Przejdź do treści

Brak macicy to nie wyrok

472.jpg

Z dr Lizą Johannesson z University of Guthenburg o MRKH i przeszczepach macicy rozmawia Jolanta Drzewakowska

Co to jest MRKH?

Zespół Mayera-Rokitansky’ego-Küstera-Hausera, w skrócie nazywany zespołem Rokitansky’ego lub zespołem MRKH, to zespół wad rozwojowych, obejmujący wrodzony brak lub znacznego stopnia niedorozwój macicy i pochwy. Wada ta dotyka jedną na cztery do pięciu tysięcy kobiet, nie jest to więc niezwykle rzadkie schorzenie. Wykrywa się je zazwyczaj dopiero w wieku nastoletnim, gdy dziewczynka nie dostaje miesiączki. W takiej sytuacji jednym z przeprowadzanych badań jest USG, podczas którego okazuje się, że pacjentka nie ma macicy. Zazwyczaj jajniki zbudowane są normalnie, funkcjonuje również wydzielanie hormonów, więc nie ma zauważalnych różnic w wyglądzie.

Jak MRKH wpływa na życie seksualne?

Cechą charakterystyczną tego zespołu jest bardzo skrócona pochwa, czasami jej brak. W miejscu, w którym powinna się znajdować pochwa, jest tylko fałd skóry. Jednym ze sposobów naprawy tej sytuacji jest rozszerzenie tego fałdu, tak by kobieta mogła prowadzić normalne życie płciowe.Można to robić samodzielnie – podczas stosunków seksualnych pochwa się rozciąga – ale można także poddać się zabiegowi operacyjnemu.

Czyli są wszystkie zewnętrzne cechy płciowe: wargi sromowe, łechtaczka?

Tak, tylko pochwa jest mniejsza. W momencie, gdy pochwa zaistnieje w pełnym rozmiarze, stosunki seksualne przestają odbiegać od normy.

Czy z brakiem macicy mamy do czynienia tylko w przypadku MRKH, czy mogą być też inne przyczyny?

Gdy dzieje się tak z innych przyczyn, zazwyczaj istnieje jakiś zalążek macicy, choć może być on źle ukształtowany. Mówimy o przypadkach, gdy brak macicy jest wrodzony, bo przecież można stracić ten narząd z różnych przyczyn, np. w związku z rakiem szyjki macicy czy rakiem macicy. Czasami podczas porodu dochodzi do nadmiernego krwawienia, które również może skutkować operacyjnym usunięciem macicy. Zdarza się też, że wyściółka macicy nie jest odpowiednio uformowana, co uniemożliwia donoszenie ciąży.

Czy brak macicy jest chorobą?

Kobieta bez macicy jest całkowicie zdrowa, natomiast jednostką chorobową jest bezpłodność/niepłodność, które można leczyć.

Jaki jest cel przeszczepu macicy?

Jedynym powodem jest chęć donoszenia zdrowej ciąży i urodzenia zdrowego dziecka.

W jaki sposób pacjentki są kwalifikowane do takiego zabiegu?

Do tej pory w Szwecji mieliśmy tylko dziewięć takich przypadków [poza Szwecją – tylko dwa: w Arabii Saudyjskiej oraz Turcji – przyp. red], na razie jest to więc mała grupa pacjentek. Podstawowym powodem, który skłania do przeprowadzenia takiego zabiegu jest bezpłodność wynikająca z braku macicy.

Kobieta powinna mieć świadomość istnienia alternatywnych rozwiązań macierzyństwa: adopcji lub surogacji, urodzenia dziecka przez matkę zastępczą, co jest dopuszczalne w niektórych krajach. Dopiero wówczas można rozpocząć dyskusję na temat przeszczepu macicy.

Pacjentka, u której rozpatrujemy takie rozwiązanie, musi być zdrowa, nie może mieć żadnych schorzeń, które mogłyby narazić ją na komplikacje podczas zabiegu. Nie jest wymagane, aby miała stałego partnera, ale musi mieć zamrożone zarodki z własnych komórek jajowych, aby po pomyślnym przeszczepie możliwe było dokonanie zapłodnienia metodą pozaustrojową.

Jak wygląda operacja?

Jest bardzo długa. Dawczynie są żyjące, więc wszystko odbywa się dwutorowo. Najpierw przeprowadzana jest operacja dawczyni, a zaraz potem – pacjentki przyjmującej organ. Operacja dawczyni trwa ok. 10–12 godzin. Dokonujemy nacięcia pośrodku powłok brzusznych i wyjmujemy macicę wraz ze wszystkimi długimi naczyniami krwionośnymi po obu stronach. Trzeba to zrobić bardzo ostrożnie, bo wszystkie struktury, wszystkie tkanki muszą pozostać nienaruszone. Wyjmujemy macicę, przygotowujemy naczynia krwionośne i w rękach lub w małej miseczce przenosimy do drugiej sali operacyjnej, gdzie dokonujemy wszczepienia. Musimy połączyć wszystkie naczynia krwionośne z naczyniami u pacjentki przyjmującej organ – trochę jak hydraulicy. Po pomyślnie przeprowadzonym zabiegu podczas badania ginekologicznego nie widać, że macica jest przeszczepiona.

Dlaczego zdecydowaliście się na żywe dawczynie?

W Turcji podczas przeszczepu skorzystano z organu nieżyjącej dawczyni, natomiast w Arabii Saudyjskiej – z żyjącej. My przed podjęciem decyzji przeprowadziliśmy badania. Podstawowym założeniem jest to, że nie może być żadnego zagrożenia dla dawczyni. Staraliśmy się określić stopień ryzyka i z badań wynikało, że jest ono bardzo małe. Ważne jest również to, że Szwecja jest niewielkim krajem, więc potencjalna podaż dawczyń macic jest niewielka. Nie mieliśmy możliwości skorzystania z narządów nieżyjących dawczyń. Poza tym w przypadku przeszczepu macicy chcemy wiedzieć, kim jest dawczyni, jaki jest stan jej zdrowia. Korzystanie z macic od żyjących dawczyń ma również tę dodatkową korzyść, że operację można dokładnie zaplanować. W momencie, gdy dawczyni i biorczyni znajdują się w tym samym miejscu, nie trzeba jechać po organ, który podczas transportu mógłby stracić swą przydatność.

Jako pierwsi na świecie przeszczepiliście macicę matki do córki.

Tak, w sumie pięć dawczyń to były matki, teściowa, jedna starsza siostra i przyjaciółka rodziny.

To dla mnie duże zaskoczenie, że przeszczepia się stary organ młodej osobie.

Tak naprawdę macica to tylko pojemnik, mięsień, a hormony ciążowe pochodzą z jajników należących do młodej dziewczyny. Około 50. roku życia zaczyna się menopauza, ale mieliśmy też dawczynie po menopauzie. Próbowaliśmy stymulować ich macice, aby zobaczyć, czy da się je ponownie „obudzić” i czy pod wpływem hormonów kobiety zaczną ponownie miesiączkować. I to się udało.

Czy przeszczepienie macicy od spokrewnionego dawcy zwiększa szanse powodzenia?

Zasada ta dotyczy wszystkich przeszczepów, ponieważ pomiędzy spokrewnionymi osobami istnieje podobieństwo immunologiczne. Taki organ przypomina nasze własne narządy. Niebezpieczeństwo odrzucenia przez organizm jest nieco mniejsze, nie ma więc konieczności stosowania immunosupresji w tak dużym natężeniu.

Czy były jakieś nieudane przeszczepy?

Tak. Zrobiliśmy dziewięć transplantacji i w dwóch przypadkach trzeba było usunąć macicę.

Po jakim czasie od operacji można podać zarodki?

Zaleca się, by odczekać przynajmniej rok, ponieważ to podczas pierwszych dwunastu miesięcy organizm najczęściej odrzuca przeszczepiony organ. Nie należy więc wprowadzać czynników, które mogłyby zaburzać jego działanie.

Czy zapłodnienie odbywa się za pomocą procedury in vitro?

Tak. Procedurę w zasadzie przeprowadza się przed przeszczepem, pobiera się komórki jajowe, powstaje zarodek, który podaje się po upływie roku. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, nie przeszczepiamy jajników, więc wszczepiona macica nie komunikuje się z nimi w naturalny sposób i komórki jajowe nie mogłyby zejść. Po drugie, nawet w przypadku normalnej metody zachodzenia w ciążę trzeba na to trochę poczekać. A my nie możemy czekać, nie chcemy, aby ten przeszczepiony organ kobieta nosiła zbyt długo. Należy go usunąć jak najszybciej po spełnieniu swojej funkcji.

Czy po przeszczepie macicy kobieta musi zażywać lek immunosupresyjne? Jaki to ma wpływ na utrzymanie ciąży oraz urodzenie zdrowego dziecka?

Po przeszczepie macicy pacjentki muszą być poddawane immunosupresji, jak po każdym innym przeszczepie, ale wiemy już sporo na temat skutków przyjmowania tego typu leków, ponieważ przeszczepy wykonuje się już od lat 50. XX wieku. Wiele kobiet po przeszczepach innych organów rodziło dzieci. Być może niektóre z nich rodzą się trochę wcześniej, niektóre są trochę mniejsze, ale nie ma to wpływu na stan ich zdrowia.

Pani kolega z zespołu, dr Maty Brännström, powiedział: „Myślę, że najlepszą nagrodą – efektem naszej pracy – będą narodziny żywego i zdrowego dziecka jednej z naszych pacjentek”. Czy jesteście blisko takiej nagrody?

Tak, nie możemy jednak ujawnić szczegółów ze względu na dobro pacjentek. Zapewniam, że gdy tylko urodzi się żywe i zdrowe dziecko, będziemy o tym informować.

Czy te kobiety mogą normalnie funkcjonować, czy też muszą całą ciążę spędzić w szpitalu?

Funkcjonują normalnie. Były w szpitalu przez cztery dni po przeszczepie, a teraz pracują, kochają się, uprawiają sport – żyją pełnią życia, tak jak przed zabiegiem. 

Czy po urodzeniu dziecka przeszczepiona macica będzie usuwana, czy może „poczekać” na kolejne dziecko?

Początkowo mieliśmy zamiar usuwać macicę zaraz urodzeniu pierwszego dziecka, ale teraz zaczynamy się wahać. Zdecydowaliśmy, że możliwe będzie zostawienie tego organu na drugą ciążę, jeśli kobieta będzie tego chciała. Natomiast ciąże te muszą nastąpić dosyć szybko po sobie.

Czy takie zabiegi mają medyczny sens? Przecież wspominała Pani, że te kobiety są zdrowe, a bez macicy można prowadzić wartościowe życie…

Często spotykamy się z pytaniem: dlaczego przeprowadzać takie zabiegi, skoro można np. adoptować dziecko. Myślę, że nie należy tego przeciwstawiać. Kobiety powinny mieć wybór. Nie uważam, że kobieta powinna być skazana tylko na jedną opcję. Coś, co jest dobrym rozwiązaniem dla jednej osoby, może być nieodpowiednie dla drugiej. Naszym celem jest to, aby zabieg był jak najbardziej bezpieczny, i nasze doświadczenie pokazuje, że jest to możliwe.

Co skłoniło Panią do zajęcia się akurat tą grupą pacjentek?

Na początku byłam sceptyczna. Kiedy jednak spotkałam się z kobietami, które tak desperacko pragnęły mieć własne dziecko i donosić własne ciąże zrozumiałam, jak silna i ludzka jest to potrzeba. Trudno im było odmówić. Dostrzeganie sukcesów takiego przedsięwzięcia jest naprawdę niesamowite. Jedna z pacjentek powiedziała: „Przez całe życie czułam się jak odmieniec, nareszcie mam nadzieję i szansę, by być jak inni ludzie”. 

 

Jedynego w Polsce wywiadu Liza Johannesson udzieliła nam w trakcie 1st International Meeting on MRKH w Warszawie, podczas którego  była gościem specjalnym. Rozmowa została opublikowana w 5 numerze pierwszego poradnikowego pisma dla osób starających się o dziecko „Chcemy Być Rodzicami”. Magazyn nadal do kupienia w dobrych salonikach prasowych.

zdjęcia: Peter Beym

 

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

11 najgorszych tekstów, które możesz usłyszeć podczas walki z niepłodnością

walka z niepłodnością

Kiedy zmagasz się z niepłodnością wszyscy dookoła zdają się lepiej wiedzieć, czego ci właśnie w tym momencie najbardziej potrzeba. Każdy sypie genialnymi wskazówkami, jak z rękawa. Jakaż to nagle mądrość wychodzi z ludzi! Szkoda, że przy tym wszystkim ginie gdzieś ich empatia…

Oto 11 najgorszych tekstów, które możesz usłyszeć podczas walki z niepłodnością:
  1. Jeszcze nie jesteś w ciąży?!
  2. Może posiadanie dzieci nie jest ci pisane?
  3. Spokojnie, bądź cierpliwa. Na wszystko przyjdzie czas.
  4. A diety płodności próbowaliście?
  5. Przynajmniej wysypiasz się w weekendy…
  6. Wszystko dzieje się „po coś”.
  7. Jak coś, zawsze jest adopcja.
  8. Pewnie masz za dużo stresu w życiu. Wyluzuj, a wszystko samo przyjdzie.
  9. Starania, to przecież sama przyjemność!
  10. Za długo czekaliście, to teraz macie!
  11. Tyle osób nie ma dzieci i jakoś żyje – wy też możecie.
Empatia – piękne słowo

Obarczanie pary winą za niepłodność, złote wskazówki, ironia, wyśmiewanie, nieliczenie się z emocjami i potrzebami – czy może być coś trudniejszego? Pamiętajmy, że każdy na własny sposób przeżywa swoje zmagania. Każdy szuka też ukojenia na różne sposoby.

Jeśli nie wiemy, co pomoże naszym bliższym lub dalszym znajomym, zapytajmy. Nie zakładajmy z góry, że będzie to to samo, co i nam by pomogło. „Wszyscy mamy nadzieję, że na końcu drogi będziemy mieli dziecko, ale w międzyczasie potrzebujemy zrozumienia” – przytaczaliśmy niedawno w naszym portalu słowa kobiety, która ma za sobą długą drogę do rodzicielstwa [TUTAJ]. Czy masz w sobie przestrzeń na słuchanie i szacunek do starań? To naprawdę trudna i kręta ścieżka, warto starać się ją zrozumieć.

Inspiracja: „Buzzfeed”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Dietetyczka od niepłodności – wizyta domowa: co to jest i jakie są korzyści

DIETETYCZKA Z WIZYTĄ DOMOWĄ

Spotykamy się w Warszawie i już jej pojawianie się rozjaśnia całe wnętrze. Szczupła, zadbana, uśmiechnięta i z pozytywnym ładunkiem energii. Chce się żyć. O specyfice wizyt domowych, diecie i niepłodności rozmawiam z dietetyczką. Na moje pytania odpowiada Zofia Mazurek – Dudek.

Jak długo zajmujesz się dietetyką?

Moja przygoda z dietetyką zaczęła się właściwie już dawno. Można powiedzieć, że najpierw byłam dietetykiem dla siebie. Szukałam porad u osób zajmujących się żywieniem ale nie znalazłam nikogo, kto byłby w stanie mi pomóc. Musiałam więc wziąć sprawy we własne ręce i dostosować swoje żywienie do chorób, których ciągle przybywało. Całe szczęście w każdym ze schorzeń, które mam (wciąż w pakiecie z nieustannym uśmiechem) dietoterapia miała duże znaczenie. Miałam więc świadomość, że moje działanie ma duży wpływ na stan zdrowia a przede wszystkim – CZUŁAM TO!

I tak już zostało. Mam to szczęście, że dietetyka oprócz tego, że jest moją pracą jest też przede wszystkim moją pasją. Od lat uzupełniam swoją wiedzę na studiach, kursach, kongresach, konferencjach.

W jaki sposób pracujesz?

Z każdym inaczej. Nie mam sztywnych reguł. Sposób prowadzenia danej osoby klaruje się po dokładnym wywiadzie. Jedni potrzebują kontaktu ze mną praktycznie codziennie, a są tacy, którym wystarcza raz na tydzień. To wszystko też się zmienia w toku pracy – sposób, forma i częstotliwość kontaktów. Rzeczywiście często bywa tak, że pacjenci na początku czują się zagubieni i potrzebują wsparcia częściej. Ale z upływem czasu wiedzą więcej i czują się pewniej.

Z czym najczęściej zgłaszają sie klientki?

Ze specyfiki moich zainteresowań wynika fakt, że mam najwięcej pacjentek, które starają się o dziecko, tylko ‘coś’ im to utrudnia (najczęściej PCOS, Hashimoto, endometrioza).

Presja środowiskowa, modowa i coraz częściej zdrowotna generuje pragnienie szczupłej sylwetki i prawidłowej masy ciała –  każdy chciałby być zgrabny. Osoby, które poddają się temu pragnieniu stanowią drugą liczną grupę pacjentów – czyli ci, którzy chcą schudnąć.  

A na trzecim miejscu jeśli chodzi o częstotliwość uplasowałabym diabetyków, którzy też muszą nauczyć się wiele o prawidłowym odżywianiu.

W czym się specjalizujesz?

Wspomniałam o tym już wcześniej więc teraz dodam tylko to, że ze względu na to, że w temacie niepłodności nie jestem tylko teoretykiem – naprawdę rozumiem problemy z jakimi mierzą się moje pacjentki. Wiem jak mogą reagować na leki, wiem jak ciężko może im być sprostać nowym wyzwaniom. Wiem też jak wiele mogły ostatnio stracić i przez to w jakim stanie psychicznym być. Przerobiłam to wszystko na sobie więc myślę, że mogę nazwać siebie praktykiem. Rozumiem też ich usilne pragnienie spełniania marzeń i staram się przekuć całą, często ogromną determinację w osiągnięcie celu.

Najbardziej interesuje mnie jednak Twój pomysł na wizyty domowe. Jak to właściwie wygląda?

Wygląda to tak, że po prostu umawiamy się w domu osoby zainteresowanej, zamiast w gabinecie. Jest to z reguły trudne bo wymaga przełamania granicy intymności i zupełnie obnaża pacjenta. O ile w gabinecie pacjenci mogą zatajać pewne fakty i nie do końca szczerze odpowiadać na pytania, to w domu widać wszystko czarno na białym.

Natomiast jeżeli już ktoś przełamie te opory, to dzięki tej metodzie jesteśmy w stanie osiągnąć bardzo dużo i stosunkowo szybko. Jeśli pacjent/ka jest otwarta na zmiany lub wystarczająca zmotywowana to pozwala mi zajrzeć do szafek, lodówki i powyrzucać rzeczy niezdrowe i tuczące. Przypomina to wizytę osobistej stylistki, która zagląda do szafy. Ja również dbam o wygląd danej osoby, ale przede wszystkim dbam o jej zdrowie.

Takie spotkanie w domu jest też furtką dla tych osób, które z różnych względów mają pewne opory przed pokazaniem się w gabinecie dietetyka, czują się skrępowani albo nie chcą, żeby ktoś ich tam zobaczył.

No i nie oszukujmy się – jest to też wygodne. To dietetyk dojeżdża do Ciebie a nie Ty do niego, dzięki czemu oszczędzasz czas, nie musisz angażować opiekunki do dziecka itd.

Zaglądasz ludziom do szafek i wyrzucasz z nich rzeczy. Nie protestują?

Ale zaglądamy tylko tym którzy tego chcą! Chciałabym, żebyś mnie dobrze zrozumiała- to nie jest tak, że moja wizyta w domu pacjenta zawsze kończy się kompletną penetracją wszystkich szafek i lodówki. Robię to wyłącznie za pozwoleniem i zgodą drugiej strony. Często bywa też tak, że wizyta w domu jest taką zwykłą wizytą, jak ta w gabinecie.

Ale owszem, jeśli ktoś się zdecyduje, żeby wpuścić mnie do domu i do swoich szafek, musi się liczyć z tym, że będę robić w nich rewolucję, ponieważ wcześniej jasno i konkretnie ustalamy zasady.

Co zawsze z nich wyrzucasz i czym to zastępujesz?

Zawsze, ale to zawsze, z dzika rozkoszą wyrzucam z nich cukier. I najchętniej nie zastępowałabym go niczym ale jeśli już muszę to wybieram erytrol, ksylitol, stewię.

Do kosza trafia też wszystko co przesadnie sztuczne i mocno przetworzone – produkty zawierające tłuszcze trans czy szkodliwe dodatki do żywności. Niektóre z nich są dla pacjentów zaskoczeniem.

Wchodzisz komuś do domu, wyrzucasz rzeczy z szafki i co ta osoba ma teraz zjeść?

Szafki świecą pustkami raczej rzadko. Najczęściej pozostaje w nich jednak trochę produktów, które są wartościowe, ale rzeczywiście – kolejnym krokiem muszą być zakupy.

Przy zakupach też staram się zapewnić moim podopiecznym wsparcie. Mogą skorzystać ze wspólnego wyjścia do sklepu, bądź przygotowanej przeze mnie listy zakupów. Jednak zdecydowanie bardziej cenne dla pacjentów jest wspólne wyście do marketu niż gotowe rozwiązanie w postaci karteczki z listą zakupów. To kolejna okazja gdzie mogę ich czegoś nauczyć, wyłapać błędy czy pokazać zdrowszą alternatywę.

Ostatnim krokiem, przy którym da się coś poprawić i wprowadzić ulepszenia jest gotowanie. To też jeden z moich ulubionych etapów, zdecydowanie najbardziej twórczy i wesoły. Wprowadzam ostatnie zmiany, poprawki, wyłapuję błędy i daję praktyczne wskazówki.

Jakie jeszcze zalety ma ta metoda oprócz tych, o których już wspomniałaś?

W moim odczuciu jest to forma wnosząca najwięcej wartości na długo, mam nadzieję, że na zawsze. Dzięki tej metodzie nie dam Ci gotowej kartki z jadłospisem, tylko nauczę Cię jak masz robić zakupy, gotować i jeść, żeby czuć się i wyglądać lepiej. Nie musisz trzymać się sztywnych reguł, nie potrzebujesz też nieustannego kontaktu z dietetykiem, sam wiesz co, kiedy i w jakich proporcjach jeść. A moje wsparcie jest Ci potrzebne tylko od czasu do czasu.

Oczywiście są też pacjenci, którzy lubią reguły, lubią wypełniać plan, pewien ustalony schemat, nad którym panują – u takich jadłospis sprawdza się lepiej.

Jaką radę dietetyczną dałabyś każdemu?

Zdecydowanie – pij więcej wody!

 

Zofia Mazurek DudekZofia Mazurek-Dudek 

Dyplomowana dietetyczka, absolwentka Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. W temacie niepłodności i walki z nią jest nie tylko teoretykiem – wszystko przerobiła na sobie. Propagatorka zdrowego podejścia do żywienia, przeciwniczka nieuzasadnionych diet eliminacyjnych. Pomaga osobom niepłodnym w osiągnięciu celu wpierając je od strony dietetycznej. Przyjmuje w Radzyniu Podlaskim, Lublinie i Radomiu. (a na Skype – w całej Polsce)

 

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

4 typy PCOS – który przypadek jest twój?

typy PCOS

PCOS to nie jest jasno określony stan, na który znajdzie się jedna cudowna kuracja. Jest to zespół symptomów, który przede wszystkim charakteryzuje się nieregularną owulacją. Jeśli chcemy zabrać się za leczenie, podstawowym pytaniem musi być: Dlaczego? Dlaczego moja gospodarka hormonalna nie działa prawidłowo?

Nieregularną owulację powodują deficyty w estradiolu i progesteronie, co wtórnie sprawia, że poziom twojego testosteronu rośnie. Objawia się to właśnie między innymi utratą włosów na głowie, większym owłosieniem na reszcie ciała, trądzikiem, czy też niepłodnością. Powód i nierównowaga hormonalna mogą być jednak w każdym przypadku inne. Warto podejść do swojego PCOS z wielkim zainteresowaniem i obserwacją. Jest bowiem wiele naturalnych sposobów pomagających radzić sobie z zespołem policystycznych jajników. Nie wszystkie jednak zadziałają na każdą kobietę, jest to bardzo zindywidualizowana sprawa.

4 typy PCOS, o których pisze dr Lara Briden:
1. PCOS i insulinooporność

Jest to jeden z najczęściej występujących przypadków. Niektóre badania wskazują, że nawet 50-70 proc. kobiet z PCOS ma insulinooporność, niezależnie od tego, czy są szczupłe, czy też nie. Wysoki poziom insuliny i leptyny hamuje owulację i pobudza jajniki do produkcji testosteronu. Co ważne, z insulinoopornością mogą wiązać się takie choroby jak cukrzyca, otyłość, czy też choroby układu sercowo-naczyniowego.

Szukając sposobu na poradzenie sobie w takim przypadku, powinniśmy przede wszystkim odstawić z diety cukier. Jako suplementację poleca się między innymi magnez, czy też berberynę, która pomaga utrzymać odpowiedni poziom cukru. Jednym z farmaceutyków, który może pojawić się w trakcie leczenia jest metformina, która stosowana jest także w trakcie terapii cukrzycy [dowiedz się WIĘCEJ].

2. PCOS spowodowane tabletkami

Przyjmowanie pigułek antykoncepcyjnych może hamować owulację. Większość kobiet, która odstawia tabletki, szybko doprowadza swoją owulację do normalnego trybu pracy. Inne mogą mieć problem z zaburzeniem owulacji nawet na kilka miesięcy, czy lat.

Raczej nie stawia się w tym czasie diagnozy PCOS. Wielu ekspertów uważa, że nie ma czegoś takiego, jak PCOS spowodowane tabletkami. Część z nich dostrzega jednak problem i podkreśla potrzebę zbadania go, o czym pisze między innymi dr Briden. Wskazuje ona również, że pozytywny wpływ na uregulowanie owulacji mogą mieć zioła. Wszystko zależy jednak od wyników badań danej kobiety, między innymi jaki jest poziom LH, czy też prolaktyny.

3. PCOS związane ze stanami zapalnymi

Stany zapalne w organizmie mogą być powodowane między innymi nadmiernym stresem, zanieczyszczeniem środowiska, stylem życia, czy też nieodpowiednią dietą. Są one problematyczne, bowiem mogą hamować owulację i zakłócać prawidłową pracę hormonów. Jeśli twój organizm przejawia też inne symptomy związane z osłabieniem układu immunologicznego, takie jak liczne infekcje, bóle głowy lub choroby skórne, powinnaś zrobić badania krwi, sprawdzić poziom witaminy D, czy też – jeśli wiąże się to z dolegliwościami układu trawiennego – tolerancję na gluten.

Ważne jest w tym przypadku zredukowanie stresu i ograniczenie kontaktu z toksynami. Istotna jest dieta, z której wyeliminować należy cukry, produkty przetworzone, nabiał, pszenicę. Co ciekawe, w tym przypadku również warto uzupełniać magnez. Ma on właściwości przeciwzapalne i normalizuje hormony nadnerczy (oś HPA).

4. Ukryta przyczyna PCOS

Czasami zdarza się, że tak naprawdę trudno jest znaleźć przyczynę PCOS. Nieraz okazuje się wtedy, że czynnik powodujący zaburzenia hormonalne jest jeden i szybko da się go rozwiązać. Co może być ukrytym powodem objawów PCOS?

– zbyt dużo produktów sojowych – chociaż tutaj pojawiają się wątpliwości. Niektóre badania wskazują, że „kobiety mające PCOS, które włączyły w swoją dietę produkty sojowe, odniosły z tego korzyści” – pisaliśmy w naszym portalu między innymi o mleku sojowym [TUTAJ].

– choroba tarczycy

– dieta wegetariańska (jeśli powoduje niedobory cynku, który jest szalenie istotny dla prawidłowej pracy jajników)

– niedobór jodu (nie powinniśmy go jednak suplementować na własną rękę, potrzebny jest kontakt z lekarzem)

– sztuczne słodziki, ponieważ mogą zaburzać sygnały niezbędne do prawidłowego utrzymania poziomu insuliny i leptyny

– zbyt mało skrobi w diecie, której w odpowiednich ilościach nasz system hormonalny bardzo potrzebuje [ o węglowodanach i PCOS więcej TUTAJ].

Niewątpliwie znalezienie powodu pojawienia się objawów PCOS pomoże w walce z nimi. Należy przede wszystkim obserwować swój organizm i podejść do niego bardzo indywidualnie. Pamiętajmy, że każda z nas jest inna – to, co zadziała na jedną, kolejnej może zaszkodzić. Warto też wszelkie zmiany w diecie i suplementacji konsultować z lekarzem.

Źródło: „.larabriden.com”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Atrakcyjne nagrody w konkursie fotograficznym SEN DZIECKA – który jeszcze trwa

konkurs sen dziecka nagrody

Konkurs Sen dziecka organizowany przez Samiboo to konkurs skierowany do każdego. (pisaliśmy już o tym). Zwycięzców wyłoni profesjonalne jury m.in. w składzie: Paulina Sykut- Jeżyna, Odeta Moro, Monika Mrozowska i Sabina Pajdowska. Pula znakomitych nagród trafi aż do sześciu osób a zgłoszenia można przesyłać jeszcze do 14 kwietnia 2017 roku.

Pierwsza edycja konkursu wystartowała z tematem SEN DZIECKA. Konkurs polega na sfotografowaniu snu maluszka wg indywidualnej kreacji. Właścicielka Samiboo – Sabina Pajdowska, podkreśla, iż na zdjęciu nie muszą być tylko dzieci, mogą to być przedmioty związane ze snem lub pewne symbole a szczególnie w kategorii SEN DZIECKA Z SAMIBOO – do wykorzystania jest pełna gama produktów marki.

Katarzyna Kowrygo – fotograf, jurorka konkursu przyszłym uczestnikom udziela takich wskazówek:

„ W Waszych pracach chciałabym zobaczyć jak piękna może być taka „podróż w nieznane”; zmobilizujcie siły i znajdźcie czas by „zachować wspomnienia”. Bawcie się światłem naturalnym, zastanym – ono najlepiej oddaje ulotność chwili”.

Organizatorki mówią, że są bardzo zaskoczone mnóstwem zdjęć napływających w konkursie. Zobacz czy i Twoje śpiące dziecko może wygrać nagrodę.

 

 Nagrody w konkursie Samiboo – SEN DZIECKA:

1) kategoria SEN DZIECKA

I miejsce:

  • voucher 1000 złotych do wykorzystania w sklepie Samiboo
  • komoda trzydrzwiowa z kolekcji I’GA ufundowana przez markę Pinio
  • sesja zdjęciowa dla maluszka od fotowyprawka.pl

2)  kategoria SEN DZIECKA Z SAMIBOO

I miejsce:

– voucher 1500 złotych do wykorzystania w sklepie Samiboo

            – łóżeczko dziecięce I’GA ufundowane przez markę Pinio

  • – sesja zdjęciowa dla maluszka od fotowyprawka.pl

 

Za zajęcie II i III miejsca przyznawane są także vouchery w wysokości 500 zł i 300 zł, które można wykorzystać w sklepie organizatora.

 

zgłoszenia można przesyłać do 14 kwietnia 2017 roku do godz. 12:00

regulamin konkursu dostępny na www.konkurs- samiboo.com lub www.samiboo.com. Tutaj też można wysłać swoje zgłoszenie 🙂

 

partnerzy: PINIO, fotowyprawka.pl

Magazyn Chcemy Być Rodzicami jest patronem medialnym wydarzenia.

Tutaj więcej informacji

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.