Przejdź do treści

Adopcyjne formalności na cenzurowanym

Adopcyjne formalności - do przebrnięcia

Dzwoni telefon. Dziennikarka popularnego dziennika chce skorzystać z eksperckiej wiedzy. Pyta, dlaczego tyle jest wymagań i dodatkowych formalności, które musza przejść kandydaci na rodziców adopcyjnych. Czy faktycznie te dodatkowe wymagania są obciążeniem i służą łatwiejszej dyskwalifikacji kandydatów?

Dziennikarka zainteresowała się tematem, bo ktoś się poskarżył, że ośrodki adopcyjne wymagają dużo więcej od kandydatów na rodziców, niż wynika z przepisów prawa.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Co mówi prawo

 

Kodeks rodzinny i opiekuńczy określa, kto może zostać rodzicem adopcyjnym (Art. 114.1 „Przysposobić może osoba mająca pełną zdolność do czynności prawnych, jeżeli jej kwalifikacje osobiste uzasadniają przekonanie, że będzie należycie wywiązywała się z obowiązków przysposabiającego oraz posiada opinię kwalifikacyjną oraz świadectwo ukończenia szkolenia organizowanego przez ośrodek adopcyjny”. Art. 115 „Przysposobić wspólnie mogą tylko małżonkowie.”) Z kolei Ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej określa jak przebiega proces adopcyjny i jakie niezbędne formalności musi przeprowadzić ośrodek adopcyjny (Art. 161, ust 2 „Ośrodek adopcyjny przetwarza następujące informacje dotyczące kandydatów do przysposobienia dziecka: 1) imię i nazwisko; 2) obywatelstwo; 3) adres miejsca zamieszkania; 4) stan cywilny; 5) wykształcenie; 6) zawód; 7) miejsce pracy; 8) warunki mieszkaniowe; 9) źródła dochodu; 10) dane o stanie zdrowia niezbędne do stwierdzenia, że osoba może sprawować właściwą opiekę nad dzieckiem, wynikające z zaświadczenia lekarskiego o stanie zdrowia wystawionego przez lekarza podstawowej opieki zdrowotnej; 11) informację o niekaralności z Krajowego Rejestru Karnego.”). W Ustawie jest też określone jakie zadania realizuje ośrodek w celu wydania kwalifikacji kandydatów na rodziców adopcyjnych (Art. 156, ust 1 „[…] 6) przeprowadzanie badań pedagogicznych i psychologicznych kandydatów do przysposobienia dziecka; 7) przeprowadzanie analizy sytuacji osobistej, zdrowotnej, rodzinnej, dochodowej i majątkowej kandydatów do przysposobienia dziecka, zwanej dalej „wywiadem adopcyjnym”; 8) prowadzenie działalności diagnostyczno-konsultacyjnej dla kandydatów do przysposobienia dziecka;[…]” Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 20 sierpnia 2015 r. określa natomiast dokładnie jakie dokumenty potwierdzają sprawdzenie formalności w trakcie tzw. wywiadu adopcyjnego.

Jak wygląda praktyka

W tych przepisach jest pozostawiona pewna elastyczność co do wieku kandydatów czy długości stażu małżeńskiego, a także co do okazywania zaświadczeń o leczeniu niepłodności. To są najczęstsze zarzuty niezadowolonych kandydatów, którzy nie do końca zgadzają się z praktyką przyjętą przez ośrodki, że odpowiedni wiek kandydatów to maksymalnie czterdzieści lat, a staż małżeński nie powinien być krótszy niż pięć lat. Zarzut jaki usłyszałam od dziennikarki, to wymaganie przez katolickie ośrodki adopcyjne zaświadczenia, że małżonkowie mają ślub kościelny. Odniosę się najpierw do tego ostatniego. Faktycznie taki warunek nie powinien mieć miejsca w przypadku, gdy ośrodek katolicki jest wyznaczony przez ministerstwo do realizowania ustawy publicznej obowiązującej wszystkich obywateli, bez względu na ich wyznanie. Oczywiście kandydaci nie są zobowiązani rejonizacją do wyboru takiego, nie innego, ośrodka i mogą udać się do placówki, która katolickim ośrodkiem nie jest, ale w praktyce mogłoby to oznaczać utrudnianie lub uniemożliwianie podejścia do procedury tym osobom, które na dojazdy do innego ośrodka nie mogą sobie pozwolić.

Na szczęście, z tego co dowiedziałam się od moich czytelniczek, ośrodki katolickie w znakomitej większości nie stawiają takich wymagań i są kandydaci, którzy nie mając ślubu kościelnego, otrzymują kwalifikację w ośrodkach katolickich.

Jeden z ośrodków, znany ze swojej radyklanej w tym zakresie postawy, na szczęście nie jest jedynym w danym mieście i kandydaci bez większego problemu mogą wybrać spośród pozostałych publicznych placówek. Ważne jest to, że wiek, stan zdrowia, zaświadczenia o jakich nie ma mowy w ustawie wcale nie są restrykcyjnie przestrzegane w każdym ośrodku. Znam osoby które adoptowały niemowlę, mimo ukończenia czterdziestu lat i takie które adoptowały mimo dwuipółletniego stażu małżeńskiego, a większość – także ja – nie dostarcza zaświadczeń o leczeniu czy zakończeniu leczenia niepłodności.

Jak sprawdzić? Indywidualne podejście

Proponuję przede wszystkim zastanowić się nad pytaniem „dlaczego ustawodawca nie podał konkretnych limitów tych parametrów?” Czy faktycznie chodziło o to, żeby dać ośrodkom adopcyjnym szansę do wymyślania sobie coraz to trudniejszych przeszkód dla kandydatów gotowych podjęcia się trudu wychowywania dzieci pozbawionych opieki rodziców biologicznych? Jeśli popatrzy się na adopcję z punktu widzenia ośrodków, sytuacja jest dużo jaśniejsza. Pracownicy ośrodków swoją kwalifikacją zadecydują o całym dalszym życiu konkretnego dziecka.

Każdy, kto chce być rodzicem uważa, że może nim być i ma prawo czuć się świetnym kandydatem. Planując, mniej lub bardziej, rodzicielstwo nikt nie zastanawia się nad swoimi kompetencjami, ani nie ma potrzeby ich sprawdzania. Rodzi się dziecko i tym samym jego rodzice mają automatyczną kwalifikację. Jednak w przypadku adopcji to dziecko jest już urodzone, a o kwalifikacji jego rodziców muszą zadecydować osoby trzecie.

Oni nic o tych ludziach nie wiedzą, nie znają ich. Gdyby ktokolwiek z kandydatów znalazł się w takiej sytuacji, w której musi zadecydować o dalszym losie konkretnego dziecka, powierzając je komuś pod opiekę na CAŁE ŻYCIE, jakiej wiedzy by potrzebował? Na jakiej podstawie byłby gotów zdecydować, że temu dziecku będzie dobrze właśnie w tej konkretnej rodzinie? Co chciałby wiedzieć o tych ludziach, żeby jak najlepiej zrozumieć ich w momencie, gdy przychodzą z nadzieja na dziecko? Pracownicy ośrodków dając kwalifikację kandydatom na rodziców, dają gwarancję dla sądu, że można tym ludziom powierzyć dziecko, nadając im najmocniejsze, najważniejsze i nierozerwalne PRAWO RODZICIELSKIE, takie jakby to dziecko było przez nich urodzone. Nikt potem już do tej rodziny nie będzie wracał i sprawdzał. Dlatego ośrodki kierują się swoją praktyką i doświadczeniem, które podpowiada w jakiej sytuacji czterdziestolatek jest już za dojrzały, a w jakiej jeszcze da radę, w jakiej sytuacji para jest pogodzona z niepłodnością czy bezpłodnością, a w jakiej szuka substytutu w postaci adopcji, w jakiej staż małżeński może być dwuletni, a w jakim jest on wciąż za krótki. Czy tak trudno jest zaufać temu doświadczeniu? Czy jest ktoś na tyle odważny, żeby postawić jednoznaczną granicę; czterdzieści lat i ani jednego dnia dłużej? Gdy para udaje się do lekarza, z prośbą o pomoc w staniu się rodzicem, nikt nie podważa jego zaleceń co do takich czy innych badań, jakie trzeba przeprowadzić. Nawet jeśli większości koleżanek na forum lekarze zalecali coś innego. Nie kwestionujemy sensu samego badania, sposobu jego przeprowadzenia, a jeśli mamy potrzebę zrozumienia jego zasadności czy procedury, pytamy lekarza. Proponuję wszystkie swoje wątpliwości omawiać z pracownikami ośrodka. Jeśli jakiekolwiek wymaganie wydaje się trudne, a może niemożliwe do spełnienia, to może potrzeba zrozumieć jego zasadność – wystarczy zadawać pytania. Sprawdź, co powiedzą ci w ośrodku. Wyjaśnij swoją indywidualną sytuację. Po to jest cały proces, żeby każdego poznać razem z jego specyficzną historią i sytuacją, w jakiej jest, przychodząc do ośrodka.

Rozmowa i porozumienie są warunkiem udanego przeprowadzenia procedury adopcyjnej, dotyczy to obydwu stron, nie tylko pracowników.

Warto też wiedzieć, że jest furtka, która pozwala zmienić ośrodek adopcyjny na każdym etapie procedury. Nawet rekomenduję wybranie się na pierwszą rozmowę do kilku ośrodków równocześnie, żeby na własnej skórze poczuć, w którym czujemy się komfortowo. Przecież to właśnie w nim odbędą się narodziny adopcyjne waszego dziecka. Niektórzy muszą poszukać innego ośrodka, a inni popracują nad relacją z pracownikami w tym, który wybrali na początku.

Dzieci do adopcji i tak jest mało. Tych o jakich marzyliby rodzice, czyli maleńkich i zdrowych. A te dzieci, które są zakwalifikowane do adopcji, to dzieci starsze, z większymi wyzwaniami zdrowotnymi, z rodzeństwem. One potrzebują rodziców gotowanych do pełnienia takiej roli. I to jest zadanie ośrodków, zbadać poziom otwartości na większe wyzwania, umiejętność radzenia sobie z nimi i przygotować, na miarę możliwości teoretycznych, na sprostanie tym wyzwaniom.

Oczywiście, że nie wszędzie jest tak sympatycznie. Są ośrodki, które częściej zbierają negatywne opinie i takie, które mają ogrom opinii pozytywnych. Ludzie są tylko ludźmi, wiem, że w niektórych ośrodkach pracują osoby mniej otwarte na zmiany, jakie niesie współczesny świat. Choćby takie jak coraz późniejsze zawieranie związków małżeńskich, częściej pary żyją wspólnie bez formalności cywilnych. Ale też spotykam się z całkowicie sprzecznymi opiniami kandydatów co do tego samego ośrodka, czy nawet co do tego samego pracownika. Tak już jest, że z jednym łatwiej ktoś nawiąże relację i osiągnie porozumienie, a z innym trudniej.

Zarzuca się procedurze adopcyjnej, że jest urzędowa, a właśnie w tej procedurze sprawdzania kwalifikacji kandydatów jest najwięcej ludzkiego czynnika i indywidualnego podejścia do przyszłych rodziców.

Komu jest najtrudniej

Z kontaktów z czytelnikami mam też taką obserwację, którą tutaj się podzielę. Najczęściej oburzeni, co do procedury adopcyjnej, jej przebiegu czy formalności, są kandydaci na początku drogi. Dosłownie po pierwszej rozmowie, często tylko telefonicznej. W rozmowach takich słyszę złość, zdenerwowanie, agresję. Poczucie krzywdy i brak zgody na sprawdzania. To zupełnie normalne i doskonale rozumiem ten stan. Sama czułam się okropnie, gdy szłam pierwszy raz do ośrodka. Przeszłam setki badań, natura płata figle i ma gdzieś moją potrzebę bycia matką. Wszystkie koleżanki wokół po prostu zachodzą w ciążę, a ja muszę komuś udowodnić, że będę dobrą matką. Miałam dość tego noszenia w sobie swojej ułomności, niemocy i stawiania mu czoła w codzienności. Byłam spięta, zamknięta i skoncentrowana na udowadnianiu. Na kolejnych rozmowach zaczęłam czuć, że pęka ten balon nadęty od mojego stanu. Dosłownie jak pęknięty balon wypuszcza gwałtownie powietrze, tak ja wypuściłam swoje emocje i rozładowałam napięcie miotając się w płaczu i krzyku. Potem było już tylko łatwiej. Miałam ważenie, że przeszłam sprawdzian, sama przed sobą, ale też pewnie przed pracownikami, którzy zobaczyli, jak radzę sobie z własnymi trudnościami. Ważne, żeby dać sobie czas. Pracownicy ośrodka uszanują potrzebę kandydatów do dłuższej przerwy w spotkaniach lub nawet zawieszenia procedury. Wiem, że każdy chciałby już na drugi dzień wyjść z dzieckiem. Dość tych starań i czekania. Ale jeśli zobaczy się, że to już ostatnia prosta, to poczekanie 2–3 lat, wobec całego życia z dzieckiem, może być łatwiejsze.

Te skargi na procedurę, poza nielicznymi wyjątkami, maleją w miarę, jak para wkracza coraz głębiej w procedurę i daje się poznać. Systematycznie wyjaśnia się sprawa wymaganych dokumentów. Czasem wcale ich nie potrzeba, albo przychodzi zrozumienie ich znaczenia dla procedury. Miejsce i pracownicy stają się bardziej oswojeni, a dzień kwalifikacji jest coraz mniej odległy.

Wśród osób, które przeszyły całą procedurę indywidualną, a potem szkolenie, jest więcej zrozumienia, a mniej złości na to, czego wymaga się do kwalifikacji.

 

Czy pracownikom ośrodków adopcyjnych zależy na tym, żeby jak najwięcej kandydatów odrzucić? Ośrodki chcą mieć jak najwięcej kandydatów, bo w ich interesie jest jak najszybsze umieszczenie dziecka zakwalifikowanego do adopcji w rodzinie. Zatem im więcej kandydatów, którzy mogą być potencjalnymi rodzicami, tym lepiej. Fakt jest też taki, że czekających, gotowych i zakwalifikowanych rodziców, jest wciąż więcej niż dzieci, których oni oczekują. Te dzieci, które czekają albo nie mają kwalifikacji do adopcji (choćby z tytułu praw rodzicielskich biologicznych rodziców), albo kwalifikację mają, ale nie są aż tak atrakcyjne dla kandydatów z uwagi na swój wiek, liczne rodzeństwo lub stan zdrowia. Takie są po prostu fakty i liczby. Każdy kto chce adoptować i spełnia minimalne wymagania określone ustawą, może liczyć na możliwość przyjęcia do ośrodka adopcyjnego. A co się okaże w trakcie indywidualnej procedury, to jest indywidualną sprawą tej konkretnej pary kandydatów. Jeśli faktycznie ktoś nie otrzymał kwalifikacji i dostał odmowę z niezrozumiałych lub krzywdzących jego zdaniem powodów, chętnie wysłucham, opiszę lub postaram się interweniować w odpowiednich placówkach. Czekam na sygnał.

 

Magdalena Modlibowska

Szefowa działu Adopcja w magazynie „Chcemy Być Rodzicami” i zastępczyni redaktor naczelnej, aktywistka w środowisku adopcyjnym, autorka książek „Odczarować adopcję” i „Księga Adoptowanego Dziecka”, współautorka książki „Jak tu począć”, autorka wielu artykułów dot. adopcji, , prezes Fundacji „Po adopcji”, wiceprezes Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Prywatnie mama trójki dzieci.

Caitlyn Jenner adoptuje dziecko? Partnerka daje jej „delikatne sygnały”

fot. Instagram @hutchins_sophia

Jak donoszą plotkarskie serwisy, 68-letnia Caitlyn Jenner oraz jej młodsza o niemal 50 lat partnerka poważnie myślą o adopcji. Jeżeli to prawda, byłaby to już siódma pociecha gwiazdy programu „Z kamerą u Kardashianów”.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W ciągu ostatnich lat świat miał okazję obserwować przemianę amerykańskiego sportowca Bruce Jennera w kobietę.

W wieku 64 lat Bruce zmienił płeć, przybrał imię Caitlyn i rozstał się z ówczesną żoną Kris.

Zobacz także: Khloe Kardashian o ciążowych zachciankach

Ciekawa historia ciekawego człowieka

Bruce był znanym lekkoatletą i mistrzem olimpijskim. Podczas igrzysk w Montrealu w 1976 roku zdobył złoty medal i ustanowił nowy rekord świata w dziesięcioboju.

Na swoim koncie ma również rolę w filmie muzycznym „Can’t Stop the Music”, za którą otrzymał nominację do Złotej Maliny dla najgorszego aktora.

Największą popularność zdobył jednak w reality show „Z kamerą u Kardashianów”. Głównym wątkiem 10. sezonu programu była przemiana Bruce w Caitlyn.

W lipcu 2015 roku powstał reality show „I Am Cait”, który został całkowicie poświęcony Jenner. Widzowie mogli w nim śledzić życie codzienne gwiazdy.

Bruce był trzykrotnie żonaty, z tych związków ma sześcioro dzieci. Obecnie 68-letnia Caitlyn spotyka się z 21-letnią Sophią Hutchins. Kobieta równie ma za sobą operację zmiany płci.

Zobacz także: Kim Kardashian pierwszy raz opowiedziała o poronieniu

Caitlyn Jenner adoptuje dziecko?

Jak podaje anglojęzyczny portal „Your Tango”, para poważnie myśli o adopcji.

Jenner zawsze chciała być matką i teraz ma taką możliwość. Sophia kocha dzieci i daje Cait delikatne sygnały, że chciałaby mieć dziecko. Cait rozważa to – twierdzi anonimowe źródło.

Jeśli para zdecyduje się na dziecko,  nie będzie ono żyło w blasku fleszy, jak ich matki.

„Cait postawiła sprawę jasno. Nie chce, aby dziecko miało do czynienia z telewizją i reality show. Sława zniszczyła jej relacje z dorosłymi już dziećmi i nie pozwoli, aby ta sytuacja się powtórzyła – dodaje źródło.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Your Tango

Weronika Tylicka

dziennikarka, związana od początku z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Po pierwsze: pełna rodzina. Ministerstwo stanie po stronie rodziców stosujących przemoc

Mała dziewczynka o smutnych oczach /Ilustracja do tekstu: Nowelizacja ustawy o wspieraniu rodziny wesprze rodziców stosujących przemoc?
Fot.: Qadim Sadiq /Unsplash.com

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pracuje nad kontrowersyjnymi zmianami w ustawie o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. Planowana nowelizacja, wbrew apelom Rzecznika Praw Dziecka i Rzecznika Praw Obywatelskich, zamiast wspierać najmłodsze ofiary przemocy rodzinnej, skupi się na pomocy zaniedbującym je rodzicom. I to bez względu na to, czy doświadczają oni przejściowego kryzysu, czy od lat tkwią w pogłębiającej się patologii, nie rokując nadziei na zmianę donosi oko.press.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zgodnie ze zmianami, które przygotowało MRPiPS, z ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej zniknie ustęp 12 art. 15, który daje asystentom rodziny prawo interwencji i podjęcia decyzji o natychmiastowym zabraniu dziecka z domu rodzinnego. Zamiast tego biologiczni rodzice mają otrzymać pomoc, dzięki której dzieci będą mogły trafić do nich z powrotem. To jednak nie koniec zmian. Poprawka wniesiona przed Instytut Kultury Prawnej Ordo Iuris zakłada, że rodzice, którym odebrano dzieci, uzyskają też pełnomocnika procesowego – z urzędu.

Kiedy szanse się nie kończą

„Państwo chce sprzyjać w ten sposób sprawcom przemocy, nie ofiarom. Interesu dzieci nie reprezentuje nikt, a one same nie mają głosu” – pisze dla OKO.press Anna Krawczak. I przedstawia wstrząsające historie dzieci, które były ofiarami ciężkich zaniedbań ze strony rodziców.

Jednym z takich dzieci jest Julia.

„Kiedy miała trzy lata, zabrano ją z domu pierwszy raz i umieszczono w domu dziecka. Powody: alkoholizm rodziców, przemoc, głodzenie, zmuszanie Julii do oglądania seksu zbiorowego w jednopokojowym mieszkaniu. (…) W domu dziecka przez chwilę był spokój, ale sąd rodzinny zawsze dawał rodzicom kolejną szansę. Tych szans dostali cztery. I cztery razy Julia musiała znów spakować dobytek i wrócić z domu dziecka do jednopokojowego mieszkania. Najdłuższa próba trwała pół roku. Piątego razu już nie będzie. Julia ma 11 lat i ma dość”.

Historia Mai jest inna, choć w swym dramacie podobna. Policja odebrała ją mamie, gdy dziewczynka miała 9 lat. Nim jednak się to stało, musiało niemal dojść do tragedii. 15-letnia siostra Mai, chora na cukrzycę, zapadła w śpiączkę cukrzycową po tym, gdy wraz z matką wpadła w ciąg narkotykowy. Maja razem z młodszym rodzeństwem trafiła wówczas na jakiś do rodziny zastępczej, a siostra po wyjściu ze szpitala – do młodzieżowego ośrodka wychowawczego. Mama poszła na odwyk – kolejny. Gdy go zakończyła, dzieci wraz z nią wróciły do rodzinnej kawalerki, w której czekały na nie te same patologie i nowi koledzy mamy  – od kieliszka.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Szkoda im na vitro, ale mają pieniądze na króliki. Czyli jak Ministerstwo Zdrowia dba o dzietność

Pokrewieństwo bez zdrowej więzi

Gdy asystentka rodziny zobaczyła po raz pierwszy Tymka w łóżeczku, była przekonana, że to zmarłe niemowlę.

 „Tymek nie był martwy i nie był też taki mały – miał prawie dwa lata. Był tak skrajnie wygłodzony, że wyglądał na niemowlaka. Wydęty brzuch, wielka głowa, przezroczysta skóra. Zanik funkcji przełykania. Lekarze określili jego stan jako agonalny” – opisuje Anna Krawczak.

Chłopczyka zdołano uratować i trafił do rodziny zastępczej, w której zyskał szansę na normalne, bezpieczne życie. Jego ojciec przestał się nim interesować, gdy tylko oddaliło się ryzyko, że trafi przed sąd za spowodowanie zagrożenia życia małego synka. Gdyby jednak ta historia miała miejsce kilka lat później, już po wprowadzeniu opisywanej nowelizacji ustawy o wspieraniu rodziny, asystentka nie mogłaby pozwolić, by ojciec tak łatwo zniknął z życia Tymka. Nowe rozwiązania prawne wymagałyby od niej nawiązania współpracy z tatą, by dziecko mogło wrócić na łono „rodziny”.

Bierni uczestnicy spraw o własną przyszłość

Tymczasem przed dwoma laty Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak i Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, mając na uwadze dobro dzieci, wspólnie skierowali pismo do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Apelowali w nim, by w polskich przepisach prawnych uwzględnić rozwiązania, które w sprawach o pozbawienie, ograniczenie lub zawieszenie władzy rodzicielskiej pozwoliłyby skuteczniej dbać o żywotne interesy dziecka. Rzecznicy zwrócili uwagę, że biologiczni rodzice mogą liczyć na darmową pomoc prawną, adwokata z urzędu i asystenta rodziny. Dziecko, którego przyszłość rozpatrywana jest na sali sądowej, jest jedynie niemym uczestnikiem sporu o własną przyszłość.

„W sprawach sądowych, w których rozstrzyga się o najbardziej żywotnych interesach dziecka, nie istnieje żaden mechanizm reprezentacji jego interesów” – pisali.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Prof. Sąsiadek: Ograniczanie dostępu do badań prenatalnych oraz in vitro to systemowa przemoc

Rodzina święta, bo biologiczna

Tę sytuację mogłoby zmienić stworzenie nowej funkcji – pełnomocnika dziecka. Postulat ten, przedstawiony przez rzeczników, zyskał poparcie organizacji pozarządowych – m.in. Koalicji na rzecz Rodzinnej Pieczy Zastępczej oraz Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej ma jednak inne rozwiązanie – woli powołać kolejną instytucję wspierającą rodziców.

Za tym pomysłem stoją prawnicy stowarzyszenia Ordo Iuris, które od dawna opowiada się za zwiększeniem praw rodziców w opiece nad dziećmi.

– Występujemy jako rzecznicy afirmowanej w krajowym porządku konstytucyjnym oraz aktach prawa międzynarodowego prawdy o rodzinie, jako o naturalnym środowisku rozwoju i dobra wszystkich jej członków, a w szczególności dzieci, źródle różnorodności wolnego społeczeństwa. Podkreślamy, że najpełniejszą gwarancją dobra dzieci jest wychowanie przez biologicznych rodziców pozostających w związku małżeńskim. Do pełnego rozkwitu tego naturalnego środowiska rozwoju konieczne jest dobre prawo(…), które uznaje prymat rodziców nad państwem w sprawach wychowania dzieci zgodnie ze swoim sumieniem i przekonaniami. Dlatego badamy instrumenty polityki rodzinnej i występujemy aktywnie w obronie rodziny, macierzyństwa i rodzicielstwa tam, gdzie są one zagrożone dyskryminacyjnymi praktykami ustawodawcy” – czytamy na stronie Ordo Iuris.

I choć te pobudki mogą wydawać się szlachetne, warto mieć świadomość, że najczęściej występujące problemy i czynniki skutkujące ingerencją sądu w życie rodziny to nie bieda, ale: choroba alkoholowa rodziców (52%), zaniedbania opiekuńczo-wychowawcze, w tym zdrowotne i higieniczne (39%), a także przemoc: fizyczna, psychiczna i seksualna (36%)*.

*Dane pochodzą z raportu Rzecznika Praw Dziecka, który w 2015 r. przekazano Ministrowi Sprawiedliwości.

Źródło: oko.press

POLECAMY RÓWNIEŻ: Rozwiązanie stosunku adopcji może naruszać dobro dziecka. Rzecznik Praw Dziecka wytyka sądom błędy

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

„Ten dziwak nigdy nie zostanie adoptowany”. Kobieta opowiada o hejcie na jej chorego syna

Adoptowała chore dziecko, spotkał ją hejt
fot. Instagram @ nika_evil_

Rustam to niezwykle radosne dziecko. Jego adopcyjna mama walczy ze stereotypami i negatywnymi komentarzami, z którymi spotkała się po przysposobieniu syna.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nikę Zlobinę na Instagramie śledzi niemal 85 tys. obserwatorów. Jednak jak mówi, ta liczba nie robi na niej wrażenia, a portal znalazła w sieci przez przypadek. Za jego pośrednictwem informuje teraz ludzi, z czym wiąże się adopcja chorego dziecka.

– Przygotowywałam papiery adopcyjne. Zobaczyłam bazę danych ze zdjęciami dzieci i nagle natknęłam się na zdjęcie Rustama – wspomina Nika w rozmowie z „Russia Beyond”. Dziecko nie miało nogi, a jego twarz była zdeformowana.

Aby zachęcić ludzi do adopcji, wolontariusze ośrodka adopcyjnego umieścili na stronie internetowej nagranie tańczącego chłopczyka. Wideo obiegło kraj i zobaczyła je również Nika. Komentarze, które przeczytała pod nagraniem, wywołały w niej smutek i złość.

Zobacz także: Adoptowali dziewczynkę z Ugandy. Kiedy poznali jej historię, odesłali dziecko

„Jeżeli nie ja, to kto?”

– Niektórzy pisali, że „ten dziwak nigdy nie zostanie adoptowany”. Byłam przerażona widząc multum negatywnych komentarzy. Wśród tych ludzi były młode matki z dziećmi – wspomina Nika. To ostatecznie zaważyło na decyzji o adopcji Rustama. – Jeżeli nie ja, to kto? – pomyślała. Tak też zrobiła.

Po pewnym czasie Nika zdecydowała się założyć konto na Intagramie, gdzie opisuje swoje życie z Rustamem. Jej profil to rodzaj pamiętnika, w którym dzieli się przemyśleniami oraz codziennymi troskami i radościami. Chce przede wszystkim pokazać światu, że Rustam, tak jak każde inne dziecko, rozwija się, robi postępy i nie jest dziwakiem.

Nika stara się dotrzeć przede wszystkim do osób zainteresowanych adopcją. Kobieta chce udowodnić, że przysposobienie niepełnosprawnego dziecka może być źródłem radości.

– Wszyscy pragną adoptować przede wszystkim piękne dzieci o blond włoskach, ale kolejka do takich dzieci jest długa. Tymczasem inne maluchy cierpią bez rodziców – podkreśla Nika.

Zobacz także: Aby adoptować Wiktora przejechali ponad 10 tys. km

Adoptowała chore dziecko, spotkał ją hejt

Pomimo prób uświadamiania społeczeństwa, kobieta wciąż spotyka się z falą hejtu w internecie.
– Gdyby nagle zablokowano moje konto, prawdopodobnie odetchnęłabym z ulgą, ponieważ nie musiałabym czytać masy nienawistnych komentarzy na temat mojego syna – mówi szczerze.

Siłę dają jej jednak pokrzepiające wiadomości od rodziców opiekujących się chorymi dziećmi.  – Jedna kobieta opowiedziała mi, że nie miała odwagi wyjść na zewnątrz z córką chorą na zespół Downa. Przyznała jednak, że moje wpisy dodają jej siły i teraz nie boi się wyjść z dzieckiem na spacer – opowiada Nika.

Kobieta przyznaje, że nie reaguje na natarczywe spojrzenia przechodniów. Do akcji wkracza dopiero, kiedy ktoś obraża jej syna. Pewnego dnia Nika spacerowała z Rustamem w pobliżu przedszkola.
– Zaczęli krzyczeć do niego „ty kaleko!”. Tego nie zamierzałam tolerować. Byłam w szoku – wspomina.

Rustam ma teraz pięć lat, intelektualnie rozwija się prawidłowo, aczkolwiek ma pewne problemy z mową. Czasami dzieci pytają Rustama, co się stało z jego twarzą i nogą, jednak na razie nie potrafi im tego wytłumaczyć. Kiedy chłopiec podrośnie, Nika planuje korzystać z usług psychologa, który pomoże dziecku nauczyć się radzić sobie z negatywnymi reakcjami.

fot. Instagram @nika_evil_

fot. Instagram @nika_evil_

fot. Instagram @nika_evil_

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: www.rbth.com

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.