Przejdź do treści

Cesarskie cięcie to poważna operacja

159.jpg

Coraz więcej kobiet decyduje się na rozwiązanie ciąży drogą cesarskiego cięcia mimo braku jakichkolwiek wskazań medycznych. Wybór ten jest motywowany obawami przed bólem oraz powikłaniami porodu naturalnego. W rzeczywistości operacja chirurgiczna jest obarczona dużo większym ryzykiem i powinna być wykonywana tylko w przypadku zagrożenia zdrowia lub życia matki i dziecka.

Z raportu Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że częstotliwość wykonywania cesarskiego cięcia gwałtownie wzrasta na całym świecie. W niektórych krajach ciążę rozwiązuje się tą metodą w ponad 40 proc. przypadków. Położnicy alarmują, że taki zabieg nie powinien być wykonywany bez wyraźnych wskazań medycznych. 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

– Badania statystyczne jednoznacznie wskazują, że poród naturalny globalnie wiąże się z czterokrotnie mniejszym ryzykiem powikłań niż jakiekolwiek, nawet najbezpieczniej i najspokojniej przeprowadzone cięcie cesarskie. Nie zapominajmy o tym, że cięcie cesarskie to jest operacja, która zawsze może się wiązać z różnego rodzaju powikłaniami, ze śmiercią pacjentki włącznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr n. med. Ewa Kurowska, ginekolog-położnik z kliniki Medicover.

Wskazaniami do cesarskiego cięcia są m.in. nieprawidłowe ułożenie dziecka w drogach rodnych, brak postępu porodu naturalnego czy zaburzenia tętna płodu w trakcie porodu, choroby neurologiczne, okulistyczne lub kardiologiczne u matki. Mimo postępów medycznych, zabieg ten może mieć poważne następstwa, m.in. jest istotnym czynnikiem ryzyka powikłań w następnych ciążach.

– Tak naprawdę głównym przeciwwskazaniem do cięcia cesarskiego jest brak wskazań do jego wykonania. Te wskazania są ściśle określone i zawarte w standardach medycznych opracowanych przez Ekspertów Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego – podkreśla dr  Kurowska.

Zarówno polska organizacja – Polskie Towarzystwo Ginekologiczne, jak i Światowa Federacja Ginekologów i Położników uważają, że wykonywanie cesarskiego cięcia wyłącznie na życzenie pacjentki jest etycznie nieuzasadnione i niedopuszczalne w dobrej praktyce medycznej.

Wydaje się, że dalsze wnikliwe badania dotyczące tego tematu są nieuniknione.

 

Źródło: newseria.pl

Straty i ból, które budują! Happy End: „Czasem pewne rzeczy dzieją się w konkretnym celu”

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Walka z niepłodnością przypomina nieraz walkę z całym światem – z własnym ciałem, z emocjami, z innymi ludźmi, z finansami, z systemem… wymieniać można niemal bez końca. Niewątpliwie ogromny bój o swoje marzenia stoczyła Kasia.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nasza walka była długa, ale i tak uważam, że mieliśmy wiele szczęścia. Nie mam mutacji genu, nie mam endometriozy, mam oba jajowody, plemniki były ‘nasze’, a małżeństwo nie rozpadło się. Najważniejsze jednak, że ostatecznie wywalczyliśmy nasz cud. Wiele par ma dużo gorszą sytuacje. Podziwiam ich, że mają siłę walczyć” – mówi skromnie Kasia. Skromnie, bowiem pokora widniejąca w jej słowach – chociaż jest wielką siłą – zupełnie nie oddaje ilości przeżyć, jakie pojawiły się podczas niemal ośmiu lat starań.

Początek długiej drogi

Decyzja o dziecku pojawiła się u Katarzyny i jej męża jeszcze przed ślubem. Był grudzień 2008 roku, a para miała przed sobą całą młodość. Kasia miała wtedy 23 lata, jej partner 26. Nie nastawiali się na błyskawiczny sukces, bo w końcu „mieli jeszcze czas” – jak to mówili wszyscy dookoła. Kasi szybko jednak zapaliła się czerwona lampka, być może dlatego, że już od kilku lat dziecko było jej wielkim marzeniem. „Już po paru miesiącach bezowocnych starań wysłałam męża na badanie, co wydaje się być najlepszym początkiem. Pozwala zaoszczędzić masę pieniędzy, nerwów i stresu” – opowiada.

Niestety nieskutecznie, bowiem negatywnych emocji nie udało się w tym wypadku uniknąć. „Wyniki były złe. Rozpłakałam się, bo wiedziałam, że jeżeli w ogóle doczekamy się dziecka, to będzie to bardzo trudne” – dodaje. Para wciąż starała się jednak naturalnymi sposobami. W międzyczasie każdy kolejny ginekolog twierdził, że u Kasi nie widać żadnych przeszkód i cierpliwość będzie ich największym sprzymierzeńcem: „Tak, po 3 latach nadal byli odważni, którzy mówili, że ‘jesteśmy młodzi i to tylko kwestia czasu. On niestety nieubłaganie leciał, a ciąży nadal nie było…” – opowiada.

Po kolejnym roku Katarzyna znalazła adres Poradni leczenia niepłodności małżeńskiej. „Doznałam ogromnego szoku, gdy pani ginekolog oznajmiła, że w naszym przypadku nic nie mogą pomóc. Mieliśmy udać się do kliniki leczenia niepłodności i to prawdopodobnie od razu w celu procedury IVF. Nie mogliśmy uwierzyć, że nas to dotyka” – mówi w dużych emocjach. Nie poddawała się jednak i wertując internet doszła do wniosku, że cierpi na PCOS. Lekarz potwierdził zespół policystycznych jajników, ale kolejny rok przyjmowania leków nic nie dał. Chociaż właściwie dał – kopa do podjęcia coraz to poważniejszych kroków.

Zadzwoniłam do jednej z klinik i umówiłam nas na wizytę. Od razu nastawiona byłam na inseminację. Rzeczywiście lekarz na pierwszej konsultacji, po obejrzeniu dotychczasowych wyników i wysłuchaniu naszej historii, zaproponował IUI. Teraz czekały nas powtórne badania i z wielką nadzieją weszliśmy w kolejny etap starań” – opowiada.

Nowy rozdział

Pierwsza inseminacja odbyła się w czerwcu 2014 roku i chyba oboje nie mogliśmy uwierzyć w pozytywny wynik bHCG, który otrzymaliśmy po 14 dniach. To było ogromne szczęście” – mówi Katarzyna i przywołuje w swojej pamięci wspomnienia: „Tego samego dnia była kumulacja Lotto. Z uśmiechem powtarzałam, że swoją szóstkę już trafiłam, bo jak często udaje się za pierwszym razem?” – niestety radość nie trwała długo.

Beta rosła, ale nie tak jak powinna. W pęcherzyku ciążowym była pustka. Pomimo, że ciąża była bezzarodkowa ja i tak cierpiałam. W końcu skoro był pęcherzyk, to musiał być i zarodek, w którego rozwoju coś poszło nie tak…” – mówi Kasia. Po tej próbie nastąpiła prawie roczna przerwa. O nie, nie w staraniach. Kobieta obserwowała siebie, mierzyła temperaturę, badała śluz, schudła ponad 20 kilogramów. Po tym czasie para przystąpiła jednak do kolejnej inseminacji. I kolejnej. I kolejnej. „Łącznie było ich jeszcze cztery, ale żadna nie zakończyła się ciążą” – podsumowuje.

Ostatnia inseminacja była w sierpniu 2015 r. Skończyły się pieniądze i siły. Na refundację in vitro nie było szans. Dopiero pod koniec roku mogliśmy zacząć myśleć o kolejnym etapie. W marcu najpierw zrobiliśmy badania męża, później wykonałam swoje. 23-ego maja 2016 r. odbyła się punkcja. Pobrano 22 oocyty,12 dojrzałych komórek. Zapłodniły się tylko i aż cztery z sześciu. W drugiej dobie miał miejsce transfer dwóch zarodków. Znów przeżyłam szok kiedy wynik bHCG wskazywał ciążę” – opowiada Katarzyna.

Nie było jednak wcale kolorowo. „Plamienia nie odpuszczały i ze względu na nie, pani doktor wysłała mnie do szpitala. W pierwszym nie dostałam żadnej pomocy, a według USG nie było widać ani jednego pęcherzyka. Zapłakana pojechałam z mężem do kolejnego szpitala. Nie zapomnę chyba nigdy tego momentu, kiedy lekarka odwróciła w moją stronę monitor. Od razu zauważyłam pulsujący punkt. To był nasz synek, czułam że to jest synek!” – opowiada Kasia, która dopiero po pierwszym prenatalnym USG tak naprawdę zaczęła cieszyć się ciążą. Znów niestety radość nie była jej dana na długo: „W 14. tygodniu ciąży trafiłam do szpitala z krwawieniem. Synek żył. Był też krwiak. Po czterech dniach serduszko już nie biło. Daliśmy mu na imię Staś i pochowaliśmy obok mojej mamy”.

Trudna droga do spełnienia

Przez kolejne 8 tygodni Kasia była na urlopie macierzyńskim. Jednak cała droga, którą już dotąd przeszła i silne przeżycia ostatniego czasu nie pozostały bez echa. „Wróciłam do pracy, ale nie mogłam się na niczym skupić. Przepracowałam dwa miesiące i czułam, że nie dam rady dłużej” – opowiada Kasia, która niestety nie dostała wtedy tak bardzo potrzebnego jej wsparcia. „Wręcz przeciwnie. Usłyszałam, że każdy ma swoje problemy… Postanowiłam więc znów zawalczyć. Ten ostatni raz. Chciałam zabrać pozostałe dwa zarodki i zakończyć tę drogę” – słyszymy.

Mąż Kasi wraz z lekarzem przekonali ją do pojedynczego transferu. „19-ego grudnia 2016 roku pierwsza Śnieżynka wróciła z nami do domu. 28-ego grudnia w wielkiej tajemnicy wykonałam test z krwi. Byłam przekonana, że i tym razem się nie udało. Nie czułam absolutnie nic, co wskazywałoby na to, że jest inaczej. Chciałam wypłakać się jeszcze przed Sylwestrem… Jednak intuicja mnie zawiodła. Sylwester był już bezalkoholowy!” – wspomina z uśmiechem.

 

Świat dookoła

Finalnie wszystko zakończyło się wielkim szczęściem, ale był to bardzo ciężki czas. Nie tylko dla Kasi, ale i dla jej męża. Każdy kolejny cykl, kolejne łzy, kolejne próby odbijały się na związku. Było w tym czasie wiele kłótni i wiele „prawie” rozwodów, jak mówi o nich Kasia. „Niepłodność to potężny egzamin dla związku. Emocji było mnóstwo. Mąż był twardy i nie pokazywał po sobie cierpienia. Często mnie to denerwowało. Myślałam, że mu nie zależy, że może nawet jest mu na rękę, że się nie udaje… Człowiek nie myśli wtedy racjonalnie” – dodaje.

Co ważne w historii Kasi, to otwartość z jaką mówi o przeżytych stratach: „Myślę, że najgorsze co może spotkać kobietę to poronienie, martwy poród oraz śmierć dziecka i absolutnie nie są to równoważne wydarzenia. Uważam jednak, że wsparcie i pomoc musi dostać każda z nas”. Pierwsza strata ciąży spowodowała, że Kasia zamknęła się w domu, zarówno przed rodziną, jak i przed znajomymi. „Moje myśli biegły w zdecydowanie złym kierunku… ale byłam też na tyle „twarda” że sama poszłam do psychiatry. Bałam się chyba sama siebie… dostałam leki i numer do psychologa” – opisuje i dodaje, że niestety nie mogła poddać się wtedy terapii. Z perspektywy czasu widzi jednak, że wszystkie obowiązki można było ze sobą połączyć i bardziej o siebie zadbać.

Inaczej było już przy drugim poronieniu. „Byłam wtedy bardziej doinformowana i mądrzejsza. Stasia straciliśmy w 15. tygodniu ciąży i chociaż było bardzo ciężko ‘urodziłam’ go własnymi siłami. Nie mogłam go jednak pożegnać tak, jak chciałam. Personel szpitala mi to skutecznie uniemożliwił. Pożegnałam się z synkiem dopiero w dniu pogrzebu” – opisuje w dużych emocjach i dodaje: „Tak, pochowaliśmy Stasia. Czułam, że muszę to zrobić. Że tak powinno być.

Tym razem kobieta skorzystała z długotrwałego wsparcia specjalistów. „Trafiłam na cudowną panią psycholog, która jako pierwsza o naszym synku mówiła po imieniu, co było dla mnie bardzo ważne. Nie lubię określenia ‘płód’, a tym bardziej ‘resztki po poronieniu’, jak to zaczęli mówić w szpitalu. To w dużej mierze dzięki pani Ewie przestałam się obwiniać i źle o sobie myśleć. Odbyło się wiele spotkań, dzięki którym zaczęłam się lepiej czuć” – opowiada. Ogromnym wsparciem był w tym czasie także mąż Kasi. Bliscy i znajomi są w takich chwilach wręcz niezbędni.

Sedno „happy end’u”

Czy dziś Kasia postąpiłaby tak samo i tak samo długo starałaby się o dziecko? Tak, chociaż jedno chciałaby zmienić – mówi, że nie czekałaby tyle czasu z wizytą w klinice. Z drugiej strony zauważa, że gdyby wszystko potoczyło się szybciej, mogłaby nie być w tym miejscu, w którym jest obecnie.

Foto. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Czasem pewne rzeczy dzieją się w konkretnym celu. Po pierwszym poronieniu wzięliśmy szczeniaka. Nasz pierwszy synuś!” – mówi Kasia z radością. Dziś nie wyobraża sobie bez niego dnia.

Bruno urodził się 18-ego lipca 2017 roku w 32. tygodniu ciąży – wcześniak. Ciągle nie mogę uwierzyć w ten nasz cud! Droga ku niemu kosztowała nas mnóstwo pieniędzy, stresu, łez i wyrzeczeń. Niczego jednak nie żałuję, nawet pomimo późniejszych nieprzespanych nocy, bolącego kręgosłupa i długiego oraz ciężkiego porodu” – mówi doświadczona już mama. Co więcej, nie zamierza na tym poprzestać. Gdy pierwszy raz usłyszała krzyk Bruna, postanowiła, że za dwa lata sprawi mu rodzeństwo: „Oby się udało. W końcu czeka na nas jeszcze jedna nasza Śnieżynka” – dodaje z uśmiechem i nadzieją.

Szczerze mówi też o tym, co myśli o otaczającej nas rzeczywistości i powtarzających się, nieraz wręcz piętnujących, opiniach o in vitro: „Szkoda, że rząd nie potrafi docenić daru medycyny. Te wszystkie krzywdzące określenia nigdy nie powinny paść. Chociaż my za całą procedurę musieliśmy płacić, mam nadzieję i mocno trzymam kciuki, by refundacja wróciła”. Jest to szczególnie ważny głos, bowiem mówi nim osoba, która sama doświadczyła wszystkich trudów walki z niepłodnością. Czy może być jakiś mocniejszy dowód na to, że warto walczyć, niż jej „happy end”?

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

9 lat starań i DWA szczęśliwe zakończenia – WASZE HISTORIE

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Moc, z jaką można walczyć o swoje marzenia, jest ogromna. Niewątpliwie prawdziwą siłaczką jest w tej kwestii Dorota. 9 lat starań o dziecko, inseminacje, in vitro – ilość i skala przeżytych w tym czasie emocji są aż trudne do wyobrażenia. „Gdybym miała przystąpić do wszystkiego od nowa, to mimo wszystko powiedziałabym: TAK, TAK, TAK!”.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Czas start!

Stojąc na ślubnym kobiercu nie myślałam kiedy i ile chcę mieć dzieci” – zaczyna swoją opowieść Dorota. Miała wtedy 23 lata, a jej świeżo poślubiony mąż 25. Po roku małżeństwa postanowili, że może warto duet zamienić na tercet. „Podzieliłam się podjętą decyzją z przyjaciółką, która też wtedy rozpoczęła starania o malucha. Byłam przeszczęśliwa, że będziemy miały dzieci w tym samym wieku!” – wspomina. I o ile koleżanka po dwóch miesiącach okazała się być w ciąży, w kolejnym miesiącu następna znajoma, po upływie 2 miesięcy też siostra cioteczna, o tyle u Doroty było bez zmian. Ciągle nic.

Młodzi żyli jednak aktywnie. Wiele podróżowali, spędzili trochę czasu m.in. w Stanach Zjednoczonych. Zwiedzali, poznawali tamtejszą kulturę, ale i pracowali. 2008 rok był czasem, gdy na stałe postanowili zapuścić korzenie w Polsce. Wtedy też rozpoczęły się wizyty u specjalistów. Pierwsze wyniki badań hormonalnych i badań nasienia nie były najgorsze. Na początek pojawiły się więc leki stymulujące i monitoring – nic. Konsultacje u specjalistów w innym mieście – nic. Naprawdę nie było się do czego przyczepić! Zaproponowano więc inseminację. „Mieliśmy dwie. Niestety bez skutku” – mówi Dorota.

Zmiany, zmiany, zmiany

Z dziewczyny ważącej zaledwie 60 kg urosłam do 70kg. Hormony zrobiły swoje… Puchłam i miałam wilczy apetyt, którego niczym nie byłam w stanie zahamować. Stałam się nerwowa i wszczynałam awantury  – o nic! Być może chciałam w ten sposób wykrzyczeć swój ból i bezradność… Zawsze byłam i dalej jestem uśmiechnięta i mimo niepowodzeń starałam się być dobra dla innych. Owszem, jestem też szczera do bólu, co może nie ułatwia przyjaźni ze mną, ale zależy mi przede wszystkim na zaufanych ludziach – na jakości przyjaźni, a nie ilości. Leczenie jednak sprawiło, że się zmieniłam” – dodaje.

Wtedy też pojawił się pomysł o przerwie. „Dalej walczyliśmy, ale po cichu, sami w domu. Skupiliśmy się na sobie, na pracy. Wciąż wierzyłam wtedy, że nadejdzie w końcu dzień, gdy zobaczę te cholerne dwie kreski!” – mówi w dużych emocjach Dorota. „Tak, to była frustracja. Wszyscy dookoła widzieli, jak bardzo mnie to przygnębia. Co roku w Sylwestra słyszałam życzenia, że ‘w tym roku wam się uda’. Doprowadzały mnie one do szału! Wreszcie przyszedł czas, że życzenia były już tylko uściskami… bez słów” – dodaje.

Nowe rozdanie

Szczególnie ważne było w tym momencie wsparcie, jakie Dorota znajdowała w mężu. To on zaproponował by pojechać do innej kliniki i znaleźć nowych lekarzy. Tym sposobem trafili do jednej z warszawskich placówek. „Lekarz nas zbadał, przejrzał wyniki dotychczasowych badań i powiedział, że w naszym wypadku widzi dwie opcje: albo jeszcze jedna inseminacja, albo decydujemy się na in vitro. Wychodząc od niego poczułam się chora. Skoro nasze badania są dobre, to po co in vitro?!” – zastanawiała się Dorota. Przez kolejny rok biła się z myślami. Cierpiała w tym czasie nie tylko ona, ale i związek, a seks stał się mechaniczną czynnością pod tytułem: „idziemy do łóżka, bo nadchodzi jajeczkowanie”. Trwało to już około 6 lat… Na początku 2012 roku decyzja zapadła.

Wykonaliśmy mnóstwo badań, lekarz zlecił mi tabletki hormonalne na wyciszenie jajników, później ruszyliśmy z zastrzykami  na wzrost pęcherzyków. Stres, który przeżywałam podczas zastrzyków, był niemiłosierny. Później była punkcja. W 7. rocznicę ślubu odbył się transfer dwóch zarodków” – opisuje. Wiązało się to z olbrzymią radością, ale i ogromem oczekiwań. „Po około 15-stu dniach zrobiłam HCG. Byłam w ciąży! Pierwszy raz po tylu latach starań byłam w ciąży!” – mówi w wielkich emocjach Dorota. Niestety radość nie trwała długo.

W pewien sobotni wieczór zobaczyłam krew. Rozpacz i strach, jakie się wtedy pojawiły, są nie do opisania. Ból, nawet nie fizyczny, a psychiczny, wiązał się ze stratą czegoś więcej, niż ‘tylko’ dziecka. Oprócz niego straciłam siebie. Świat przestał istnieć. To był 12. tydzień ciąży” – w słowach Doroty wciąż czuć trud, z jakim musiała się wtedy mierzyć. „W szpitalu doszedł również ból fizyczny, ale był niczym w porównaniu z tym, co działo się we mnie. Kolejne dni były puste. Nie pamiętam z nich nic” – dodaje.

Kosmiczna siła

Następne miesiące miały być odpoczynkiem, regeneracją i nabieraniem sił. Po 4 miesiącach kolejne podejście i podanie dwóch zarodków. Był to grudzień, ale niestety bez prezentu gwiazdkowego. Upragnionych dwóch kresek tym razem nie było. Para nie odpuszczała jednak. W lutym 2013 roku zabrali ostatnie dwa zarodki – test wyszedł pozytywny! „Pojawiła się we mnie wielka radość i pewność, że teraz nic się złego nie stanie. Niestety już po tygodniu zaczęłam mocno krwawić. Straciłam ostatnią nadzieję…” – znów słychać z słowach Doroty ból. W zasadzie to sama już nie wiem co straciłam. Chyba nawet nie była to nadzieja, bo trwałam w swego rodzaju nicości. Nie miałam nic – mówi. Lekarze próbowali w tym czasie odnaleźć przyczynę poronień, ale z badań niczego się nie dowiedzieli. Wyniki były idealne. „Niby jestem zdrowa, a nie dość, że nie mogę zajść w ciążę, to jeszcze nie umiem jej utrzymać… kolejne ciosy…” – opisuje Dorota.

To niesamowite jak wiele sił musiała wtedy mieć – ona i jej mąż. Pomimo strat próbowali dalej, szukali nowych rozwiązań. Zmienili w tym czasie lekarza i podjęli decyzję o kolejnej próbie in vitro. Tym razem uzyskali 9 zarodków, z czego wspólnie z embriologiem wybrali dwa. Testy pokazały, że Dorota jest w ciąży! Znów wielka radość, ale i coraz więcej obaw, czy tym razem się uda?

Dwa tygodnie później okazało się, że oba zarodki się zagnieździły i noszę pod sercem dwoje dzieci. Strach był jeszcze większy! Robiłam badania, chodziłam co dwa tygodnie do lekarza i podpatrywałam jak rosną. Brzuszek rósł, a chłopcy – tak, synowie! – mieli się dobrze. Ciąża przebiegała bez problemów, a my w tym czasie remontowaliśmy nowe, większe mieszkanie, w którym widziałam już biegające dzieci” – gdy Dorota opowiada o tym czasie, nie ukrywa szczęścia.

Szczęście na wyciągnięcie ręki

Pomimo obaw wszystko szło dobrze. Całą trójkę konsultował profesor, który miał za sobą niejeden bliźniaczy poród i zapewnił im profesjonalną opiekę. Podczas rutynowej wizyty u prof. u  jednego z bliźniąt wystąpiły złe przepływy.  „Zostałam skierowana do szpitala, a maluchom trzeba było dać dwa zastrzyki na płucka, na wypadek gdyby trzeba było przeprowadzić wcześniejsze cesarskie cięcie. Dotrwałam jednak do 39. tygodnia ciąży” – opisuje Dorota.

Poród zaplanowany był na 18. lutego o godzinie 9:00. „Nigdy nie czułam aż tak ogromnego stresu. Kochana pani Ania, pielęgniarka, zawiozła mnie na cesarskie cięcie na wózku, bo nogi miałam jak z waty, w uszach mi świstało i nie mogłam zebrać myśli. Trzęsłam się jak galareta” – opisuje Dorota. „Wreszcie nadszedł moment, gdy profesor powiedział: ‘Zaczynamy’. Nastąpiła cisza. Nawet gdyby miał wtedy miejsce jakiś wybuch, to nie wiem czy bym go usłyszałam. Czekałam już tylko na usłyszenie płaczu moich dzieci. Jest pierwsze. Zaraz potem drugie. Pokazali mi synów. Wreszcie są na świecie. Nasze dzieci! Nasze dzieci! Nasze dzieci!”.

Juliusz i Franciszek urodzili się dokładnie 18. lutego 2014 roku o godzinie 9:02 i 9:03. Po dziewięciu latach starań rodziców, w końcu są. Chłopcy mają dziś 3 lata i 8 miesięcy. „Okropne łobuziaki! Nie da się nad nimi zapanować” – mówi ze śmiechem dumna mama i dodaje: „Są naszym całym światem!”.

Teraz Dorota ma już za sobą największy żal i frustrację związaną z tymi wszystkimi latami. Jednak jak mówi, mogło się to udać tylko dzięki miłości. „Wsparcie męża było ogromne, wspierali mnie też rodzice. Są to najważniejsze osoby w moim życiu i zawdzięczam im wszystko” – podsumowuje. Gdy zastanawia się, czy dziś poszłaby tą samą drogą, nie ma wątpliwości. Jedyne co mogłoby być inne, to krótsze zwlekanie z decyzją o in vitro. „Niepłodność idiopatyczna to chyba w tym temacie najgorsza przypadłość. Nie wiesz nawet co możesz leczyć, jakich działań powinnaś się podjąć. Mnie z niemożności zajścia w ciążę wyleczyło in vitro. Moje dzieci, które urodziły się dzięki tej metodzie, są najpiękniejszymi i najmądrzejszymi dzieciakami. Kocham ich” – czy są lepsze słowa by podsumować Happy End?

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Sesja porodowa – czy warto to rozważyć, jak się do niej przygotować i jak wygląda na zdjęciach

sesja porodowa

Sesja porodowa to nadal w Polsce niezbyt popularny temat. Jak przebiega sesja porodowa, czy trzeba się jej bać i jak się do niej przygotować opowiada Danuta Czapka z Dana Photography w rozmowie z Jolantą Drzewakowską.

Czy osoba, której robiłaś sesję porodową jest Twoją znajomą czy to klientka?

To była klientka. Skontaktowała się ze mną w sprawie sesji z brzuszkiem i sama zaproponowała, że chce wykonać sesje z porodu.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kto wpadł na pomysł takiej sesji: modelka, partner modelki czy Ty? 

Tak jak wspomniałam wyżej sesja była z inicjatywy klientki. Osobiście byłam bardzo zainteresowana tego typu sesją, gdyż jest to coś nowego na rynku fotograficznym, przynajmniej tutaj w Danii, gdzie obecnie mieszkam. Zdjęcia z tego typu sesji są naładowane niesamowitym ładunkiem emocjonalnym i są „prawdziwe” bez udawania i ustawiania. Napomnę jeszcze, nie wiem na ile to istotne (dla mnie nie było ;)), ale była to para homoseksualna. Dania jest krajem mocno liberalnym i otwartym na wszystkie związki, wiec Panie nie miały jakiś oporów, a nawet dostałam zgodę na publikacje zdjęć.

Jak wygląda taka sesja porodowa od strony logistycznej? Para wie, że zaczyna się poród i dzwoni do Ciebie, tak jak do położnej? Czy umawiacie się jakoś inaczej?

Od strony logistycznej jest to dosyć złożone, gdyż nie jesteśmy w stanie przewidzieć dokładnie, kiedy poród się rozpocznie i w jaki sposób będzie przebiegał. Teoretycznie mamy planowana datę porodu i umawiając się z klientem zakładam, że muszę być dyspozycyjna na 2 tygodnie przed planowaną datą i tydzień po. W planowanym terminie byłam w kontakcie z mamą – jak się czuje i co mówią lekarze. Później już czekałam na telefon. W moim konkretnym przypadku,  gdzie wykonywałam sesję, miał to być poród domowy w wodzie, z obecnością położnej. Niestety trzy dni przed planowanym terminem porodu, mama nie najlepiej się czuła i wynikły pewne komplikacje, a następnie skierowano ją do szpitala i to dosyć odległego (około godzina drogi od mojego miejsca zamieszkania ) gdzie już pozostała i czekała na wywołanie porodu. Tak więc dzieciątko urodziło się praktycznie 1 dzień przed planowanym terminem, tyle, że w szpitalu, a nie w domu.

dana photography sesja noworodkowa 5

Jak to wygląda na miejscu? Czy np. zawiadamiasz wcześniej szpital i lekarzy? Muszą wyrazić zgodę?

Pierwszy raz miałam przyjemność wykonać tego typu reportaż, wiec trudno mi powiedzieć, jak to rutynowo się odbywa i mogę tylko opowiedzieć o moim spotkaniu. Jako, że poród nieoczekiwanie odbył się w szpitalu, a nie w domu jak był planowany, to mama sama zapytała lekarzy, czy wyrażają zgody, abym ja uczestniczyła w porodzie również. Powiedziała, ze mają zamówionego fotografa na tą okazje. Zgodzili się bez problemu. Trudno mi powiedzieć jak to odbywa się w Polsce. Wiem, że są fotografowie, którzy również wykonują takie reportaże, ale zauważyłam, że odbywają się one zawsze w tym samym szpitalu, być może nie w każdym wyrażają zgodę. Myślę, że gdyby poród był od początku planowany w szpitalu, poprosiłabym rodziców, aby zapytali o możliwości przebywa fotografa w trakcie porodu.

Szpitale w Danii, jak i personel, są bardzo przyjazne, jeśli można to tak określić. Pamiętam mój poród, a było to cesarskie cięcie, położna pięć razy pytała się męża, czy na pewno zabrał na sale operacyjną aparat, bo to najważniejsze w trakcie porodu, aby robić zdjęcia. Na korytarzach stoją dziesiątki wazonów na kwiaty, a odwiedzający mogą przebywać w sali przez większą część dnia. Bywa, ze kobieta już po paru godzinach po porodzie naturalnym wychodzi do domu, jeśli wszystko jest dobrze. Więc podejrzewam, że w większości przypadków, jeśli rodzice sobie życzą, to nie byłoby problemu, aby fotograf uczestniczył w porodzie. Natomiast z całą pewnością zawsze trzeba wcześniej zapytać o zgodę.

dana photography sesja porodowa 3

 

Ok, to wszystkie logistyczne sprawy załatwione, to co się dało przygotowane a potem się zaczyna – poród. Jedziesz do szpitala i… no właśnie, jak to wyglądało w trakcie?

Parę dni przed planowaną datą siedzisz już jak na szpilkach, czekasz jakby to był twój poród. U mnie emocje były po stokroć większe, bo to był mój pierwszy reportaż z porodu. Oczywiście czytałam, oglądałam zdjęcia, ale wiadomo jak się czujemy, gdy robimy coś pierwszy raz i nie da się tego powtórzyć. Miałam wiele wątpliwości, czy dam radę od strony technicznej, gdyż poród może być w środku nocy przy słabym oświetleniu, a fotograf musi być dyskretny, wręcz niewidzialny,  więc użycie lampy błyskowej nie wchodzi w grę. Oczywiście miałam to szczęście, że poród właśnie się odbył w środku nocy. Wiadomo, że każdy poród jest inny i przebiega w innym tempie, jako, ze to było pierwsze dziecko, byliśmy przygotowani, ze to może być bardzo długi poród. Wiedziałam, już o zmianach, o szpitalu i byłam w kontakcie z rodzicami, wiedziałam, co mówią lekarze. Miałam dojechać do szpitala jak rozwarcie będzie około 5 cm.

Myślę, też, że powinnam tutaj wspomnieć, co właściwie się fotografuje w trakcie porodu. Fotografia taka polega na tym, aby zatrzymać w kadrach panującą atmosferę tego dnia, różne szczegóły i detale, na które rodząca kobieta z pewnością nie zwróci uwagi, emocje, więź i czułość jaka istnieje pomiędzy partnerami, pierwsze chwile dziecka i emocje jakie malują się na twarzy rodziców. Zostałam jeszcze jakieś 2-3 godziny po porodzie czyli, fotografowałam również całą procedurę mierzenia i ważenia dziecka, jak i pierwsze uściski z rodzicami. To jest naprawdę niesamowite przeżycie. Niektórzy mnie pytali czy to nie dziwne, ze ja obca osoba uczestniczę w tak intymnej chwili. Starałam się być niezauważana, nie biegałam przed lekarzem czy położną, tylko z odległości, zza drzwi, z kąta starałam się złapać te właściwe momenty. I absolutnie nie czułam się skrepowana, przecież to rodzice chcieli abym uczestniczyła w tym wydarzeniu, rozmawialiśmy wiele przed, spotkaliśmy się na sesji z brzuszkiem … troszkę się poznaliśmy. Sam poród też mnie nie przeraża, jestem mamą i swoje porody mama już za sobą.

dana photography sesja porodowa4

Czy  „modele” czuli się skrępowani Twoja obecnością? czy umawiałaś się z nimi, że np jakichś konkretnych zdjęć nie robisz?

„Modele” byli bardzo otwarci i tolerancyjni, nie czułam ich skrępowania, to jeszcze ja okrywałam mamę, żeby zasłonić to i owo na zdjęciach. Przed sesją wytłumaczyłam, jakie to będą zdjęcia, że absolutnie nie fotografujemy intymnych, fizjologicznych szczegółów, bo nie o to chodzi w takim reportażu. Mamy zatrzymać chwile, emocje, uczucia, pierwsze chwile dzieciątka po drugiej stronie brzuszka.

A Ty jak tam się czułaś? Ile godzin to trwało? Nie miałaś wrażenia, że przeszkadzasz albo że to zbyt intymne?

Wyjechałam z domu po otrzymaniu informacji, kiedy lekarz stwierdził, że jest ok. 4 cm rozwarcia i akcja porodowa przebiega bardzo powoli, nie ma co się spieszyć. Po chwili otrzymałam sms’a, że mam się spieszyć, bo nastąpiła zmiana i wszystko się dzieje w ekspresowym tempie. Dostałam jeszcze dwa sms’y w trakcie drogi. W sumie jechałam koło godziny, był środek nocy, była mniej więcej 2.00. gdy dojechałam. W szpitalu też nie tak łatwo było je odnaleźć, w środku nocy nikogo nie było na portierni (byłam w tym szpitalu pierwszy raz ). Czułam się troszkę jak na planie filmowym, gdy wpadasz do szpitala w środku nocy, a tu ani żywej duszy, żeby pomogła odnaleźć właściwą salę.

Oczywiście aparat już był w ręce i po gratulacjach dla rodziców zaczęłam fotografować te pierwsze minuty maluszka i mamy. W sumie wyjechałam z domu około godziny 1.00. w nocy, a wróciłam koło 8:00 rano. Wyszykowałam córkę do przedszkola, odwiozłam i poszłam spać.

dana photography sesja porodowa1

Jaki moment był dla Ciebie najtrudniejszy podczas takiej sesji?

Wiesz co jakoś wszystko tak błyskawicznie przebiegło, że nie wyłapałam jakiegoś bardzo trudnego momentu. Z pewnością najtrudniejsze to wszystko było od strony technicznej, bo zrobić w miarę dobre zdjęcie przy słabym żółtym oświetleniu plus mocna szpitalna lampa skierowana w konkretne jedno miejsce, to niełatwe zadanie. Wiadomo, że te zdjęcia nie wyglądają jak ze studia, ale myślę, że nie o to w nich chodzi.

Który moment sesji porodowej był najpiękniejszy?

Cała sesja była bardzo wzruszająca, czułam się emocjonalnie związana z rodzicami i przeżywałam to bardzo osobiście. Niesamowite uczucie było gdy wychodziłam już ze szpitala, akurat był piękny wschód słońca … stworzyło mi to harmonię z nowym życiem. Mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję nie jeden taki reportaż wykonać. Chętnie poszłabym w tym kierunku z moją fotografią.

dana photography sesja porodowa 7

Czy po takim doświadczeniu mogłabyś doradzić taką sesję? Kto mógłby się na to zdecydować? Czy trzeba być bardzo odważną, otwarta osobą?

Zdaję sobie sprawę, że taka sesja jest nie dla każdego. Osobiście znam osoby, które absolutnie nie zgodziłyby się na to. Z kolei ja żałuję, że nie miałam takiej świadomości fotograficznej, gdy rodziły się moje dzieci. Uważam, że jest to niesamowita pamiątka, takie chwile się już nigdy nie powtórzą, a w pamięci szybko zacierają. Nawet jeśli będziemy w kolejnej ciąży, będzie ona inna, bo każda jest inna.

Wiele rzeczy, które się wydarzyły w trakcie porodu, już nie pamiętamy, a zdjęcia zatrzymałyby je dla nas. Ja zdecydowanie chciałabym mieć taką pamiątkę oprawioną w piękny album. Same dzieci też uwielbiają oglądać zdjęcia, często pytają się, jak to było, gdy się urodziły, gdy były malutkie. Dla nich samych byłaby to piękna pamiątka. Myślę, że trzeba akceptować siebie i swoje ciało, aby zdecydować się na fotografa w trakcie porodu, lub mieć taką świadomość fotograficzną, która Cię przekona, że warto.

Gdybyś miała doradzić parze, która myśli o sesji porodowej – co powinni ustalić z fotografem, na co zwrócić uwagę?

Z całą pewnością powinni się wcześniej poznać. Dobrym sposobem na to jest wykonanie sesji z brzuszkiem, można wtedy zobaczyć, jaki styl pracy ma fotograf i jak się czujemy w jego towarzystwie. Powinni otwarcie porozmawiać jak to sobie wyobrażają i skonfrontować z tym, co ma fotograf do przekazania w danym temacie. Nie wiem, czy jest wielu fotografów na polskim rynku, którzy wykonują takie sesje, ale wiem, że wielu marzy o tym, aby mieć taką sesję w swoim portfolio, właśnie ze względu na jej prawdziwość i niesamowite emocje, które widać na zdjęciach.

A rada dla fotografa, który podjąłby się takiego wyzwania 🙂

Zaufaj swojej intuicji … Z mojego doświadczenia wynika, ze najtrudniejsza w tego typu sesji jest logistyka, właśnie ze względu na ta niewiadoma, kiedy rozpocznie się poród i jak będzie przebiegał.

dana photography sesja porodowa8

Danuta Czapka Dana Photography Jestem fotografem rodzinnym, dziecięcym, fotografuje również mamusie z brzuszkiem i noworodki. Wciąż poszerzam swoje horyzonty fotograficzne, staram się nieustannie rozwijać i myślę, że nigdy nie przestanę, bo w fotografii jest coś tak fajnego, że zawsze można odkryć coś nowego. Prywatnie mama dwóch cudownych dziewczynek.

Więcej cudownych zdjęć znajdziesz tutaj: http://www.danaphotography.dk/

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.