Przejdź do treści

Brak macicy to nie wyrok

472.jpg

Z dr Lizą Johannesson z University of Guthenburg o MRKH i przeszczepach macicy rozmawia Jolanta Drzewakowska

Co to jest MRKH?

Zespół Mayera-Rokitansky’ego-Küstera-Hausera, w skrócie nazywany zespołem Rokitansky’ego lub zespołem MRKH, to zespół wad rozwojowych, obejmujący wrodzony brak lub znacznego stopnia niedorozwój macicy i pochwy. Wada ta dotyka jedną na cztery do pięciu tysięcy kobiet, nie jest to więc niezwykle rzadkie schorzenie. Wykrywa się je zazwyczaj dopiero w wieku nastoletnim, gdy dziewczynka nie dostaje miesiączki. W takiej sytuacji jednym z przeprowadzanych badań jest USG, podczas którego okazuje się, że pacjentka nie ma macicy. Zazwyczaj jajniki zbudowane są normalnie, funkcjonuje również wydzielanie hormonów, więc nie ma zauważalnych różnic w wyglądzie.

Jak MRKH wpływa na życie seksualne?

Cechą charakterystyczną tego zespołu jest bardzo skrócona pochwa, czasami jej brak. W miejscu, w którym powinna się znajdować pochwa, jest tylko fałd skóry. Jednym ze sposobów naprawy tej sytuacji jest rozszerzenie tego fałdu, tak by kobieta mogła prowadzić normalne życie płciowe.Można to robić samodzielnie – podczas stosunków seksualnych pochwa się rozciąga – ale można także poddać się zabiegowi operacyjnemu.

Czyli są wszystkie zewnętrzne cechy płciowe: wargi sromowe, łechtaczka?

Tak, tylko pochwa jest mniejsza. W momencie, gdy pochwa zaistnieje w pełnym rozmiarze, stosunki seksualne przestają odbiegać od normy.

Czy z brakiem macicy mamy do czynienia tylko w przypadku MRKH, czy mogą być też inne przyczyny?

Gdy dzieje się tak z innych przyczyn, zazwyczaj istnieje jakiś zalążek macicy, choć może być on źle ukształtowany. Mówimy o przypadkach, gdy brak macicy jest wrodzony, bo przecież można stracić ten narząd z różnych przyczyn, np. w związku z rakiem szyjki macicy czy rakiem macicy. Czasami podczas porodu dochodzi do nadmiernego krwawienia, które również może skutkować operacyjnym usunięciem macicy. Zdarza się też, że wyściółka macicy nie jest odpowiednio uformowana, co uniemożliwia donoszenie ciąży.

Czy brak macicy jest chorobą?

Kobieta bez macicy jest całkowicie zdrowa, natomiast jednostką chorobową jest bezpłodność/niepłodność, które można leczyć.

Jaki jest cel przeszczepu macicy?

Jedynym powodem jest chęć donoszenia zdrowej ciąży i urodzenia zdrowego dziecka.

W jaki sposób pacjentki są kwalifikowane do takiego zabiegu?

Do tej pory w Szwecji mieliśmy tylko dziewięć takich przypadków [poza Szwecją – tylko dwa: w Arabii Saudyjskiej oraz Turcji – przyp. red], na razie jest to więc mała grupa pacjentek. Podstawowym powodem, który skłania do przeprowadzenia takiego zabiegu jest bezpłodność wynikająca z braku macicy.

Kobieta powinna mieć świadomość istnienia alternatywnych rozwiązań macierzyństwa: adopcji lub surogacji, urodzenia dziecka przez matkę zastępczą, co jest dopuszczalne w niektórych krajach. Dopiero wówczas można rozpocząć dyskusję na temat przeszczepu macicy.

Pacjentka, u której rozpatrujemy takie rozwiązanie, musi być zdrowa, nie może mieć żadnych schorzeń, które mogłyby narazić ją na komplikacje podczas zabiegu. Nie jest wymagane, aby miała stałego partnera, ale musi mieć zamrożone zarodki z własnych komórek jajowych, aby po pomyślnym przeszczepie możliwe było dokonanie zapłodnienia metodą pozaustrojową.

Jak wygląda operacja?

Jest bardzo długa. Dawczynie są żyjące, więc wszystko odbywa się dwutorowo. Najpierw przeprowadzana jest operacja dawczyni, a zaraz potem – pacjentki przyjmującej organ. Operacja dawczyni trwa ok. 10–12 godzin. Dokonujemy nacięcia pośrodku powłok brzusznych i wyjmujemy macicę wraz ze wszystkimi długimi naczyniami krwionośnymi po obu stronach. Trzeba to zrobić bardzo ostrożnie, bo wszystkie struktury, wszystkie tkanki muszą pozostać nienaruszone. Wyjmujemy macicę, przygotowujemy naczynia krwionośne i w rękach lub w małej miseczce przenosimy do drugiej sali operacyjnej, gdzie dokonujemy wszczepienia. Musimy połączyć wszystkie naczynia krwionośne z naczyniami u pacjentki przyjmującej organ – trochę jak hydraulicy. Po pomyślnie przeprowadzonym zabiegu podczas badania ginekologicznego nie widać, że macica jest przeszczepiona.

Dlaczego zdecydowaliście się na żywe dawczynie?

W Turcji podczas przeszczepu skorzystano z organu nieżyjącej dawczyni, natomiast w Arabii Saudyjskiej – z żyjącej. My przed podjęciem decyzji przeprowadziliśmy badania. Podstawowym założeniem jest to, że nie może być żadnego zagrożenia dla dawczyni. Staraliśmy się określić stopień ryzyka i z badań wynikało, że jest ono bardzo małe. Ważne jest również to, że Szwecja jest niewielkim krajem, więc potencjalna podaż dawczyń macic jest niewielka. Nie mieliśmy możliwości skorzystania z narządów nieżyjących dawczyń. Poza tym w przypadku przeszczepu macicy chcemy wiedzieć, kim jest dawczyni, jaki jest stan jej zdrowia. Korzystanie z macic od żyjących dawczyń ma również tę dodatkową korzyść, że operację można dokładnie zaplanować. W momencie, gdy dawczyni i biorczyni znajdują się w tym samym miejscu, nie trzeba jechać po organ, który podczas transportu mógłby stracić swą przydatność.

Jako pierwsi na świecie przeszczepiliście macicę matki do córki.

Tak, w sumie pięć dawczyń to były matki, teściowa, jedna starsza siostra i przyjaciółka rodziny.

To dla mnie duże zaskoczenie, że przeszczepia się stary organ młodej osobie.

Tak naprawdę macica to tylko pojemnik, mięsień, a hormony ciążowe pochodzą z jajników należących do młodej dziewczyny. Około 50. roku życia zaczyna się menopauza, ale mieliśmy też dawczynie po menopauzie. Próbowaliśmy stymulować ich macice, aby zobaczyć, czy da się je ponownie „obudzić” i czy pod wpływem hormonów kobiety zaczną ponownie miesiączkować. I to się udało.

Czy przeszczepienie macicy od spokrewnionego dawcy zwiększa szanse powodzenia?

Zasada ta dotyczy wszystkich przeszczepów, ponieważ pomiędzy spokrewnionymi osobami istnieje podobieństwo immunologiczne. Taki organ przypomina nasze własne narządy. Niebezpieczeństwo odrzucenia przez organizm jest nieco mniejsze, nie ma więc konieczności stosowania immunosupresji w tak dużym natężeniu.

Czy były jakieś nieudane przeszczepy?

Tak. Zrobiliśmy dziewięć transplantacji i w dwóch przypadkach trzeba było usunąć macicę.

Po jakim czasie od operacji można podać zarodki?

Zaleca się, by odczekać przynajmniej rok, ponieważ to podczas pierwszych dwunastu miesięcy organizm najczęściej odrzuca przeszczepiony organ. Nie należy więc wprowadzać czynników, które mogłyby zaburzać jego działanie.

Czy zapłodnienie odbywa się za pomocą procedury in vitro?

Tak. Procedurę w zasadzie przeprowadza się przed przeszczepem, pobiera się komórki jajowe, powstaje zarodek, który podaje się po upływie roku. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, nie przeszczepiamy jajników, więc wszczepiona macica nie komunikuje się z nimi w naturalny sposób i komórki jajowe nie mogłyby zejść. Po drugie, nawet w przypadku normalnej metody zachodzenia w ciążę trzeba na to trochę poczekać. A my nie możemy czekać, nie chcemy, aby ten przeszczepiony organ kobieta nosiła zbyt długo. Należy go usunąć jak najszybciej po spełnieniu swojej funkcji.

Czy po przeszczepie macicy kobieta musi zażywać lek immunosupresyjne? Jaki to ma wpływ na utrzymanie ciąży oraz urodzenie zdrowego dziecka?

Po przeszczepie macicy pacjentki muszą być poddawane immunosupresji, jak po każdym innym przeszczepie, ale wiemy już sporo na temat skutków przyjmowania tego typu leków, ponieważ przeszczepy wykonuje się już od lat 50. XX wieku. Wiele kobiet po przeszczepach innych organów rodziło dzieci. Być może niektóre z nich rodzą się trochę wcześniej, niektóre są trochę mniejsze, ale nie ma to wpływu na stan ich zdrowia.

Pani kolega z zespołu, dr Maty Brännström, powiedział: „Myślę, że najlepszą nagrodą – efektem naszej pracy – będą narodziny żywego i zdrowego dziecka jednej z naszych pacjentek”. Czy jesteście blisko takiej nagrody?

Tak, nie możemy jednak ujawnić szczegółów ze względu na dobro pacjentek. Zapewniam, że gdy tylko urodzi się żywe i zdrowe dziecko, będziemy o tym informować.

Czy te kobiety mogą normalnie funkcjonować, czy też muszą całą ciążę spędzić w szpitalu?

Funkcjonują normalnie. Były w szpitalu przez cztery dni po przeszczepie, a teraz pracują, kochają się, uprawiają sport – żyją pełnią życia, tak jak przed zabiegiem. 

Czy po urodzeniu dziecka przeszczepiona macica będzie usuwana, czy może „poczekać” na kolejne dziecko?

Początkowo mieliśmy zamiar usuwać macicę zaraz urodzeniu pierwszego dziecka, ale teraz zaczynamy się wahać. Zdecydowaliśmy, że możliwe będzie zostawienie tego organu na drugą ciążę, jeśli kobieta będzie tego chciała. Natomiast ciąże te muszą nastąpić dosyć szybko po sobie.

Czy takie zabiegi mają medyczny sens? Przecież wspominała Pani, że te kobiety są zdrowe, a bez macicy można prowadzić wartościowe życie…

Często spotykamy się z pytaniem: dlaczego przeprowadzać takie zabiegi, skoro można np. adoptować dziecko. Myślę, że nie należy tego przeciwstawiać. Kobiety powinny mieć wybór. Nie uważam, że kobieta powinna być skazana tylko na jedną opcję. Coś, co jest dobrym rozwiązaniem dla jednej osoby, może być nieodpowiednie dla drugiej. Naszym celem jest to, aby zabieg był jak najbardziej bezpieczny, i nasze doświadczenie pokazuje, że jest to możliwe.

Co skłoniło Panią do zajęcia się akurat tą grupą pacjentek?

Na początku byłam sceptyczna. Kiedy jednak spotkałam się z kobietami, które tak desperacko pragnęły mieć własne dziecko i donosić własne ciąże zrozumiałam, jak silna i ludzka jest to potrzeba. Trudno im było odmówić. Dostrzeganie sukcesów takiego przedsięwzięcia jest naprawdę niesamowite. Jedna z pacjentek powiedziała: „Przez całe życie czułam się jak odmieniec, nareszcie mam nadzieję i szansę, by być jak inni ludzie”. 

 

Jedynego w Polsce wywiadu Liza Johannesson udzieliła nam w trakcie 1st International Meeting on MRKH w Warszawie, podczas którego  była gościem specjalnym. Rozmowa została opublikowana w 5 numerze pierwszego poradnikowego pisma dla osób starających się o dziecko „Chcemy Być Rodzicami”. Magazyn nadal do kupienia w dobrych salonikach prasowych.

zdjęcia: Peter Beym

 

Jolanta Drzewakowska

redaktor naczelna Chcemy Być Rodzicami, jedynego pisma poradnikowego dla osób starających się o dziecko. Z wykształcenia prawnik i coach. Matka dwójki dzieci.

Zamieszanie wokół in vitro w Szczecinku. Poczekamy dłużej?

City Hall Building in Szczecinek - Poland
City Hall Building in Szczecinek - Poland

Szczecinek chce dołączyć do grona samorządów wspierających osoby borykające się z niepłodnością i zapewnić swoim mieszkańcom dofinansowanie in vitro w wysokości 5 tys. zł. na parę.

W tej chwili trwa procedura uruchamiania programu częściowej refundacji, który w Szczecinku wywołuje niemałe kontrowersje wśród członków Rady Miasta. Na tym jednak nie koniec problemów. Choć program został wstępnie przyjęty na marcowym posiedzeniu Rady Miasta, zgodnie z procedurą trafił do zaopiniowania przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, a ta, choć projekt zaopiniowała pozytywnie, ma kilka uwag, z którymi radni będą musieli się zmierzyć.

  • należy uzupełnić informacje o celach programu i miernikach efektywności.

  • zastrzeżenia budzi wyznaczenie górnej granicy wieku kobiet na 40 lat. – Większość krajów UE wprowadziła granice wieku do korzystania z procedury in vitro. Najczęściej jest to wiek kobiet między 40 a 45 r.ż. Warto również podkreślić, że obowiązująca w Polsce ustawa o leczeniu niepłodności nie określa górnej granicy wieku kobiety, u której planuje się przeprowadzenie ww. zabiegu. Ze względu na brak jednoznacznych wytycznych w Polsce dotyczących górnej granicy wieku kobiet, u których możliwe jest wykonanie zapłodnienia pozaustrojowego, jak również szerokie wątpliwości natury etycznej nie można w sposób jednoznaczny odnieść się do zaproponowanej w programie górnej granicy wieku kobiet – czytamy w dokumencie zawierającym ocenę AOTMiT.

  • konieczne jest doprecyzowanie liczby przenoszonych zarodków.

  • w pierwotnym projekcie brakuje wzmianki o tym, że uczestnicy programu muszą wcześniej przeprowadzić pełną diagnostykę niepłodności.

  • miasto nie wyceniło w programie cen poszczególnych usług, które będą wykonywane w ramach programu.

  • brak wyceny kosztów kampanii informacyjnej.

Zgodnie z założeniami programu przewidującego dofinansowanie in vitro w Szczecinku na lata 2017-2019 z częściowej refundacji – 5 tys. zł. skorzysta 20 par rocznie. Program będzie kosztował Szczecinek 100 tys. zł w każdym roku jego trwania.

Aneta Polak-Myszka

Dziennikarka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego

Poronienie – czy jest jakiś „złoty środek”? Psychoterapeutka: „Nie ma jednego, słusznego przeżywania straty”

jak poradzić sobie z poronieniem

Poronienie często wiąże się z  utratą marzeń. Jest zderzeniem z losem, który wydaje się nie mieć sensu. Może jest w takim razie jakiś „złoty środek” na poradzenie sobie z tą stratą? Czy każdy powinien w takiej chwili przeżyć żałobę? Co może być pomocne? Na te i inne pytanie odpowiedziała nam psychoterapeutka Katarzyna Mirecka: „Poronienie jest przerwaniem, zatrzymaniem, jest koniecznością zaadaptowania się do zmian” – mówi.

Czy po doświadczeniu poronienia zawsze trzeba przeżyć żałobę?

Katarzyna Mirecka: Wiele zależy od tego, jak rozumiemy ciążę i jej stratę. Jeśli po poronieniu niemal natychmiast pojawia się myśl, że przecież „nic się nie stało i nie warto tracić czasu, tylko od razu zacząć starać się o kolejne dziecko”, to rzeczywiście może być sygnał zaprzeczenia. Oznacza to, że emocje są silne, najpewniej trudne i nieprzyjemne, a działanie ma pomóc w ich NIEprzeżywaniu. Podobnie zbyt długie, wieloletnie przeżywanie straty, czy też rozumienie poronienia jako początku lub potwierdzenia wielu innych nieszczęść życiowych może sugerować, że w gruncie rzeczy utrata ciąży przykrywa inne trudności emocjonalne.

Poronienie jest stratą. Jest przerwaniem, zatrzymaniem, jest koniecznością zaadaptowania się do zmian i poradzenia sobie ze stresem.

Czy jest zatem „klucz” postępowania w przypadku straty ciąży?

Nie ma jednego, słusznego i zdrowego przeżywania straty. Wiele zależy od tego, jak rozumie się ową „stratę” , na jakim etapie ciąży nastąpiła i czy była to ciąża chciana i planowana. Bo przecież może być tak, że ciąża pojawia się przypadkiem, w nieodpowiednim momencie i niegotowym na nią osobom. Oni – co całkiem zrozumiałe – poczują ulgę.

Wiele innych osób uzna utratę wczesnej ciąży za działanie natury. Znajdą pocieszenie w fakcie, że nie zostali rodzicami ciężko chorego dziecka, że nie zdążyli się do niego przywiązać. Ale są też kobiety, które żałują, że ich ciąża skończyła się tak szybko – nie doświadczyły ruchów, nie zdążyły poznać dziecka.

Rozumiem, że chociaż wszystkie te osoby dotyka jedno doświadczenie, to wywołuje ono różne reakcje?

Ciąża zawsze uruchamia w umysłach przyszłych rodziców jakieś fantazje, zaczyna dziać się jakaś historia, pojawiają się wyobrażania, oczekiwania. Co ważne, dotyczy to obydwojga rodziców. Poronienie jest więc przerwaniem dziejącym się na dwóch płaszczyznach – cielesnej i psychicznej. Te wyobrażenia mogą sięgać bardzo głęboko i dotyczyć bardzo ważnych sfer życia niedoszłego rodzica.

Dlatego też niektóre osoby potrzebują wielu miesięcy, czasami lat, żeby ostatecznie pogodzić się ze stratą ciąży, rozumiejąc ją jako stratę globalną, koniec pewnego etapu życia. Inni potrzebują zatrzymać się na chwilę, zwolnić, odpocząć i wracają do poprzedniej aktywności.

Co zatem może pomóc w poradzeniu sobie z utratą ciąży. Czy są to indywidualne czynniki osobowościowe, wcześniejsze doświadczenia, czy też wsparcie innych?

Każdy z tych czynników może pomagać lub szkodzić. Jeśli nie mamy dobrego doświadczenia w relacjach z bliskimi, trudno szukać u nich pomocy w sytuacji kryzysowej. Samotność może z kolei kryzys pogłębiać.

Poronienie często wywołuje też poczucie wstydu, nieadekwatności, słabości. Może budzić fantazje, że się zawiodło, że nie można polegać na własnym ciele. Trudno o tym komukolwiek powiedzieć, nawet jeśli są wokół nas osoby gotowe słuchać. Co więcej, często nie chcemy też obarczać bliskich swoim nieszczęściem.

A czy poronienie zawsze odbija się na dalszych staraniach i czy ma wpływ np. na inne dzieci w rodzinie?

Może, ale nie musi. Utracona ciąża jest częścią historii rodzinnej. Doświadczeniem przeżytym czasem tylko przez rodziców, ale czasami również przez inne dzieci. I nie ma większego znaczenia, czy dziecko miało w momencie poronienia rok, czy pięć lat. Niezależnie od wieku było ono świadkiem rozpaczy rodziców, widziało i odczuwało ich smutek. Przez jakiś czas musiało też radzić sobie z ograniczoną ich obecnością – fizyczną i emocjonalną. Dobrze jest wtedy myśleć o rodzinie całościowo, bowiem utrzymywanie tajemnic rzadko kiedy dobrze się kończy.

jak poradzić sobie z poronieniem

Co jeszcze warto przeczytać?

Poronienie i strata dziecka – fotografie, które rzucają na te trudne doświadczenia światło szczerości

Cicho sza wokół poronienia – czy naprawdę warto milczeć?

Dlaczego to nie jest „tylko poronienie”?

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Małe zmiany, wielkie skutki – 5 porad, jak polepszyć męską płodność

męska płodność

Płodność to problem pary, a nie tylko kobiety – jak to wciąż sądzi wiele osób. Starając się o dziecko, panowie także powinni o siebie zadbać. Oto 5 wskazówek, które pomogą mężczyznom skuteczniej zawalczyć o bycie tatą.

1. Dobry sen

Okazuje się, że odpowiednia ilość snu i godziny, które spędza się w łóżku, wpływają na jakość nasienia. „Eksperci uważają, że niewłaściwy czas odpoczynku jest szkodliwy bowiem zwiększa poziom przeciwciał antyspermowych” – pisaliśmy w naszym portalu [TUTAJ]. Naukowcy zbadali, że mężczyźni zasypiający w godzinach 20-22 mają najlepszą ruchliwość spermy, co zwiększa szansę na zapłodnienie. Szkodliwe jest zaś spanie 6 godzin lub mniej. Zbyt dobrze na jakość spermy nie wpływa też przesadzanie z ilością snu – 9 godzin i więcej nie jest wskazane.

2. Odpowiednia dieta

Zdrowe odżywianie to jedna z podstawowych zasad dbania o siebie, także podczas starań o dziecko. Panowie powinni postawić m.in. na banany, które to wspomagają produkcję testosteronu. Ciemna czekolada zawiera zaś w sobie L-argininę, czyli aminokwas wpływający na jakość spermy, a także na ilość plemników. Ważna jest w też w diecie obecność cynku, który pomaga zapobiegać, by częścią spermy nie stały się wolne rodniki. Dobrym jego źródłem są wołowina, czy też jajka.

3. Unikanie przegrzewania jąder

Praca z laptopem na kolanach, siedzący tryb życia, wiele godzin za kierownicą, gorące kąpiele, sauna, czy też obcisłe, syntetyczne ubrania. Wszystko to powoduje, że wzrasta temperatura jąder. „Spermatogeneza, czyli produkcja plemników, przebiega prawidłowo w temperaturze około 35-35,5°C, czyli niższej niż normalna temperatura ciała” – pisaliśmy. Nic więc dziwnego, że podwyższona temperatura może powodować obniżenie jakości nasienia, w tym zmniejszenie liczebności i ruchliwości plemników. Eksperci polecają zaprzestanie tego typu zachowań i dbanie o komfort swojego ciała.

4. Akupunktura

Okazuje się, że w czasie starań o dziecko korzystne może być wprowadzenie elementów medycyny alternatywnej. Jednym z nich jest akupunktura, która jak wykazały badania, pomaga z radzeniu sobie z zaburzeniami erekcji, szczególnie przedwczesnym wytryskiem. Co ważne, jest to najczęstsza męska dysfunkcja seksualna, a dane mówią, że tylko 9 proc. panów zgłasza się z tym problemem do specjalisty. Warto pamiętać, że zaburzenia erekcji mogą wpływać na jakość związku i relacji intymnych, a to wszystko jak najbardziej dotyka też sfery płodności.

5. Suplementy

Jak wskazują eksperci, nasze społeczeństwo ma duże niedobory witaminowe. Co na to wpływa? Między innymi szybki tryb życia, jałowe jedzenie, brak ruchu na świeżym powietrzu. Można postawić wtedy na suplementację. Na rynku dostępne są specjalistyczne produkty, które dedykowane są płodności. Można też zapoznać się z takimi składnikami, jak buzdyganek, czy korzeń maca [KLIK]. Warto przy tym jednak pamiętać, że witaminy choć bezpieczne, też mogą zrobić krzywdę. Najlepiej skorzystać więc z konsultacji specjalisty.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Przychodzi mężczyzna do androloga… jak to łatwo powiedzieć…

Niepłodność dotyka około 15 proc. par starających się o dziecko. To zatrważające dane. Powodów należy szukać u obojga partnerów! Z doktorem Marcinem Radko rozmawiamy o diagnostyce mężczyzn, o przyczynach niepłodności, a także o utartych przekonaniach, że jak problemy z płodnością, to na pewno po stronie kobiety.

W Polsce wciąż pokutują takie stereotypy, że niepłodność to sprawa kobiet. Zgadza się pan z tą opinią?

To jest wręcz implementowane przez wprowadzony niedawno Narodowy Program Prokreacyjny, w założeniach którego uwagę trzeba skupić głównie na obserwowaniu płodności kobiety. A co z mężczyznami? Przecież nie od dziś wiadomo, że niepłodność dotyczy pary. Diagnozowanie mężczyzny sprowadza się do zaledwie kilku podstawowych badań. A zatem o faktycznym znalezieniu przyczyn niepłodności nie może być mowy. Teraz będziemy badać śluz kobiety, obserwować uważnie jej cykl i wykonywać USG. Jak to się ma do statystyk? W Polsce nieosiągnięcie ciąży w ciągu 12 miesięcy starań dotyka około 15 proc. par. To ogromne liczby. Obserwowanie cyklu kobiety i zalecenie mężczyźnie zmiany bielizny na mniej obcisłą z pewnością nie rozwiąże problemu niepłodności dotykającego coraz większą liczbę par.

Pomówmy o przyczynach niepłodności męskiej.

Lista jest bardzo długa, tym bardziej kuriozalne wydają się założenia programu Ministerstwa Zdrowia.

W pracy urologa, androloga i lekarza w ogóle niezwykle ważną rolę odgrywa dobrze przeprowadzony wywiad. Należy ustalić, czy pacjent choruje na jakieś choroby przewlekłe, czy występują dolegliwości towarzyszące, czy zażywa na stałe leki, które mogą mieć wpływ na płodność. Zbieramy podstawowe informacje – wiek, zawód (szkodliwe dla płodności warunki pracy). Należy pamiętać, że zaburzenia płodności nie są chorobą samą w sobie, ale objawem choroby. Często występujące symptomy to obok niskiej jakości nasienia, niska objętość jąder, dolegliwości bólowe w obrębie miednicy, krocza, zaburzenia erekcji, ginekomastia, męczliwość, senność. Lista jest bardzo długa.

Następny etap to badanie fizykalne?

Tak, ono ma pokazać przyczyny zaburzeń płodności. Na początek należy ustalić, czy mężczyzna ma prawidłową budowę ciała, czy przeszedł dojrzewanie płciowe, a także, czy właściwa jest objętość jego jąder. Szukam także objawów, które mogłyby świadczyć o zaburzeniach funkcjonowania osi hormonalnej – podwzgórze, przysadka, jądro – które często mają wpływ na produkcję plemników. Warto także zbadać gruczoły wydzielania wewnętrznego – przede wszystkim tarczycę i nadnercza.

Niepłodność często jest także objawem chorób układu krwionośnego, pokarmowego a przede wszystkim moczowego (zapalenie prostaty, najądrzy, jąder).

Niestety większość badań, które należy wykonać nie podlega refundacji, a by znaleźć przyczynę, czasem musimy ich wykonać naprawdę wiele.

Od czego zaczynamy?

Od morfologii krwi i biochemii. To pozwala nam ocenić funkcjonowanie wątroby, nerek. Sprawdzamy, jak funkcjonuje przysadka mózgowa – wykonujemy badania stężeń FSH, LH testosteronu, prolaktyny, estradiolu, innych białek (SHBG). Równolegle pacjent jest poddawany badaniom obrazowym – USG jąder, układu moczowego. Dodatkowo androlog może zlecić badania genetyczne, np. określenie kariotypu, mikrodelecji AZF, mutacji CFTR które są potwornie drogie i stanowią ostatni etap w diagnozowaniu przyczyn niepłodności.

Wielu z nas wydaje się lub słyszeli, że diagnostyka mężczyzny jest dużo mniej skomplikowana niż kobiety. Kiedy pana słucham, mam zgoła odmienne odczucie.

Z całą pewnością to nie jest proste zadanie. Co do diagnostyki kobiety nie będę się wypowiadał, nie czuję się kompetentny. Na pewno natomiast w związku z cyklicznymi zmianami w ich organizmach, potrzebna jest dobra współpraca z ginekologiem. Z drugiej strony z moich obserwacji wynika, że pacjentki dużo skrupulatniej wypełniają zalecenia lekarza niż ich partnerzy.

Poza tym, wracając do początku naszej rozmowy, mężczyźni – jeśli czują się dobrze, są sprawni seksualnie – uznają niejako z automatu, że problem na pewno nie leży po ich stronie. Więcej nawet, często koledzy, znajomi utwierdzają ich w tym czasem mylnym przekonaniu.

Kiedy więc przychodzą do pana mężczyźni?

Zazwyczaj po badaniach partnerki, kiedy okazuje się, że z nią wszystko jest w porządku. Często ginekolog sugeruje udanie się do urologa, androloga. Wykonujemy podstawowe badania nasienia i nierzadko mamy powód trudności z zajściem w ciążę.

Aneta Polak-Myszka

Dziennikarka, absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego