego znowu mnie to spotyka, dlaczego się nie udaje, i to jeszcze przed świętami? Przecież zawsze tak pilnowałam, żeby nie sprawiać sobie takich „prezentów”, a już tym bardziej na swoje ukochane święta Bożego Narodzenia! W tym roku pewnie będzie mi wyjątkowo ciężko je znieść. Cudu na święta nie będzie.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

„Bałem się, że skrzywdzę córeczkę”. Ojciec wcześniaka opowiada wzruszającą historię

Opieka nad wcześniakiem z perspektywy ojca
fot. Pixabay

Przedwczesne narodziny dziecka to ogromne wyzwanie dla rodziców. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak wygląda opieka nad wcześniakiem z perspektywy ojca? Zobacz opowieść tego mężczyzny.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Średnio jedna na dziesięć ciąż w Stanach Zjednoczonych kończy się przedwczesnym porodem. O wcześniactwie mówimy w sytuacji, gdy dziecko przychodzi na świat pomiędzy 22. a 37. tygodniem ciąży. Takie dzieci narażone są na problemy z oddychaniem i karmieniem, są również bardziej podatne na różnego rodzaju zakażenia.

Zobacz także: Wcześniak w domu – jak się o niego zatroszczyć? Sprawdź, co radzi położna

Ciężkie chwile dla mamy i taty

Opieka nad wcześniakiem jest dużym wyzwaniem, który generuje u rodziców stres i frustrację. I choć powszechnie uważa się, że to matki są najbardziej narażone na stres związany z pielęgnowaniem dziecka, również ojcowie przeżywają ciężkie chwile.

Zgodnie z badaniami opublikowanymi z 2017 roku przez Northwestern University Feinberg School of Medicine, ojcowie wcześniaków są bardziej zestresowani niż matki takich dzieci.

Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, w której niemowlęta opuszczają szpital i wraz z rodzicami udają się do domów. Może to wynikać z niepokoju związanego z bezradnością i chorobą dziecka.

Tych wszystkich emocji doświadczył Steve Michener. Mężczyzna postanowili podzielić się ze światem swoją historią i opowiedział, z jakimi problemami przyszło mu się zmierzyć jako ojcu wcześniaka.

Zobacz także: Wcześniak mniejszy od iPada. Poznaj niesamowitą historię walecznej dziewczynki

Opieka nad wcześniakiem z perspektywy ojca

Ciąża Carissy- żony Steve’a, przebiegała książkowo. Wszystko zmieniło się w 23. tygodniu ciąży. Podczas wizyty lekarskiej okazało się, że kobieta miała za mało płynu owodniowego. Po tygodniu sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła i wywołanie porodu okazało się koniecznością.

– Zapytałem lekarza, kiedy mniej więcej miałoby to nastąpić. Odpowiedział mi: „będziemy gotowi za trzydzieści minut” – wspomina Steve. – W tym czasie paliłem, więc jedyne co mogłem zrobić, by ukoić nerwy, to wyjść na zewnątrz i wypalić kilka papierosów – dodaje.

W lipcu 2011 roku, w 24. tygodniu ciąży Carissa urodziła córeczkę o imieniu Claire. Dziewczynka przyszła na świat za pomocą cesarskiego cięcia. Steve przyznaje, że był przerażony, kiedy po raz pierwszy zobaczył dziecko.

– Kiedy urodziła się moja najstarsza córka z pierwszego małżeństwa, ważyła ok. 4 kg. To był szok, nigdy nie widziałem tak małego dziecka – wyznaje ojciec wcześniaka.

Przed narodzinami lekarze ostrzegli rodziców, że płuca dziecka mogą się nie rozwinąć i istnieje ryzyko, że powieki malucha będą zrośnięte.  – Powiedzieli też, że najprawdopodobniej nie zapłacze – mówi Steve. Tuż po porodzie dziecko wydało jednak ciszy okrzyk- dla Steve’a był to znak, że wszystko potoczy się dobrze.

Ojciec bał się jednak dotknąć maluszka. Jak wspomina, skóra córki była niemal przezroczysta i przez maleńką klatkę piersiową mógł dostrzec jej bijące serce.

Zobacz także: Najmłodszy wcześniak świata – padł nowy rekord

„Bałem się, że skrzywdzę córeczkę”

Po pewnym czasie lekarze zalecili rodzicom tzw. kangurowanie. Jest to metoda wczesnej opieki nad noworodkiem, zapewniająca bezpośredni kontakt ciała dziecka z ciałem matki lub ojca.

Noworodek utrzymywany jest w pozycji pionowej lub półpionowej na klatce piersiowej rodzica w okolicy piersi, pod ubraniem mamy lub taty. Metoda ta pomaga w utrzymaniu ciepłoty ciała dziecka, utrzymaniu regularnego oddechu i bicia serca oraz wyzwala głęboki sen.

– Moja żona bardzo się tym przejmowała, a ja bałem się, że skrzywdzę córeczkę. Martwiłem się też, że może się przez to rozchorować – wyjaśnia Steve. – Długo to odkładałem, jednak lekarze przekonali mnie, że to nie tylko najlepszy czas na nawiązanie więzi z dzieckiem, ale też sposób na przyspieszenie jego rozwoju fizycznego – dodaje.

Jak ujawnia, pierwsze kangurowanie trwało zaledwie dwie minuty, potem dziecko wróciło do inkubatora.
– Im dłużej to robiliśmy, tym pewniej się czuliśmy – przyznaje.

Kolejnym problemem w opiece nad wcześniakiem było to, że Carissa i Steve nie byli przygotowani na przyjście na świat wcześniaka, nie wiedzieli więc, jakie pytania mają zadawać lekarzom.

– Nie wiedzieliśmy,  co pytać, dopóki nie zostaliśmy postawieni w konkretnej sytuacji – mówi Steve. Z czasem rodzice nauczyli się obserwować swoje dziecko i wiedzieli, kiedy dzieje się coś złego.

Zobacz także: Śmiertelność wcześniaków kontra jakość opieki szpitalnej. Zobacz, co mówią badania!

„Miejcie wiarę w lekarzy”

Po dwóch miesiącach od narodzin Calire, kilku transfuzjach krwi i niekończących się obawach, Steve i Carissa mogli w końcu zabrać swoją córeczkę do domu. Nie oznaczało to jednak końca problemów rodziców.

– Musieliśmy znaleźć opiekunkę, która będzie potrafiła się zajmować wcześniakiem – wyjaśnia Steve. – Na szczęście na naszej drodze pojawiła się fantastyczna kobieta, która potrafiła spełnić wszystkie potrzeby Claire – dodaje.

Dziś dziewczynka ma siedem lat, rozwija się prawidłowo i niedawno sama nauczyła się jeździć na rowerze. Po kilku latach Steve ma dla rodziców wcześniaków jedną radę. – Miejcie wiarę w lekarzy i współczesną technologię – przekonuje. – Jeżeli Claire urodziłaby się 50 lat wcześniej, prawdopodobnie nie świętowałaby swoich siódmych urodzin. Lekarze naprawdę wiedzą, co robić – dodaje.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Daily Mail

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.