Przejdź do treści

Co z tą płodnością?

Problem niepłodności wzrasta czy po prostu więcej się o nim mówi? Jak dbać o płoodność i o czym stale zapominamy strając się o dziecko? Na te pytania odpowiedzieli nami lekarz-ginekolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, Filip Dąbrowski i dr n. med. Barbara Grzechocińska.

 
 

Jak to jest z tą niepłodnością?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

lek. Filip Andrzej Dąbrowski: Problem niepłodności narasta, ale jest też coraz bardziej uświadomiony w społeczeństwie. Kiedyś, w tradycyjnych społeczeństwach kobieta niepłodna uznawana była za wyklętą. W wielu kulturach mąż miał prawo porzucić żonę, która nie dawała mu dziecka. W czasach naszych rodziców problem niepłodności był ukrywany, istniał tylko za zamkniętymi drzwiami. Uznawany był za coś bardzo krępującego.

Obecnie bariera wstydu została przełamana. Dziś ludzie wiedzą, że na płodność można wpływać, można ją leczyć i rozwiązać wiele problemów.

Dzięki temu, że coraz więcej mówi się o niepłodności mamy wrażenie, że jej skala jest większa, warto jednak podkreślić, że współcześnie medycyna częściej może pomóc w posiadaniu potomstwa.

O niepłodności się coraz więcej mówi czy coraz więcej jej jest?

dr n. med. Barbara Grzechocińska:
Szacuje się, że w Polsce problem niepłodności dotyczy ok. 14-15 % par a w niektórych krajach Europy odsetek ten dochodzi nawet do 20%.  To co uległo zmianie na przestrzeni lat to z pewnością struktura przyczyn niepłodności. Sprawniejsza diagnostyka, skuteczniejsze leczenie  stanów zapalnych narządów miednicy mniejszej, mniej inwazyjne techniki operacyjne oraz możliwości terapeutyczne wielu chorób ogólnoustrojowych sprawiają, że coraz rzadziej przyczyną niepłodności są zrosty w obrębie jamy brzusznej i niedrożność jajowodów. Wiele też osób, u których ciąża do tej pory nie była możliwa lub stwarzała ryzyko powikłań dla matki i dziecka, dziś stara się o ciążę.
Z drugiej strony niekorzystny wpływ czynników środowiskowych, stres, odkładanie ciąży na później i, co się z tym wiąże, przede wszystkim  coraz starszy wiek kobiety ale również i mężczyzny, znacznie ograniczają płodność.
Problem niepłodność niewątpliwie dotyka przede wszystkim rodzinę. Został jednak zauważony również przez demografów w związku ze zmniejszonym przyrostem naturalnym a leczenie niepłodności stało się jedną ze składowych polityki demograficznej i finansowej państw.

Podobno problem męskiej niepłodności, pogorszenia wskaźnika jakości nasienia dotyczy tylko rasy kaukaskiej.

dr n. med. Barbara Grzechocińska: Czynnik męski, spowodowany głównie nieprawidłowym parametrami nasienia,  w strukturze przyczyn niepłodności narasta. Podkreśla się znaczenie wpływu czynników środowiskowych, stosowania używek, stresu.  Z tych powodów niepłodność  mężczyzn w krajach rozwiniętych staje się coraz częstsza. Obecnie szacuje się, że za 35-40 proc. przypadków niepłodności odpowiada czynnik żeński i również za 35-40 proc. czynnik męski. W pozostałych przypadkach ma problem oboje partnerów. Zły stan nasienia jest trudny do leczenia i tylko w nielicznych przypadkach można go poprawić, w większości pozostaje stosowanie technik wspomaganego rozrodu. Należy bardzo krytycznie odnieść się do reklam oferujących cudowne specyfiki poprawiające w 100% płodność. O ile ich skład został przebadany mogą być stosowane jako leczenie wspomagające, nigdy jako zasadnicze.
 

Nie ma cudownych tabletek?

lek. Filip Andrzej Dąbrowski: Nie ma. Płodność, również męską, owszem, można wspomóc. Niedobór witaminy D bardzo negatywnie wpływa na jakość nasienia, głównie przez jej działanie na receptory znajdujące się w męskich komórkach rozrodczych. Cudownych pigułek jednak nie ma.

Niepłodność nie dotyczy tylko kobiet. Dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzny, a coraz częściej również ludzi młodych.

lek. Filip Andrzej Dąbrowski: Mamy bardzo wiele niezdrowych nawyków. Siedząca praca, praca przez wiele godzin w polu elektromagnetycznym, przegrzewanie jąder, mało ruchu,  otyłość  w różnym stopniu zaburzają płodność. Nawet powszechne trzymanie laptopa na kolanach może prowadzić do obniżenie parametrów nasienia. Obecnie mamy epidemię otyłości, na świecie więcej osób cierpi na otyłość niż na głód. Mamy więcej tłuściochów niż ludzi głodnych. To przerażające, ale zależy tylko od nas. Mówienie „mam grube kości” albo takie geny to stara wymówka. Tyje się od jedzenia, a chudnie od biegania – to prosta odpowiedź, choć trudno ją przyjąć wielu pacjentom.

Ludzie oczekują cudownej tabletki, po zażyciu której wszystko samo się poprawi.

Często pierwszym zaleceniem, jaką słyszą pacjenci w poradni leczenia niepłodności jest konieczność redukcji masy ciała. Kobietom pomaga w regulacji cyklu miesiączkowego i leczy owulacje. W przypadku mężczyzn tkanka tłuszczowa jest olbrzymim depozytem estrogenów. Jej nadmiar prowadzi do spadku stężenia testosteronu, a w efekcie osłabienia libido i jakość nasienia. Powtarzane są do znudzenia – dieta i ruch są konieczne do zachowania płodności.

A co ze stresem?

lek. Filip Andrzej Dąbrowski: Dla organizmu stres jest reakcją na niebezpieczeństwo. Odczuwamy go, gdy coś nam grozi. Nasz organizm szykuje się do walki lub ucieczki, wyrzuca adrenalinę z nadnerczy, dochodzi do obkurczenia naczyń, krew odpływa do mięśni, serce szybciej bije. Przewlekły stres bardzo negatywnie wpływa na funkcjonowanie naszego organizmu – sprzyja rozwojowi blaszki miażdżycowej i chorobom serca.

Stres ma również swoją rolę w płodności. Bardzo często jest czynnikiem, który nie pozwala na szczęśliwie zajście w ciążę a brak dziecka pomimo starań jest potężnym czynnikiem stresogennym.

Często w poradni leczenia niepłodności przyjmowane są pary, u których wykonujemy diagnostykę, wyrównujemy poziom hormonów, poprawiamy funkcję endometrium i… nic nie pomaga. W końcu zapada decyzja – in vitro. Wyznaczany jest konkretny termin, para przestaje z zegarkiem w ręku wyczekiwać dni płodnych i umawiać się na stosunek. Stres na ten czas odchodzi  ponieważ jest ustalony plan. Oboje wiedzą, że dopiero za miesiąc czy dwa rozpoczną leczenie i wtedy zdarza się, że  kobieta zachodzi w ciąże w sposób naturalny.  

Tymczasem my nie zmieniamy nic. Jemy, jak jedliśmy, siedzimy, jak siedzieliśmy, pracujemy w stresie. Może rzeczywiście powoli zaczynamy traktować in vitro, jak złote rozwiązanie.

dr n. med. Barbara Grzechocińska
: Procedury wspomaganego rozrodu nie są pierwszym krokiem leczenia, a ostatecznością. Jedynie w przypadku gdy istnieje czynnik bezwzględny niepłodności stają się jedyną metodą dającą szanse na posiadanie własnego dziecka.

Naprotechnologia może okazać się postępowaniem skutecznym tylko w przypadku, gdy przyczyny  niepłodność można skutecznie wyleczyć. Tak może być w przypadku braku równowagi hormonalnej, zaburzeń miesiączkowania, istnienia stanów zapalnych.

Warto podkreślić, że podstawowe zalecenia, takie jak uprawianie sportu, relaks, dietę, regulację cyklu hormonalnego możemy zaproponować młodym pacjentom. Jeśli jednak zgłaszają się do nas pary starsze, około 40 roku życia, to czasu na uzyskanie ciąży i urodzenie dziecka  jest zdecydowanie mniej. Decyzja dotycząca metod leczenia musi uwzględniać zarówno wiek kobiety jak i szczegółowy wywiad dotyczące stanu zdrowia, przebytych i istniejących chorób oraz dotychczasowych metod leczenia niepłodności.

E-wersja magazynu Chcemy Być Rodzicami do kupienia tutaj!

———————————————————-
lek. Filip Andrzej Dabrowski – lekarz rezydent, Uniwersyteckie Centrum Zdrowia Kobiety i  Noworodka WUM Wykładowca, I Katedra i Klinika Położnictwa i Ginekologii WUM, Członek Senatu Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, Członek Prezydium, Przewodniczący Komisji ds. Młodych Lekarzy Okręgowa Izba Lekarska w Warszawie, Przewodniczący Komisji ds. Młodych Lekarzy Naczelnej Izby  Lekarskiej.

dr n. med. Barbara Grzechocińska – Adiunkt w I Katedrze i Klinice Położnictwa i Ginekologii WUM, Kierownik Ośrodka Leczenia Niepłodności w Uniwersyteckim Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka, Przewonicząca Mazowieckiego Towarzystwa Biologii Rozrodu.

Magda Dubrawska

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Co wpływa na twoje hormony? Te przedmioty stosujesz na co dzień!

Współczesny świat składa się z coraz większej ilości substancji, które mogą w szkodliwy sposób oddziaływać na nasze zdrowie. O ile jesteśmy już w miarę świadomi wpływu słynnych „E” w jedzeniu, to wciąż mało kto zwraca uwagę np. na otaczające nas przedmioty codziennego użytku. Oto kilka z nich, które mogą niszczyć nasz układ hormonalny – wiedziałaś?!

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Dlaczego jest się czym martwić?

Toksyczne chemikalia w naszym codziennym życiu zwane „ksenoestrogenami”, znajdujące się m.in. w tworzywach sztucznych, kosmetykach, podpaskach, a nawet wodzie, mogą naśladować estrogeny. Wykazują one bowiem zdolność do wchodzenia w interakcje z układem hormonalnym i wpływ na jego funkcjonowanie. Może powodować to np. problem z płodnością, trudności w koncentracji, czy nawet zwiększone ryzyko nowotworów.

Największe ryzyko wiąże się z Bisfenolem-A (BPA), który znajduje się w składzie m.in. plastikowych pojemników, butelek wody, czy puszek. Jest też składnikiem niektórych kosmetyków lub sprzętów codziennego użytku, takich jak szczoteczki do zębów. Jedne z badań przeprowadzonych w USA wykazało, iż ponad 90 proc. populacji ma w sobie mierzalne ilości właśnie BPA!

Jeśli weźmiemy więc pod uwagę, iż BPA ma budowę zbliżoną do estrogenów, to nic dziwnego, że oddziaływać może np. na mniejszą aktywność jajników, czy na gorszą jakość spermy i obniżoną aktywność seksualną u mężczyzn. Eksperci wskazują też na korelację BPA z takimi problemami, jak przyrost wagi, endometrioza, czy też rak piersi.

Niewiele wiemy na temat chemikaliów modyfikujących hormony, ale nasza rosnąca ekspozycja na nie stanowi powód do niepokoju” – słowa dr Channa Jayasena, wykładowczyni i konsultantki endokrynologii reprodukcyjnej w Imperial College London, cytuje „Daily Mail”

1.Woda w plastikowych butelkach

Badania dowiodły, że ten jakże wygodny codzienny wybór, trzeba dobrze przemyśleć. Okazuje się bowiem, że nawet „90 proc. najpopularniejszych na świecie marek wody w butelkach, zawiera kawałki mikroplastiku, które są na tyle małe, iż mogą być przyswojone i wchłonięte przez ludzki organizm” – opisuje najnowsze doniesienia „Daily Mail”.

Testy, na prośbę jednej z organizacji dziennikarskich, przeprowadzili naukowcy ze State University of New York in Fredonia. Stwierdzili oni, iż wyniki stężenia sięgają nawet 10 000 kawałków plastiku na każdy litr wody!

Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła niedawno, że przeprowadzi przegląd potencjalnego ryzyka związanego z tworzywami sztucznymi w wodzie pitnej i chociaż skontaktowano się z firmami produkującymi butelki z wodą, utrzymują one, iż stoją na straży wysokiej jakości i bezpieczeństwa swoich produktów” – czytamy.

Jak z tym walczyć?

Jeśli weźmiemy pod uwagę plastikowe pojemniki na żywność, należy zwrócić uwagę, czy znajduje się na nich napis „wolne od BPA”. Należy także unikać umieszczania w plastikowych pojemnikach gorących potraw, podgrzewania ich w mikrofalówce, mycia w zmywarce, czy też pozostawiania plastikowych butelek na słońcu. Wszystko to może uwalniać szkodliwe chemikalia. Zamiast tego, jeśli tylko mamy okazję, używajmy szklanych butelek, a gotujmy oraz przechowujmy pożywienie w szklanych, ceramicznych, lub wykonanych ze stali nierdzewnej, pojemnikach.

2. „Plastikowy” papier

Lśniąca powłoka na paragonach, produkty sanitarne, takie jak wkładki higieniczne, czy podpaski, a nawet serwetki… to wszystko może dostarczać nam kolejnych dawek BPA. Tym bardziej, że skóra bardzo skutecznie pochłania chemikalia, co tylko zwiększa obciążenie naszego organizmu toksynami.

Co może pomóc?

Należy wybierać produkty organiczne i takie, które oznaczone są, jako niezawierające dioksyn – dotyczy to np. podpasek, które nie są ani wybielone, ani zafarbowane. Jeśli zaś chodzi o serwetki, może warto postawić na te wykonane z naturalnych materiałów? Dodatkowo są wielorazowego użytku, za co przy okazji podziękuje nam środowisko.

3. Wypełnienia dentystyczne

Okazuje się, że możemy mieć BPA nawet w… zębach! Jedne z badań wskazują, iż substancja ta może wpływać m.in. na problemy behawioralne wśród dzieci. Te, które posiadały wypełnienia wykonane właśnie z substancji zawierającej BPA, wykazywały większe problemy w porównaniu do swoich rówieśników, które takich wypełnień nie miały. Na szczęście jednak coraz więcej stomatologów stawia na środki, które są „BPA free” (wolne od BPA).

Co robić?

Przy kolejnym leczeniu, zapytaj dentystę o to, jakie wypełnienia stosuje. Świadome podejście jest podstawą!

4. Kosmetyki

Często pojawiającymi się w kontekście kosmetyków substancjami są parabeny. Już w latach 90-tych zostały one zidentyfikowane właśnie jako ksenoestrogeny, a „w 2004 roku brytyjska badaczka znalazła je w komórkach raka piersi” – podaje „Daily Mail”. Gdzie możemy je znaleźć? Są to np. kremy, balsamy do ciała, pomadki, czy szampony do włosów.

Nie jest to jednak jedyna substancja wykorzystywana w kosmetykach, która ma działanie estrogenopodobne. Jest to także np. laurylosiarczan sodu (SDS, SLS), który powoduje spienianie produktów, takich jak żele pod prysznic, mydła, czy szampony właśnie. Używanie tego typu kosmetyków może powodować nie tylko zaburzenia hormonalne, ale też podrażnienia skóry, oczu, czy generalnie zwiększenie poziomu toksyn w organizmie.

Ftalany i parabeny działają też niekorzystnie na produkcję testosteronu, który jest niezbędny do wykształcenia się męskich cech płciowych. Parabeny wpływają także na zmniejszoną ruchliwość plemników oraz podwyższony testosteron. Ftalany również niekorzystanie wpływają na ruchliwość plemników, ale także potwierdzono ich skutek antyandrogenny. Naruszają równowagę hormonalną kobiety i niszczą DNA w nasieniu” – pisaliśmy w naszym portalu >>KLIK<<

Jak sobie z tym radzić?

Trzeba sprawdzać na etykietach, czy produkty są „wolne od parabenów” lub „wolne od siarczanów”. Jest ich coraz więcej na rynku i tylko od naszej świadomości oraz nieco większego wysiłku – przeczytanie etykiety! – zależy, czy będziemy z nich korzystać.

 

Pomocne wskazówki:

Jedzmy brokuły – warzywa kapustne, takie jak kalafior, czy właśnie brokuły, pomagają w detoksykacji estrogenopodobnych substancji z wątroby.

Siemię lniane – dołączmy je do naszej diety! Pomoże ono w walce z zaparciami, które mogą zaburzać równowagę hormonalną. Spowolniona jest bowiem praca jelit, a tym samym także wydalanie hormonów pochodzących z pożywienia.

Źródło: „Daily Mail”

 

Zobacz też:

Używasz kosmetyków z drogerii? Uważaj, to może szkodzić płodności!

Jedzenie a zaburzenia gospodarki hormonalnej

Woda dla chorych na Hashimoto? Sprzedają ją w Polsce!

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Przywiązywanie do łóżka, groźby i wyzwiska. Ujawniono szokujące nadużycia na polskich porodówkach

Czarni białe zdjęcie z sali porodowej: lekarze i noworodek w chwili narodzin /Ilustracja do tekstu: Przemoc, wyzwiska. Szokujący raport z oddziałów położniczych
Fot.: Patricia Prudente /Unsplash.com

„Nie drzyj się jak zwierzę”, „zamknij się”, „zrobić to miał kto, ale urodzić tez trzeba” – to tylko nieliczne komentarze, jakie można usłyszeć za zamkniętymi drzwiami polskich porodówek. Wyniki raportu przygotowanego przez Fundację Rodzić po Ludzku pokazują skandalicznie szeroki zakres nadużyć w opiece okołoporodowej.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Przedstawiciele Fundacji Rodzić po Ludzku, autorzy raportu z monitoringu oddziałów położniczych, zapytali 10 tys. kobiet o ich opinie na temat opieki okołoporodowej, którą otrzymały w Polsce. Eksperci organizacji skupili się przede wszystkim na relacji personel medyczny – kobieta. Diagnoza, postanowiona na podstawie uzyskanych głosów, nie pozostawia złudzeń: na polskich oddziałach szpitalnych zdarzają się sytuacje niezgodne z obowiązującymi przepisami, nadużycia, a nawet przemoc: fizyczna, psychiczna i słowna.

Prawo do intymności – nie dla każdego

Jednym z podstawowych praw pacjentki, która korzysta z opieki okołoporodowej, jest prawo do szacunku, godnego traktowania i intymności. Tymczasem blisko 20% respondentek wskazało, że wiele czynności szpitalnych wykonywano bez dbałości o prywatność czy intymność badanych. Ponad 70% z tych kobiet przyznała, że rozmowy z lekarzem czy badania były wykonywane w obecności innych kobiet w sali. Czasem zdarzało się to w obecności odwiedzających (12% przypadków).

Standardy opieki okołoporodowej w Polsce wymagają również, by personel szpitala każdorazowo pytał pacjentkę o zgodę na wszelkie planowane zabiegi i badania. Okazuje się, że wymóg ten nie zawsze jest realizowany. Spośród kobiet, które miały w szpitalu założone wkłucie do żyły obwodowej, tylko 58% zostało poproszonych o zgodę na wykonanie tej czynności. Aż 41% takiego pytania nie usłyszało.

Z raportu Fundacji Rodzić po Ludzku wynika też, że u 16% kobiet, które objęto analizą, na sali porodowej obecni byli studenci medycyny lub położnictwa. Blisko połowa z tych pacjentek (46%) nie została zapytana przez personel, czy wyraża na to zgodę.

„Leżałam na stole operacyjnym, byłam przyszykowywana do cięcia cesarskiego. Przed położeniem się kazano mi się rozebrać do naga w obecności około 10 osób, w tym mężczyzn, studentów. Widziałam, jak po cichu mnie obgadują i naśmiewają się. Było to bardzo poniżające” – pisała jedna z respondentek.

Wśród badanych znalazły się także osoby (3,6% ankietowanych), które deklarowały, że już na izbie przyjęć miała miejsce sytuacja, na którą nie wyraziły zgody lub która naruszyła ich poczucie bezpieczeństwa. Wynikało to ze sposobu, w jaki pacjentki były traktowane przez lekarzy, stosowanej formy komunikacji bądź niedopełnienia procedur.

CZYTAJ TEŻ: Eksperci przyjrzeli się nowym standardom opieki okołoporodowej. Co do poprawy?

Brak wyczucia, dyskryminacja, nadużycia – patologie za zamkniętymi drzwiami porodówek

Rodzące zwracały również uwagę na to, że nie zawsze traktowano je z dostateczną empatią. Co trzecia kobieta biorąca udział w badaniu (31%) skarżyła się na niewystarczającą delikatność personelu. Najwięcej pań z tej grupy deklarowało, że brak wyczucia przydarzył się podczas badania wewnętrznego (72% przypadków) oraz szycia krocza (ok. 25%). Niewiele mniej (20%) wskazywało na sytuację przystawiania dziecka do piersi.

Co szczególnie alarmujące, w badanej próbie znalazły się kobiety, które zwróciły uwagę na przemoc fizyczną w szpitalu. 3% respondentek twierdziło, że w drugim okresie porodu personel medyczny na siłę rozkładał im nogi, a u 66 badanych zdecydowano się na przywiązanie nóg do łóżka porodowego. Część pacjentek była też poszturchiwana.

To jednak nie wszystkie nieprawidłowości, które wykryto na polskich porodówkach. Część ankietowanych spotkała się też z dyskryminacją. Gorsze traktowane miało wynikać z powodu wieku i stanu zdrowia (18% przypadków) lub masy ciała (14%):

„Ile pani przytyła podczas ciąży? 17 kg? A wygląda jak 27”.

„Pani nie jest opuchnięta, tylko gruba”.

W tym wieku nie urodzisz normalnie”.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Po pierwsze: pełna rodzina. Ministerstwo stanie po stronie rodziców stosujących przemoc

Przemoc, która zaczyna się w języku

Nierzadką praktyką jest również poufałe bądź infantylne zwracanie się do kobiet oraz stosowanie zwrotów w trzeciej osobie lub w formie bezokolicznikowej. Pacjentki zwracały uwagę, że w stosunku do nich używano takich określeń, jak: „kochaniutka”, „dziewczyno”, „słoneczko”, a nawet „lalko”.

Zdarzały się jednak znacznie mniej delikatne określenia, a nawet jawne nadużycia i przemoc słowna:

„Podczas pierwszej fazy przyszła doktor sprawdzić rozwarcie i zrobić mi masaż szyjki, który robiła na siłę i bez mojej zgody. Gdy krzyczałam z bólu, to usłyszałam, żebym się nie darła, bo nie jestem  bydłem/zwierzęciem… I dopóki nie przestanę krzyczeć, to mnie nie zbada. Gdyby nie mój mąż, nie  miałabym się jak obronić, bo tylko płakałam z bólu” – opisywała jedna z badanych.

Jak wskazywały respondentki, personel szpitala, wbrew standardom opieki okołoporodowej, niejednokrotnie nie stosował się też do założeń planu porodu lub wręcz lekceważył życzenia pacjentki. Respondentki słyszały m.in. takie niewybredne uwagi:

„A Ty, dziecino, w ogóle czytałaś to, co nam przyniosłaś?”.

„Nie wyraziła zgody na poród siłami natury? A co to za powód: brak zgody? Gówno, nie powód”.

Inna pacjentka wspomniała, że w planie porodu zapisała brak zgody na nacięcie krocza. Gdy usłyszał o tym ordynator, powiedział pacjentce, że to nie ona o tym decyduje.

„Zaczął się naśmiewać z mojej „wiedzy z internetu” i powiedział, że mam usunąć ten zapis z planu porodu albo szukać sobie innego szpitala – napisała jedna z respondentek.

POLECAMY TEŻ: Kampania „Za zamkniętymi drzwiami”. Razem przeciw przemocy

Łagodzenie bólu  i pozycja podczas porodu – nie zawsze zgodnie z wytycznymi

W raporcie skupiono się także na kwestii łagodzenia bólu porodowego. Z odpowiedzi respondentek wynika, że znieczulenie zewnątrzoponowe podano 24% badanych, które rodziły naturalnie lub miały nieplanowane cesarskie cięcie. Ale 13% kobiet, które zadeklarowały chęć skorzystania z niego, nie miało w swoim szpitalu takiej możliwości.

W czasie drugiego okresu porodu 65% respondentek rodziła w pozycji półsiedzącej, a 36% kobiet – płasko na plecach. Co trzecia badana (37%) nie mogła wybrać pozycji, w jakiej urodzi dziecko – zadecydował o tym personel w sali porodowej. Samodzielną decyzję w tej kwestii mogło podjąć tylko 9,3% kobiet (większość współdecydowała o tym w porozumieniu z lekarzem lub położną).

Parcie ściśle według wskazań. Standardy sobie, a życie sobie

Mimo zawartego w standardach opieki okołoporodowej obowiązku, by zachęcać kobietę do kierowania się własną potrzebą parcia, ponad połowa respondentek deklarowała, że personel kazał im nabrać powietrza, zatrzymać je na dłużej i mocno przeć (64%), przyginać głowę do klatki piersiowej (55%) lub przyginać nogi do brzucha (41%). W praktyce do kierowania się własną potrzebą parcia zachęcano niespełna połowę badanych (42%).

Raport wykazał, że u części kobiet mógł zostać zastosowany tzw. chwyt Kristellera. 15,5% badanych deklarowało, że w czasie porodu personel naciskał na ich brzuch, a aż 90% pań z tej grupy wskazało, że ugniatanie brzucha odbywało się w drugim okresie porodu. Na brzuch naciskano najczęściej dłonią (58%) lub łokciem (39%). U 18% kobiet z tej grupy osoba z personelu szpitalnego napierała na brzuch całym ciałem.

Prawie uduszono mnie i dziecko podczas bardzo brutalnego chwytu Kristellera w drugiej fazie porodu. Położne i lekarz nie dowierzały mi, że nie mam już siły przeć. Lekarz prawie leżał na mnie i wyciskał dziecko, które urodziło się sine. Potem dziecko zabrano ode mnie, a ja zostałam sama w brei poporodowej, której nie miał kto wytrzeć. Żałowałam, że nie umarłam” – pisała jedna z ankietowanych.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Tato, wspieraj mamę! O roli ojca podczas ciąży i po porodzie

Nacięcie krocza wciąż powszechne, ale rzadsze niż przed laty

Ponad połowa badanych (55%), które rodziły siłami natury, wskazała, że w czasie porodu wykonano im nacięcie krocza.

Odsetek ten, choć wciąż wysoki, zmniejszył się na przestrzeni ostatnich lat. Jeszcze 12 lat temu tę interwencję medyczną wykonywano w 80% przypadków.

Opieka nad noworodkiem – jest lepiej, ale wciąż potrzebne poprawki

Nieco lepiej przedstawia się obraz opieki poporodowej. Kontakt „skóra do skóry” miało po narodzinach dziecka 93% respondentek. Ten jednak rzadko trwał tyle, ile wymagają standardy opieki okołoporodowej. Tylko 38,5% badanych, które miały zapewniony taki kontakt, deklarowało, że spędziło z dzieckiem rekomendowane dwie godziny. Najczęściej dzieci zabierano wcześniej, powołując się na konieczność ich zmierzenia i zważenia.

Na oddziale położniczym prawie wszystkie kobiety (93,5%) mogły przebywać razem z dzieckiem bez ograniczeń. Nie wszystkie mamy mogły jednak w wystarczająco często pielęgnować swoje dzieci. Prawie połowa badanych (47%) twierdziła, że wszystkie te czynności wykonywane były przez personel, a co trzecia respondentka w nich nawet nie uczestniczyła.

CZYTAJ TEŻ: Ginekolog czy położna? Kogo wybrać do prowadzenia ciąży?

Wsparcie w karmieniu piersią. Raport z monitoringu oddziałów położniczych wykrył rażące nadużycia

Ogólna ocena wsparcia w karmieniu piersią w szpitalach jest nie jest satysfakcjonująca. Zgodnie z danymi przedstawionymi w raporcie, 66,5% kobiet, które rodziły siłami natury, uzyskała pomoc personelu w pierwszym przystawieniu dziecka do piersi w sali porodowej. Spośród pacjentek, które potrzebowały w tym zakresie pomocy, 44% zadeklarowało, że personel pomagał im z własnej inicjatywy, a 40% musiało o to poprosić. Blisko 18% kobiet nie otrzymało takiego wsparcia mimo zaistnienia takiej potrzeby.

Co więcej, część z nich spotkała się z niewybrednymi komentarzami.

„Jaka z pani matka, że nie ma pani pokarmu! Wszystkie matki mają wystarczająca ilość pokarmu, a pani pewnie odciągać się nie chce” – relacjonowała jedna z respondentek.

„Jak można nie wiedzieć, jak karmić dziecko? Przecież każda matka to wie. To nie jest nic skomplikowanego! Każdy ssak to potrafi” – napisała inna.

„Jedna z pań bez zgody ścisnęła mi piersi i z wyrzutem się zapytała, czym chce karmić, skoro tu nic nie ma” – wyznała kolejna kobieta.

Wsparcie doradcy laktacyjnego było z kolei zależne od szpitala. Średnio co trzecia badana nie miała w swoim ośrodku możliwości skorzystania z takich usług.

„Położna mająca dyżur na oddziale położnictwa wyśmiała mnie za używanie laktatora. Powiedziała, że zamiast używać laktatora, powinnam 24 godziny na dobę leżeć z dzieckiem na cycku” – opowiedziała jedna z badanych.

Raport Fundacji Rodzić po Ludzku pokazuje, jak wiele jest jeszcze do poprawy w opiece okołoporodowej – przede wszystkim na polu zwykłej empatii i respektowania podstawowych praw człowieka. Każda kobieta ma bowiem prawo do jak najlepszej troski o swój stan zdrowia. Dotyczy to „zarówno godnej, pełnej szacunku opieki zdrowotnej podczas całej ciąży i porodu, jak i prawa do bycia wolnym od przemocy i dyskryminacji” – czytamy w podsumowaniu raportu z monitoringu oddziałów położniczych.

Pełny raport można pobrać pod tym adresem.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nowe stowarzyszenie zawalczy o politykę zdrowotną opartą na nauce.  Chce zacząć od odwołania prof. Chazana

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Nadzieja – w jakich barwach widzisz swoją przyszłość? [PODCAST]

Patrząc w przyszłość, jakie widzisz barwy? Jest w tobie więcej lęku, który przywołuje nad głowę czarne chmury, czy może jednak nadziei? Nadziei, że nawet jeśli jest trudno, to jutro będzie lepsze i dasz sobie z nim radę. Czym jest nadzieja i czy masz ją w sobie?

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

„Nadzieja matką głupich”? Być może. Ktoś inny powiedziałby jednak, że „Głupi ma zawsze szczęście”. Patrząc zatem na oba te przysłowia z wielkim przymrużeniem oka, nadzieja jest jednym z elementów szczęśliwego życia. I jest w tym dużo prawdy, jest ona bowiem ogromnym zasobem, który pozwala lepiej radzić sobie w momentach potknięć, wyzwań, zmagań – także z niepłodnością.

Czy masz w sobie przestrzeń na myślenie o przyszłości z nadzieją? Czy widzisz, jak wielki może mieć ona wpływ na nasze działania? Czy wiesz, że możesz ją w sobie obudzić?

Zastanówmy się wspólnie – posłuchaj PODCASTU

…bo chcę dać ci przestrzeń do namysł i wiarę w to, że jest w tobie miejsce na nadzieję!

 

Zobacz też:

Obezwładniający wstyd vs. wdzięczność – jak stworzyć w sobie przestrzeń na dobre emocje? – PODCAST psychologiczny

„Nigdy nie będę taka jak ona…” – czy porównywanie się naprawdę ma sens?  – PODCAST psychologiczny

Świat pod linijkę – gdy perfekcjonizm zderza się z niepłodnością  – PODCAST psychologiczny

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studentka V. roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS oraz studentka studiów podyplomowych Gender Studies na UW.

Oligospermia. Co zrobić, gdy plemników jest zbyt mało?

Lekarz podczas konsultacji z pacjentem /Ilustracja do tekstu: Oligospermia: przyczyny, leczenie
Fot.: Fotolia.pl

Badania wykazują, że niepłodność pary w niemal połowie przypadków wynika z czynnika męskiego, a  u jednej pary na trzy leży wyłącznie po stronie mężczyzny. Według ekspertów odpowiada za to często niska jakość nasienia, w tym m.in. zbyt mała liczba plemników w próbce ejakulatu. Takie zaburzenie nazywamy oligospermią. Z czego ono wynika, kiedy jest diagnozowane i czy można je skutecznie leczyć? Przeczytaj!

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Przez wiele dekad przyjmowano, że oligospermia występuje wtedy, zawartość plemników w 1 ml ejakulatu jest mniejsza niż 20 mln w 1 ml nasienia. Obecnie, z uwagi na stale obniżające się parametry nasienia u mężczyzn, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) przyjmuje, że o zaburzeniu tym mówimy wtedy, gdy koncentracja plemników wynosi mniej niż 15 mln na 1 ml ejakulatu.

Oligospermia: gdy plemników jest zbyt mało

W zależności od stopnia zaawansowania problemu, wyróżnia się cztery rodzaje oligospermii:

  • oligospermię lekką – gdy w 1 ml nasienia znajduje się 10-15 mln plemników,
  • oligospermię umiarkowaną – gdy w 1 ml nasienia znajduje się 5-10 mln plemników,
  • oligospermię ciężką – gdy w 1 ml nasienia znajduje się 1-5 mln plemników,
  • oligospermię bardzo ciężką – gdy w 1 ml ejakulatu jest mniej niż 1 mln plemników.

Często w nasieniu o zmniejszonej koncentracji plemników wykrywa się również nieprawidłowości w morfologii i ruchliwości plemników (mówimy wówczas o oligoastenoteratozoospermii).

ZOBACZ TAKŻE: Azoospermia: Brak plemników w nasieniu

Oligospermia: przyczyny i leczenie. O czym trzeba pamiętać?

Oligospermia, czyli zbyt mała liczba plemników w nasieniu, może mieć wiele przyczyn. Należą do nich m.in. czynniki środowiskowe, stany zapalne, przebyte choroby (np. świnka) i zaburzenia czynności organizmu. Powodem, który stoi za nieprawidłową liczbą plemników, mogą być również nierozpoznane wcześniej dolegliwości zaburzające drożność przewodów wyprowadzających nasienie lub niszczące tkankę jądra, a nawet urazy mechaniczne.

Skuteczność leczenia ściśle zależy od prawidłowego rozpoznania przyczyn oligospermii. Gdy za zbyt małą liczbę plemników w nasieniu odpowiadają żylaki powrózka nasiennego, wnętrostwo lub zablokowanie dróg odprowadzających nasienie, niezbędne jest wykonanie zabiegu operacyjnego. Więcej na ten temat przeczytasz w artykule: Chirurgiczne leczenie żylaków powrózka nasiennego. Radzi lekarz.

W przypadku zaburzeń hormonalnych zalecane jest z kolei podjęcie leczenia farmakologicznego. Wiele zagrożeń dla płodności mężczyzny niesie za sobą także współczesny tryb życia, dlatego istotne jest, by zadbać o prawidłową dietę, zrezygnować z używek i  zapobiec przegrzewaniu jąder. Niestety, często przyczyny oligospermii pozostają nieznane – mówimy wówczas o męskiej niepłodności idiopatycznej.

CZYTAJ TEŻ: Jak leczyć niepłodność idiopatyczną u mężczyzn?

Oligospermia: jak ją zdiagnozować?

Podstawowym badaniem wykorzystywanym w diagnostyce niepłodności jest badanie nasienia. Aby wynik był miarodajny, eksperci zalecają oddanie nasienia w laboratorium lub klinice, która wykonuje takie analizy na miejscu. W przypadku braku takiej możliwości pacjent powinien oddać nasienie w sterylnych warunkach i dostarczyć je do kliniki w jak najkrótszym czasie, dbając, by w międzyczasie próbka była przechowywana w temperaturze pokojowej.  Niezwykle ważne jest, by na 2-3 dni przed badaniem zachować wstrzemięźliwość seksualną i zrezygnować z alkoholu.

WIĘCEJ NA TEN TEMAT: Mężczyzno, czy wiesz jaką metodą możesz obecnie zbadać nasienie?

W razie nieprawidłowego wyniku, wskazującego na oligospermię, badanie nasienia należy powtórzyć po upływie co najmniej jednego miesiąca. Często niezbędna jest dodatkowa diagnostyka, uwzględniająca badanie poziomu hormonów (testosteronu, prolaktyny, FSH i LH), badanie genetyczne , a także konsultację z lekarzem urologiem.

POLECAMY TEŻ: Diagnostyka niepłodności męskiej: od jakich badań zacząć? Wyjaśnia ekspertka

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.