Przejdź do treści

Brak macicy to nie wyrok

472.jpg

Z dr Lizą Johannesson z University of Guthenburg o MRKH i przeszczepach macicy rozmawia Jolanta Drzewakowska

Co to jest MRKH?

Zespół Mayera-Rokitansky’ego-Küstera-Hausera, w skrócie nazywany zespołem Rokitansky’ego lub zespołem MRKH, to zespół wad rozwojowych, obejmujący wrodzony brak lub znacznego stopnia niedorozwój macicy i pochwy. Wada ta dotyka jedną na cztery do pięciu tysięcy kobiet, nie jest to więc niezwykle rzadkie schorzenie. Wykrywa się je zazwyczaj dopiero w wieku nastoletnim, gdy dziewczynka nie dostaje miesiączki. W takiej sytuacji jednym z przeprowadzanych badań jest USG, podczas którego okazuje się, że pacjentka nie ma macicy. Zazwyczaj jajniki zbudowane są normalnie, funkcjonuje również wydzielanie hormonów, więc nie ma zauważalnych różnic w wyglądzie.

Jak MRKH wpływa na życie seksualne?

Cechą charakterystyczną tego zespołu jest bardzo skrócona pochwa, czasami jej brak. W miejscu, w którym powinna się znajdować pochwa, jest tylko fałd skóry. Jednym ze sposobów naprawy tej sytuacji jest rozszerzenie tego fałdu, tak by kobieta mogła prowadzić normalne życie płciowe.Można to robić samodzielnie – podczas stosunków seksualnych pochwa się rozciąga – ale można także poddać się zabiegowi operacyjnemu.

Czyli są wszystkie zewnętrzne cechy płciowe: wargi sromowe, łechtaczka?

Tak, tylko pochwa jest mniejsza. W momencie, gdy pochwa zaistnieje w pełnym rozmiarze, stosunki seksualne przestają odbiegać od normy.

Czy z brakiem macicy mamy do czynienia tylko w przypadku MRKH, czy mogą być też inne przyczyny?

Gdy dzieje się tak z innych przyczyn, zazwyczaj istnieje jakiś zalążek macicy, choć może być on źle ukształtowany. Mówimy o przypadkach, gdy brak macicy jest wrodzony, bo przecież można stracić ten narząd z różnych przyczyn, np. w związku z rakiem szyjki macicy czy rakiem macicy. Czasami podczas porodu dochodzi do nadmiernego krwawienia, które również może skutkować operacyjnym usunięciem macicy. Zdarza się też, że wyściółka macicy nie jest odpowiednio uformowana, co uniemożliwia donoszenie ciąży.

Czy brak macicy jest chorobą?

Kobieta bez macicy jest całkowicie zdrowa, natomiast jednostką chorobową jest bezpłodność/niepłodność, które można leczyć.

Jaki jest cel przeszczepu macicy?

Jedynym powodem jest chęć donoszenia zdrowej ciąży i urodzenia zdrowego dziecka.

W jaki sposób pacjentki są kwalifikowane do takiego zabiegu?

Do tej pory w Szwecji mieliśmy tylko dziewięć takich przypadków [poza Szwecją – tylko dwa: w Arabii Saudyjskiej oraz Turcji – przyp. red], na razie jest to więc mała grupa pacjentek. Podstawowym powodem, który skłania do przeprowadzenia takiego zabiegu jest bezpłodność wynikająca z braku macicy.

Kobieta powinna mieć świadomość istnienia alternatywnych rozwiązań macierzyństwa: adopcji lub surogacji, urodzenia dziecka przez matkę zastępczą, co jest dopuszczalne w niektórych krajach. Dopiero wówczas można rozpocząć dyskusję na temat przeszczepu macicy.

Pacjentka, u której rozpatrujemy takie rozwiązanie, musi być zdrowa, nie może mieć żadnych schorzeń, które mogłyby narazić ją na komplikacje podczas zabiegu. Nie jest wymagane, aby miała stałego partnera, ale musi mieć zamrożone zarodki z własnych komórek jajowych, aby po pomyślnym przeszczepie możliwe było dokonanie zapłodnienia metodą pozaustrojową.

Jak wygląda operacja?

Jest bardzo długa. Dawczynie są żyjące, więc wszystko odbywa się dwutorowo. Najpierw przeprowadzana jest operacja dawczyni, a zaraz potem – pacjentki przyjmującej organ. Operacja dawczyni trwa ok. 10–12 godzin. Dokonujemy nacięcia pośrodku powłok brzusznych i wyjmujemy macicę wraz ze wszystkimi długimi naczyniami krwionośnymi po obu stronach. Trzeba to zrobić bardzo ostrożnie, bo wszystkie struktury, wszystkie tkanki muszą pozostać nienaruszone. Wyjmujemy macicę, przygotowujemy naczynia krwionośne i w rękach lub w małej miseczce przenosimy do drugiej sali operacyjnej, gdzie dokonujemy wszczepienia. Musimy połączyć wszystkie naczynia krwionośne z naczyniami u pacjentki przyjmującej organ – trochę jak hydraulicy. Po pomyślnie przeprowadzonym zabiegu podczas badania ginekologicznego nie widać, że macica jest przeszczepiona.

Dlaczego zdecydowaliście się na żywe dawczynie?

W Turcji podczas przeszczepu skorzystano z organu nieżyjącej dawczyni, natomiast w Arabii Saudyjskiej – z żyjącej. My przed podjęciem decyzji przeprowadziliśmy badania. Podstawowym założeniem jest to, że nie może być żadnego zagrożenia dla dawczyni. Staraliśmy się określić stopień ryzyka i z badań wynikało, że jest ono bardzo małe. Ważne jest również to, że Szwecja jest niewielkim krajem, więc potencjalna podaż dawczyń macic jest niewielka. Nie mieliśmy możliwości skorzystania z narządów nieżyjących dawczyń. Poza tym w przypadku przeszczepu macicy chcemy wiedzieć, kim jest dawczyni, jaki jest stan jej zdrowia. Korzystanie z macic od żyjących dawczyń ma również tę dodatkową korzyść, że operację można dokładnie zaplanować. W momencie, gdy dawczyni i biorczyni znajdują się w tym samym miejscu, nie trzeba jechać po organ, który podczas transportu mógłby stracić swą przydatność.

Jako pierwsi na świecie przeszczepiliście macicę matki do córki.

Tak, w sumie pięć dawczyń to były matki, teściowa, jedna starsza siostra i przyjaciółka rodziny.

To dla mnie duże zaskoczenie, że przeszczepia się stary organ młodej osobie.

Tak naprawdę macica to tylko pojemnik, mięsień, a hormony ciążowe pochodzą z jajników należących do młodej dziewczyny. Około 50. roku życia zaczyna się menopauza, ale mieliśmy też dawczynie po menopauzie. Próbowaliśmy stymulować ich macice, aby zobaczyć, czy da się je ponownie „obudzić” i czy pod wpływem hormonów kobiety zaczną ponownie miesiączkować. I to się udało.

Czy przeszczepienie macicy od spokrewnionego dawcy zwiększa szanse powodzenia?

Zasada ta dotyczy wszystkich przeszczepów, ponieważ pomiędzy spokrewnionymi osobami istnieje podobieństwo immunologiczne. Taki organ przypomina nasze własne narządy. Niebezpieczeństwo odrzucenia przez organizm jest nieco mniejsze, nie ma więc konieczności stosowania immunosupresji w tak dużym natężeniu.

Czy były jakieś nieudane przeszczepy?

Tak. Zrobiliśmy dziewięć transplantacji i w dwóch przypadkach trzeba było usunąć macicę.

Po jakim czasie od operacji można podać zarodki?

Zaleca się, by odczekać przynajmniej rok, ponieważ to podczas pierwszych dwunastu miesięcy organizm najczęściej odrzuca przeszczepiony organ. Nie należy więc wprowadzać czynników, które mogłyby zaburzać jego działanie.

Czy zapłodnienie odbywa się za pomocą procedury in vitro?

Tak. Procedurę w zasadzie przeprowadza się przed przeszczepem, pobiera się komórki jajowe, powstaje zarodek, który podaje się po upływie roku. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, nie przeszczepiamy jajników, więc wszczepiona macica nie komunikuje się z nimi w naturalny sposób i komórki jajowe nie mogłyby zejść. Po drugie, nawet w przypadku normalnej metody zachodzenia w ciążę trzeba na to trochę poczekać. A my nie możemy czekać, nie chcemy, aby ten przeszczepiony organ kobieta nosiła zbyt długo. Należy go usunąć jak najszybciej po spełnieniu swojej funkcji.

Czy po przeszczepie macicy kobieta musi zażywać lek immunosupresyjne? Jaki to ma wpływ na utrzymanie ciąży oraz urodzenie zdrowego dziecka?

Po przeszczepie macicy pacjentki muszą być poddawane immunosupresji, jak po każdym innym przeszczepie, ale wiemy już sporo na temat skutków przyjmowania tego typu leków, ponieważ przeszczepy wykonuje się już od lat 50. XX wieku. Wiele kobiet po przeszczepach innych organów rodziło dzieci. Być może niektóre z nich rodzą się trochę wcześniej, niektóre są trochę mniejsze, ale nie ma to wpływu na stan ich zdrowia.

Pani kolega z zespołu, dr Maty Brännström, powiedział: „Myślę, że najlepszą nagrodą – efektem naszej pracy – będą narodziny żywego i zdrowego dziecka jednej z naszych pacjentek”. Czy jesteście blisko takiej nagrody?

Tak, nie możemy jednak ujawnić szczegółów ze względu na dobro pacjentek. Zapewniam, że gdy tylko urodzi się żywe i zdrowe dziecko, będziemy o tym informować.

Czy te kobiety mogą normalnie funkcjonować, czy też muszą całą ciążę spędzić w szpitalu?

Funkcjonują normalnie. Były w szpitalu przez cztery dni po przeszczepie, a teraz pracują, kochają się, uprawiają sport – żyją pełnią życia, tak jak przed zabiegiem. 

Czy po urodzeniu dziecka przeszczepiona macica będzie usuwana, czy może „poczekać” na kolejne dziecko?

Początkowo mieliśmy zamiar usuwać macicę zaraz urodzeniu pierwszego dziecka, ale teraz zaczynamy się wahać. Zdecydowaliśmy, że możliwe będzie zostawienie tego organu na drugą ciążę, jeśli kobieta będzie tego chciała. Natomiast ciąże te muszą nastąpić dosyć szybko po sobie.

Czy takie zabiegi mają medyczny sens? Przecież wspominała Pani, że te kobiety są zdrowe, a bez macicy można prowadzić wartościowe życie…

Często spotykamy się z pytaniem: dlaczego przeprowadzać takie zabiegi, skoro można np. adoptować dziecko. Myślę, że nie należy tego przeciwstawiać. Kobiety powinny mieć wybór. Nie uważam, że kobieta powinna być skazana tylko na jedną opcję. Coś, co jest dobrym rozwiązaniem dla jednej osoby, może być nieodpowiednie dla drugiej. Naszym celem jest to, aby zabieg był jak najbardziej bezpieczny, i nasze doświadczenie pokazuje, że jest to możliwe.

Co skłoniło Panią do zajęcia się akurat tą grupą pacjentek?

Na początku byłam sceptyczna. Kiedy jednak spotkałam się z kobietami, które tak desperacko pragnęły mieć własne dziecko i donosić własne ciąże zrozumiałam, jak silna i ludzka jest to potrzeba. Trudno im było odmówić. Dostrzeganie sukcesów takiego przedsięwzięcia jest naprawdę niesamowite. Jedna z pacjentek powiedziała: „Przez całe życie czułam się jak odmieniec, nareszcie mam nadzieję i szansę, by być jak inni ludzie”. 

 

Jedynego w Polsce wywiadu Liza Johannesson udzieliła nam w trakcie 1st International Meeting on MRKH w Warszawie, podczas którego  była gościem specjalnym. Rozmowa została opublikowana w 5 numerze pierwszego poradnikowego pisma dla osób starających się o dziecko „Chcemy Być Rodzicami”. Magazyn nadal do kupienia w dobrych salonikach prasowych.

zdjęcia: Peter Beym

 

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

Pas 4D pokazujący dziecko w brzuchu matki – HIT, czy KIT?

Fot. Screen Futurism Facebook
Fot. Screen Futurism Facebook

Wielu rodziców oczekujących dziecka chciałoby jak najszybciej zobaczyć swoje maleństwo. Tradycyjne USG wydaje się być przeżytkiem, gdy na rynku pojawiają się takie oto smaczki – specjalny pas 4D pozwalający wyobrazić sobie dziecko jeszcze będące w brzuchu mamy.

Projekt autorstwa Melody Shiue, projektantki z University of New South Wales, przedstawił między innymi „Futurism”. Maszyna miałaby być pomocna nie tylko w obserwacji dziecka, ale też w stymulacji jego rozwoju, bowiem jeszcze podczas bycia w łonie matki można przekazać maluchowi wiele umiejętności i emocji. Ważny jest też aspekty zdrowotny – wyłapywanie ewentualnych wad rozwojowych.

Komentarza internautów są jednak w ocenie mocno podzielone:

To wygląda śmiesznie, nie mogę sobie nawet wyobrazić kobiety zgadzającej się na noszenie przez dłuższy czas jeszcze większego ciężaru wokół brzucha. Dodatkowo, możliwe efekty nieustannego bombardowania rozwijającego się płodu ultradźwiękami, to eksperyment, którego raczej nie przeprowadzę.

Natura znalazła najlepszy sposób na tę zagadkę i wszystkie inne są bezużyteczne. Nie wiem dlaczego lubimy zmieniać naturę, ponieważ ona sama w sobie jest najwyższą i najpraktyczniejszą formą techniki!

Gdy humanizujesz płód, starasz się postrzegać go takim, jaki naprawdę jest. Wyobrażam sobie, że będzie to najbardziej efektywne narzędzie pro-life, jakie możemy kiedykolwiek wymyślić.

Może być to urządzenie przydatne w ciążach wysokiego ryzyka, ale w większości przypadków kiedy ludzie chcieliby go używać, przypuszczam, że byłoby to niepotrzebne.

Jest potencjał w czasowym użyciu, ale prawdopodobnie potrzeba więcej badać odnośnie fal i ich efektów oddziaływania. Może dawać wiele istotnych możliwości, bądźmy cierpliwi, to jest wspaniały pomysł

Jest się nad czym zastanawiać

To tylko niektóre z mocnych słów, jakie pojawiły się w dyskusji internautów. Widzimy, jak wiele wątków zostało poruszonych. Zdrowie dziecka, „naturalność” ciąży, podejście pro-life, trudy związane ze zmieniającym się kobiecym ciałem. Niby tylko kolejna idea naukowców, a tak wiele tematów do przemyślenia!

Pisaliśmy niedawno w naszym portalu o projekcie innego urządzenia – Oculus Rift: „Dzięki niemu, rodzice będą mogli obserwować, jak rozwija się ich dziecko i jednocześnie słyszeć bicie jego serca >>KLIK<<. Jest to sprzęt, który wykorzystuje wirtualną rzeczywistość i pomaga uzyskać niezwykle wyraźny obraz płodu. Czyżby czekał nas w niedługim czasie prawdziwy skok techniczny?

Źródło: „Futurism” Facebook

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Otyłość matek zwiększa ryzyko epilepsji u dzieci? Najnowsze badania!

epilepsja u dziecka

Otyłość matki zwiększa ryzyko urodzenia dziecka, które zachoruje na epilepsję. Nadwaga powodować może zapalenia w macicy, które stają się czynnikiem wyzwalającym chorobę. Szczególnie narażone są osoby, których BMI w momencie poczęcia dziecka wynosi powyżej 40. Ryzyko choroby ich potomków szacowane jest na 82 proc.

Możemy działać

Nie są to jedyne niepokojące dane przytaczane przez ekspertów. Nadwaga matki ma zwiększać także możliwość wystąpienia uszkodzeń mózgu rozwijającego się dziecka. Wpływa także na rozwój neuronalny płodu, bowiem nadwyżka kilogramów podczas ciąży sprzyja rozwijaniu wspomnianych już wyżej stanów zapalnych.

Jeśli zaś chodzi o epilepsję, jej przyczyny są bardzo słabo rozpoznane i w wielu przypadkach trudno jest je zdefiniować. Postanowiono więc przyjrzeć się nadwadze w czasie ciąży, bowiem jej problem jest globalnie narastający. Nic więc dziwnego, że może w długoterminowej perspektywie oddziaływać na układ neurologiczny dziecka. Dr Neda Razaz powiedział: „Ponieważ nadwaga i otyłość są czynnikami ryzyka, na które potencjalnie mamy wpływ, prewencja otyłości u kobiet w wieku reprodukcyjnym może być ważną strategią zdrowia publicznego, która ma na celu zmniejszenie częstotliwości występowania padaczki” – jego słowa cytuje „Daily Mail”.

Im więcej tym gorzej?

W jednych z badań naukowcy poddali analizie ponad 1,4 miliona przypadków żywych urodzeń, by sprawdzić jaki poziom BMI miały kobiety w pierwszym trymestrze ciąży. Spośród urodzonych dzieci padaczkę zdiagnozowano u 7,592 małych pacjentów, jest to ok. 0,5 procenta.

Jak pokazały badania, ryzyko epilepsji wynosiło 11 procent, gdy BMI matki mieściło się w przedziale 25-30. Kiedy znajdowało się w przedziale 30-35 ryzyko wzrastało do 20 proc. Pomiędzy BMI 35-40 wynosiło już 30 proc. Zaś BMI powyżej 40 wiązało się z nawet 82-procentowym ryzykiem wystąpienia epilepsji u dziecka.

Chociaż nie jesteśmy przekonani, co do bezpośredniego związku otyłości w ciąży i zwiększonego ryzyka uszkodzeń mózgu i epilepsji u dzieci, najnowsze badania wydają się być interesujące” – przytaczane tu wyniki skomentował jeden z ekspertów zajmujących się w Wielkiej Brytanii właśnie problemem epilepsji. I tak też chyba należy podejść do podobnego typu doniesień. Jeśli możemy polepszyć jakość swojego życia i życia naszego przyszłego dziecka – cudownie. Trzeba mieć jednak dystans do wszelkiego typu doniesień i pamiętać o zachowaniu holistycznej perspektywy.

Źródło: „Daily Mail”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Niepłodność i stres – co tak naprawdę znaczy: odstresować się?

odstresować się

Każda osoba długo starająca się o dziecko, która usłyszała, że powinna „wyluzować, odstresować się”, doskonale wie, jak irytujące są tego typu rady. Bo przecież wiadomo, że nadmierny stres przynosi negatywne skutki w zasadzie w każdej dziedzinie życia. Nikt też mnie chce obniżać swoich szans na dziecko z powodu nadmiernego stresu.

No tak, tylko co to znaczy: odstresować się? Gdzie wiedza popularna znajduje odzwierciedlenie w badaniach i nauce? Czy i w jaki sposób stres wpływa na płodność?

Hasło „stres” jest jak pojemny worek, do którego wrzucamy popularne martwienie się, ale też depresję, lęk, niepokój. To wszystko zaczyna się na długo, zanim ze zwykłego Kowalskiego staniemy się pacjentem kliniki leczenia niepłodności. Starania o dziecko, jeśli nie przynoszą upragnionego efektu w ciągu kilku miesięcy, stają się coraz bardziej dokuczliwym i stresującym doświadczeniem. Dla kobiet chroniczny stres może oznaczać utrudnioną, nieregularną owulację. Z kolei u mężczyzn długotrwały stres może skutkować obniżonymi parametrami nasienia oraz wpływać na wynik testosteronu.

Oczywiście, przedłużający się stres może też znacząco wpłynąć na inne aspekty płodności, takie jak implantacja lub samo zapłodnienie. Kolejne badania pokazują, że również podczas leczenia przewlekły stres i napięcie mogą mieć wpływ na przykład na ilość pobranych komórek jajowych. Interesujące izraelskie badanie pokazały, że kobiety które podczas leczenie niepłodności były zabawiane przez clowna miały większe szanse na poczęcie niż te, które śmiechu nie doświadczyły.

Czy niepłodność jest źródłem stresu?

To jest trochę pytanie o to, co było najpierw – stres czy niepłodność? Bardzo trudno dojść pewnej odpowiedzi, ale wystarczy, żeby u wielu pacjentów wywołać poczucie winy. Rzeczywiście, badania japońskie pokazały, że nawet 40% kobiet odczuwa niepokój lub cierpi z powodu depresji jeszcze zanim przystąpi do leczenia niepłodności. Można się, oczywiście, zastanawiać, czy jest to związane z nieudanymi naturalnymi staraniami, innymi życiowymi trudnościami pacjentki czy też jej pewnymi cechami jej osobowości.

Niestety, nie pomaga wiedza, co jest źródłem niepłodności. Nawet jeśli okazuje, że jest to przyczyna fizyczna, którą można leczyć. Kolejne miesiące niepowodzeń nieuchronnie zwiększają stres i jego konsekwencje. Błędne koło stres-trudności w zajściu- więcej stresu rusza w ruch.

Najpopularniejsze źródła stresu

Stres jest częścią życia. Nie da się go uniknąć, motywuję do działania, pomaga się rozwijać, wzrastać. Doświadczamy go głównie w pracy oraz w rodzinie. To nie jest zaskakujące. Jeśli praca jest mniej lub bardziej stresująca, ważne żeby umieć rozładowywać napięcie po powrocie do domu. Jeśli to z kolei życie rodzinne jest źródłem przewlekłego stresu, warto szukać źródeł i często również szukać profesjonalnej pomocy.

Badania pokazują, że ponieważ stres jest tak powszechny (i często korzystny), przyzwyczajamy się do niego. Nie odczuwamy jego poważniejszych skutków, takich jak zaburzenia snu, łaknienia, bóle różnych części ciała. To, co na pewno jest dewastujące to nagły i ostry stres, taki jak śmierć bliskiej osoby, nieplanowana przeprowadzka, utrata pracy.

Warto jednak pamiętać, że fakt, że nie widzimy skutków stresu nie znaczy, że ich nie ma. Rzeczywiście, może być tak, że  jesteśmy tak wytrzymali na skutek różnych życiowych okoliczności, że nawet nie zauważamy, że przestaliśmy o siebie dbać. Albo że nigdy się tego nie nauczyliśmy.

Jak ograniczyć stres związany z niepłodnością?

Mówiąc najkrócej: w każdy możliwy sposób, odpowiedni dla naszego temperamentu, potrzeb i możliwości.

  • Joga – ma wielu zwolenników, zwłaszcza ta jej odmiana, która koncentruje się na oddychaniu i ruchach, niekoniecznie medytacji. Wiele wskazuje na to, że jest to skuteczny sposób na wyciszenie oraz w konsekwencji redukcję stresu. Zwolenników ma również akupunktura. Niektóre kliniki leczenia niepłodności nawet oferują tego typu zabiegi.
  • Sen – ma znaczenie nie tylko w utrzymaniu dobrego samopoczucia, ale również w przebiegu owulacji. Przeszło 80% kobiet ma owulację pomiędzy północą a 8 rano, dlatego brak snu lub zaburzenia w obrębie rytmu dobowego mogą wpływać również na owulację. Sen pomaga się zregenerować, zrelaksować, zresetować umysł i ciało.
  • Ćwiczenia fizyczne i ruch – osoby uprawiające rekreacyjnie sport często zauważają, że po wykonaniu serii ćwiczeń lepiej się czują. Nic dziwnego, podczas wysiłku fizycznego uwalniają się endorfiny, znane również jako hormony szczęścia. Aktywność fizyczna pomaga również zadbać o prawidłową wagę, a to z kolei zwiększa szanse na poczęcie.
  • Seks – ale niekoniecznie ten związany z prokreacją. Seks rozumiany jako bliskość, wzajemna wymiana. Warto do niego wrócić po miesiącach lub latach współżycia z kalendarzem w ręku.
  • Ludzie – tak po prostu. Jest ogromna ilość badań potwierdzających, że wsparcie ze strony bliskich osób jest niezwykle ważne w radzeniu sobie ze wszystkimi życiowymi kryzysami. Nie ma powodu niepłodności traktować inaczej. Warto się otworzyć, szukać ludzi o podobnych doświadczeniach (co nie powinno być trudne) lub na tyle empatycznych, że będą w stanie zrozumieć sytuację osoby niepłodnej.

Cokolwiek jest pierwotne – niepłodność czy stres – trzeba pamiętać, że jedno wpływa na drugie. Trzeba o siebie dbać zwłaszcza wówczas, kiedy jesteśmy w trudnej sytuacji.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Choruję na Hashimoto – czy muszę być na diecie bezglutenowej?

hashimoto

Wiele pacjentek chorujących na Hashimoto dostaje zalecenie przejścia na dietę bezglutenową. Część z nich zauważa niemal natychmiastowe efekty, inne nie dostrzegają żadnej różnicy w funkcjonowaniu. Dlaczego?

Wspólny problem

Hashimoto to choroba autoimmunologiczna. Jeśli zmagasz się z takim rodzajem choroby wzrasta prawdopodobieństwo, że rozwiniesz kolejną również o podłożu autoimmunologicznym, o czym pisze dr Westin Childs. W przypadku Hashimoto i celiakii jest to o tyle skomplikowane, że cierpiące na nie osoby mają wspólne genetyczne predyspozycje – allel DQ2.

Jaka jest szansa dwóch chorób jednocześnie? Niektóre badania wskazują, że przypadki pacjentów z Hashimoto, którzy równocześnie cierpią na celiakie, sięgają 4-10 proc. Jeśli więc weźmiemy pod uwagę, że jest to tylko 1 na 10 pacjentów, czy zatem każdy powinien przejść na dietę bezglutenową? Dr Childs wskazuje, że zarówno z jego perspektywy, jak i innych lekarzy, niemal 80 proc. pacjentów z Hashimoto, którzy odstawiają gluten, zauważa niemal natychmiastową redukcję objawów choroby.

Oprócz celiakii, której potwierdzeniem są wyniki badań krwi i obecność odpowiednich przeciwciał, część pacjentów może zmagać się z nadwrażliwością na gluten (non-coeliac gluten sensitivity – NCGS). W takich przypadkach diagnoza wykluczyła celiakie oraz alergię na pszenicę, a pomimo to pojawiają się niepożądane objawy związane ze spożyciem glutenu właśnie. Nawet jeśli więc nie stwierdzono u ciebie choroby, zmiany w diecie mogą być naprawdę korzystne. NCGS może wiązać się bowiem między innymi ze wzdęciami, złym samopoczuciem, zmęczeniem, bólami głowy etc.

Innym ważnym elementem jest fakt, że często przejście na dietę bezglutenową wiąże się z usunięciem znaczącej liczby produktów przetworzonych oraz takich, które powodują stany zapalane. Nic więc dziwnego, że wraz z pełnowartościowym pożywieniem pojawia się poprawa. Co więcej, odstawienie glutenu może pomóc w leczeniu innych problemów żołądkowo-jelitowych, których można nie być świadomym.

Obserwuj siebie

Pamiętać należy także, że celiakia jest problemem, który w społeczeństwie narasta i co ważne, może pojawić się z wiekiem. To, że w wieku 20-30 lat mamy wyniki w normie, wcale nie oznacza, że mając lat 40-50 nie pojawi się u nas znacząca nietolerancja glutenu. Jeśli więc zobaczymy w naszym funkcjonowaniu niepokojące zmiany, warto to sprawdzić.

Co zatem z pacjentami z Hashimoto? Dr Childs uważa, że większość z nich zauważy korzystne zmiany po przejściu na bezglutenową dietę i poleca spróbować zastosować ją przez próbny okres 3 miesięcy. W tym czasie należy bacznie się sobie przyglądać. Co jednak ważniejsze, poleca osobom chorującym na Hashimoto zrobić badania właśnie pod kątem celiakii i obecności związanych z nią przeciwciał. Nawet jeśli bowiem nie czujesz symptomów, a okaże się, że masz tendencję do rozwinięcia choroby, łatwiej będzie o siebie zadbać i zadziałać prewencyjnie.

Więcej o diecie wspomagającej walkę z Hashimoto pisaliśmy już w naszym portalu >>KLIK<<. Warto postawić w niej przede wszystkim na bogactwo warzyw, chude mięso i zdrowe tłuszcze.

Sprawdź też:
5 wskazówek, jak naturalnie walczyć z Hashimoto

 

Źródło: restartmed.com

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.