Przejdź do treści

Adopcja: „boli świadomość odtrącenia”

adopcja

Pierwsza próba powołania na świat potomka skończyła się ciążą pozamaciczną. Marianna została pozbawiona jajowodów. Nie było szansy na ponowne zajście w ciążę.  Zaczęli coraz odważniej myśleć o adopcji.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Adopcja – zanim się zaczęła

Była śliczną dziewczyną z podradomskiej wioski. Miała 18 lat kiedy Stanisław poprosił rodziców o jej rękę. Chociaż w połowie lat 50. XX wieku nie było łatwo żyć w przaśnej peerelowskiej rzeczywistości, radzili sobie nieźle. Stanisław był zaradnym mężczyzną. Pracował w Przedsiębiorstwie Dróg Regionalnych. Wziął kredyt – wybudował jak na tamte czasy komfortowy dom z bieżącą wodą i centralnym ogrzewaniem, założył plantację tytoniu, grał na skrzypcach, harmonii i perkusji, dorabiał parając się szewstwem hobbystycznie. Do szczęścia brakowało im tylko potomka.

Najstarszy brat Marianny miał dorosłego już syna – Romka. Mieszkał w Radomiu i oględnie mówiąc – korzystał z uroków życia miejskiego, na ile pieniędzy starczało. Była połowa lat 60. Jedna z jego biesiadnych znajomych  zaszła w ciążę. Nie miała pojęcia, co to ciąża,  macierzyństwo – była siedemnastoletnią dziewczyną, której wydawało się, że „można to przechodzić” jak niegroźne przeziębienie. Nadal korzystała zatem z uroków życia pojąc siebie i rozwijający się płód winem przy każdej okazji. Kiedy na świat wydała chłopca, nie zmieniła nawyków. Bardziej odpowiedzialna okazała się jej dwunastoletnia siostra, Jolka, która, na ile potrafiła, zajęła się niemowlakiem. Mieszkały we dwie. Rodzice wcześnie zmarli.

Dziecko

Dziecko było słabe, potrzebowało opieki. Nieletnia ciotka poprosiła o pomoc Romka. Przyjechał na wieś: „Słuchaj no, Stachu, taka jedna urodziła. Nie chce wychowywać. Chciałeś syna – jest chłopak…”

Nazajutrz z samego rana Stanisław był już w Radomiu. Wieczorem przywiózł Mariannie trzymiesięcznego niebieskookiego chłopca.  Malec był zaniedbany. Miał wzdęty brzuszek, lekko przechyloną główkę na skutek braku zmiany pozycji w łóżeczku, splatane włoski, ale – wyciągał rączki do Marianny uśmiechając się, jakby od dawna czekał na to spotkanie.

To byłem ja. I właśnie zaczynałem życie, którego mogłem przecież nie mieć.

Ja

Procedury nie trwały długo. Zaświadczenie z miejscowego Urzędu Gminy – Urząd Stanu Cywilnego w Radomiu – Sąd. Jedna rozprawa i oficjalnie miałem nowy dom, nowe nazwisko. Miałem rodziców. Szaleli z radości. Sprowadzili znajomego lekarza, żeby doradził, co należy robić, żebym szybko nabrał sił. Podkładali mi pod główkę wałki z ligniny, żeby się naprostowała, rozmawiali ze mną, a ja gaworzyłem, jak tylko umiałem. Schodzili się sąsiedzi, znajomi, rodzina i wszyscy się zachwycali. Szczerze, czy nie – nie miało to dla rodziców znaczenia. Wówczas kompletnie ich to nie interesowało. Ale zaczęło do nich docierać, że problem może pojawić się później, kiedy już będę więcej rozumieć. Wiedzieli, że ludzkie języki są nieposkromione, a słowa mogą ranić. Postanowili powiedzieć mi prawdę zanim pójdę do szkoły.

Rozwijałem się jak na chłopca nadspodziewanie szybko. Zacząłem chodzić i mówić zanim skończyłem dwa latka. Wkrótce okazało się też, że mam zdolność błyskawicznego zapamiętywania. Lubiłem, kiedy rodzice czytali mi książki i złościłem się, kiedy coś w nich przekręcali. A robili to czasem celowo, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że istotnie mam ponadprzeciętną percepcję.

Tata

Żyjąc tak od zachwytu do zachwytu nad moim rozwojem, rodzice nieco uśmierzyli swoją czujność na głosy otoczenia. Nawet, kiedy ze strony rodziny padały głosy w stylu: „Zobaczysz – dorośnie i pójdzie w świat, i zostaniecie sami, bo nie wiadomo przecież po kim To jest”, tata obracał je w żart i śmiał się z mamy, która tego typu przytyki mocno przeżywała. Był to czas, kiedy nie okazywano dzieciom na wsi uczuć w nadmiarze, a rodzice, na ile potrafili (bo przecież nie wynieśli tych wzorców z własnych domów), chcieli tworzyć inny  – cieplejszy rodzaj relacji rodzinnych. Inni – spoza rodziny może by nawet coś od czasu do czasu kąśliwie szepnęli, ale tata był osobą bardzo lubianą, a ja byłem miłym i grzecznym chłopczykiem, więc nie wypadało się czepiać. Poza tym wszyscy przecież widzieli, że razem z psem „Kajtkiem” towarzyszyłem tacie przy wszystkich pracach, a mama dbała, żebym był zawsze czyściutki i ładnie ubrany. Tym bardziej było ludziom  niezręcznie dzielić się w obecności rodziców „wiejskimi mądrościami” na temat adopcji. Sympatia do taty brała się również stąd, że obok zaradności i poczucia humoru, zawsze był bardzo uczynny i nikomu nie odmawiał pomocy.

Miałem prawie cztery latka, kiedy tatę, który pomagał sąsiadowi rżnąć drewno na mechanicznej pile,  uderzył w głowę kawał belki. Zrobił się krwiak, potem guzek. Ktoś „mądry” z rodziny postanowił domowym sposobem „zoperować” narośl… Rak opanował płuca. Wszystko trwało może cztery miesiące. Tata bardzo schudł. Pamiętam, jak wsparty na mamie wychodził do przydomowego ogródka i siedząc na wiosennym słońcu patrzał na przechodzących sąsiadów:

– Jak tam, Stachu? Lepiej ciut?

– Ano, jeszcze dycham, sąsiadko…

Wszyscy wiedzieli, że „lepiej ciut” już nie będzie. Ja nie. Dlatego, jeśli tylko mogłem „strzelić focha” – robiłem to, kompletnie nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.

Bez całusa na dobranoc

Tamtego wieczora nie uściskałem taty i nie dałem mu buzi. Strasznie mnie wkurzył, bo nie chciał mi nic przeczytać i tylko mówił, żebym był dla mamy dobry. A przecież byłem dobry! – Zostawiłem go w pokoju i wskoczyłem z książką do łóżka mamy. Tym razem nie przekręcała zdań z książki, więc szybko zasnąłem.

Obudziłem się tuż po północy i poprosiłem, żebyśmy poszli do taty, bo się nie pożegnałem…

– Stasiu, przyszliśmy się pożegnać… – Mama została na progu, a ja zrobiłem dwa kroki w kierunku taty. Spod powieki spływała mu po policzku łza – pamiętam to, choć miałem tylko cztery latka…

– Mamusiu, tatuś śpi?

– Tak. Chodźmy też spać. Jutro się pożegnasz…

Na pogrzebie było mnóstwo ludzi. Nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, co się stało, dlaczego mama jest taka cała „na czarno”?. I dlaczego wszyscy na mnie patrzą i płaczą?

Choroba

Zostaliśmy sami. Ja z mamą, a mama ze mną i niespłaconym kredytem na dom. Ludzie byli nadal raczej życzliwi, ale część rodziny się od nas na parę lat odsunęła, jakby to była mamy wina, że taty już nie ma.

Zbliżał się czas pójścia do szkoły. Dzieci bywają okrutne. Mama wiedziała, że powinna uprzedzić potencjalne przytyki rówieśników pod moim adresem, ale nie miała w sobie tyle siły, żeby mi wyjawić prawdę o moim pochodzeniu. Nie miała jej tym bardziej, że zacząłem podupadać na zdrowiu. Z trudem łapałem powietrze, miałem krwotoki z nosa… Wiejski lekarz nie potrafił sobie z tym poradzić, a może bał się postawić jednoznaczna diagnozę? Dostaliśmy skierowanie do pediatry w Starachowicach. Astma oskrzelowa. – Miałem wrażenie, jakby mamy jeszcze bardziej ubyło. Posiwiała, a przecież miała zaledwie trzydzieści kilka lat!

Dzisiaj ze wzruszeniem opowiada mi jak,  jako pięcioletni szkrab karnie budziłem się o czwartej rano, żeby pojechać do specjalisty do Kielc. Zaczęła się walka o inhalator, o tran, o skierowanie do sanatorium. Był początek lat 70. i wszystko to było niemal nieosiągalne dla zwykłego zjadacza chleba. Mama uruchamiała znajomych i znajomych tych znajomych rozsianych po większych miastach, żeby sprostać potrzebom.

To było nasze pierwsze rozstanie. Dwa miesiące w sanatorium „Słoneczko” w Kołobrzegu. Kiedy przyjechała w odwiedziny, po raz pierwszy w życiu doznałem uczucia „ściśniętego gardła”. Nie mogłem nic powiedzieć – wtulałem się w nią, jakbym chciał wrosnąć w jej sukienkę.

Mama

Moja choroba – te wszystkie nieprzespane noce, ataki duszności, ranne wstawanie, czekanie w chłodzie poranków na autobusy, rozłąka – zbliżyły nas jeszcze bardziej. Mama postanowiła mi powiedzieć prawdę. To było przed zaśnięciem. Miałem niespełna sześć lat.

– Jesteś! – wychlipałem, kiedy powiedziała, że tak naprawdę, to nie jest moją mamą..

– To znaczy jestem – sprostowała – ale to nie ja ciebie urodziłam…

– Jesteś moja mamą. – Wtuliłem się w nią. Płakałem i tak zasnąłem.

Nazajutrz mama wyjaśniła mi wszystko dokładniej. Po raz pierwszy usłyszałem słowo „adopcja” i natychmiast je zapamiętałem, jakbym gdzieś intuicyjnie przeczuwał, że to słowo stanie się wkrótce moją tarczą obronną wobec bezmyślności i braku delikatności ze strony rówieśników. I nie tylko rówieśników… Teraz dopiero zacząłem rozumieć wizytę starszej pani sprzed roku, która w rozmowie z mamą zapytała:

– A może by go pani oddała?

– No, co pani mówi? – Obruszyła się wtedy mama i zmieniła temat rozmowy.  A jednak czułem, że mnie ona wtedy dotyczyła.

Tą starszą kobietą  była matka mojego fizycznego ojca. Raz tylko przyjechała do nas. Nigdy więcej jej nie widziałem. Ale podobno – póki żyła – dowiadywała się o mnie, pytając Romka, przy którego udziale doszło do adopcji. Wiem to od mamy.

Nie od razu zżyłem się z moją klasą, tym bardziej, że od razu na początku nauki musiałem po raz drugi pojechać do sanatorium, tym razem w góry – do Rabki. Wróciłem wczesną wiosną, a kilka tygodni później dowiedziałem się od koleżanki, że mnie „matka w kapuście znalazła, bo Cyganka podrzuciła”… Jakiż ja byłem dumny, że mogłem odpowiedzieć: „ – Nieprawda, bo rodzice mnie adoptowali”. Dziewczyna zgłupiała zupełnie, bo nigdy dotąd nie słyszała takiego słowa! Ta sytuacja zupełnie mnie nie dotknęła. Znacznie gorzej przeżywałem przytyki ze strony dorosłych, kiedy byłem już nieco starszy – w III, IV klasie.

Pewnie Cię odda

– A ta twoja matka nie przyjeżdża tutaj? Nie chcesz wracać do miasta? – Zagadnęła mnie kiedyś kucharka ze szkolnej stołówki. Innym razem, kiedy poszedłem na pocztę, żeby coś przekazać w imieniu mamy, usłyszałem:

– A to przecież nie jest twoja mama, tylko cię na wychowanie wzięła, a jak skończysz szkołę, to cię odda…

Przeżywałem to w samotności. Dopiero po trzech, może czterech latach opowiedziałem o tym mamie. Ale wtedy byłem już utwierdzony w przekonaniu, że nic złego mi nie grozi i nikt nie będzie mnie „oddawał”. Nikomu. W wiejskiej społeczności spotkałem też prostych ludzi, którzy w dobrej wierze mówili: „Dobrą masz mamę, a pamiętaj – nie ta matka, co urodzi, tylko ta jest prawdziwa, co wychowa”. Zapamiętałem to.

Stosunkowo szybko „odciąłem pępowinę” od kwestii adopcji. Z upływem czasu ludzie też coraz mniej wracali do tematu.

Kiedy kończyłem „podstawówkę” i wybierałem się do liceum, do Warszawy, mama powiedziała, że jakbym kiedyś miał potrzebę, może mi podać adres mojej fizycznej matki. Nie miałem takiej potrzeby. Nigdy mi to nawet nie przemknęło przez myśl. Czułem się szczęśliwy. Mama bardzo się starała, żebym nie odczuwał braku ojca, ale nie wyszła ponownie za mąż. Nie chciała, żeby ktoś traktował mnie, jak „podwójnie obcego”. Nie znaczy, że nie było chętnych – nadal była atrakcyjną, lubianą kobietą, więc na brak adoratorów nie mogła narzekać. Trzymała ich jednak na bezpieczny dystans i nie pozwoliła bym kiedykolwiek czuł się nieswojo. Kiedy byłem już w miarę samodzielny, podjęła pracę, spłaciła kredyt – dzielnie wiązała przysłowiowy koniec z końcem.

Kryzys

Krótkotrwały kryzys pojawił się, kiedy miałem 15-16 lat. Nie chodziło o to, że zostałem adoptowany. Ten temat dawno już oswoiłem i przestał dla mnie stanowić jakikolwiek problem. Zaczęła mi jednak doskwierać świadomość, że ktoś kiedyś mnie nie chciał, że ktoś mnie odtrącił, komuś moje życie nie było potrzebne. To zabolało. Uczyłem się wtedy bardzo dobrze, wygrywałem konkursy i olimpiady na szczeblu ogólnopolskim – powoli poznawałem swoją wartość – pogłębiając jednocześnie dysonans poznawczy. Wraz z nim umacniało się moje postanowienie, że nigdy, przenigdy nie spotkam się z moją fizyczną matką. Teraz nie byłoby to dla mnie problem, ale wówczas chciałem co najwyżej, żeby dowiedziała się, jak świetnie sobie radzę i – żeby odczuła piekący żal. Mama nigdy nie poznała tych moich młodzieńczych przemyśleń. Nie chciałem jej sprawiać przykrości.

O tym, jak – mimo wszystko – łagodnie obeszło się ze mną życie, przekonałem się w liceum. W mojej klasie była Marta. Została adoptowana, kiedy była już kilkuletnią dziewczynką. Buntowała się. Podobnie, jak ja, była wychowywana tylko przez mamę. Nie mogły się ze sobą porozumieć. Marta traktowała ją jak zło konieczne. Myślałem, że z wiekiem to minie, ale konflikt się pogłębiał i – kiedy po latach nawiązałem z nią kontakt na „Naszej klasie” –  pisała o swojej adopcyjnej matce już tylko „ta kobieta”. Nie wiem, czego nie mogła jej wybaczyć, nie wiem czy utrzymują ze sobą kontakt – może uda mi się jeszcze kiedyś z nią o tym porozmawiać?

Spotkanie

Kiedyś wracając do rodzinnego domu ze szkoły w Warszawie, odwiedziłem w Radomiu Romana. Tego samego, który przyczynił się do mojej adopcji. Był zniszczony alkoholem, wychudzony i miał do mnie pretensje, że nie uczę się na złotnika, jak mi doradzał. Zabrał mnie do swojej znajomej.

Mieszkanie było niewielkie, skromne, ale schludne. Romek postawił, kupione pewnie za ostatnie pieniądze, wino. Nie piłem, więc kobieta uraczyła mnie kawą. Rozmawiali o wszystkim i o niczym – miałem wrażenie, że rozmowa się nie klei. Kiedy wychodziliśmy, Romek zapytał:

– Wiesz, kto to jest?

– No, wiem… – Odpowiedziała jego znajoma i zaczęła ścierką omiatać nieistniejące okruchy z kuchennego blatu.

Nie od razu skojarzyłem, że właśnie doszło do spotkania z siostrą mojej fizycznej matki. To była Jolka! Zrozumiałem to dopiero w drodze z Radomia do domu na wsi. Najdziwniejsze było to, że spotkanie nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Może jedynie to, że jeszcze bardziej doceniłem ciepło domu na wsi, kolorowy ogródek, zapach i smak domowego rosołu, który mama zawsze gotowała na niedzielę.

Mama ma teraz 85 lat. Przeszła szereg rozmaitych operacji i rehabilitacji: osteoporoza, oczy, staw biodrowy, łękotka, kamienie nerkowe…Wydaje się jednak, że ma się lepiej niż 30 lat temu. Zawsze wigilię spędzaliśmy w domu na wsi, ale od kilku lat mama przyjeżdża do Warszawy. Codziennie rozmawiamy przez telefon. Przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia zaniemogła. Prosiłem, żeby nazajutrz poszła do lekarza…

– Pójdę, synu, pójdę… Jeszcze chcę trochę pożyć – Odpowiedziała, a mi zrobiło się cieplej na sercu, bo zrozumiałem, że chce byśmy siebie mieli jak najdłużej.

 

 

Artur Pastuszko

Aktor, Dyrektor Generalny i Artystyczny at Open Europe Art. Artur Pastuszko - Platforma Artystyczna. Student 5 roku dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS

Adopcja a niepłodność

adopcja a niepłodność
Adopcja często demaskuje niepłodność / fot. Pixabay

Po kilku latach bezskutecznych starań o ciążę u części par pojawia się myśl „chcemy adoptować dziecko”. Co mają wspólnego adopcja i niepłodność? Z jakimi stereotypami zderzają się osoby, które chcą adoptować dziecko?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Niepłodność to choroba cywilizacyjna, dotyka co piątą, a w niektórych kręgach już nawet do czwartą parę. To choroba wyjątkowa, ponieważ dotyczy dwóch osób. Jeżeli para przez 12 miesięcy bezskutecznie stara się o dziecko, można mówić o niepłodności. O niepłodności mówimy również po sześciu miesiącach bezowocnych starań w przypadku osób powyżej 35 roku życia.

Emocje związane z niepłodnością

Bardzo częstymi emocjami związanymi z doświadczeniami niepłodności jest bezradność, wstyd, poczucie porażki i poczucie wybrakowania. – To jest najczęstszy stereotyp, który dotyczy niepłodności, czyli obarczanie wstydem – wyjaśnia Magdalena Modlibowska, autorka książki „Odczarować Adopcję”, a prywatnie mama trójki dzieci.

Często na poziom poczucia wstydu bardzo duży wpływ ma społeczeństwo. Dyskomfort mogą powodować różne sytuacje, od niewinnych pytań rodziny, po rubaszne i przykre żarty kierowane do osób niepłodnych. Tego typu zdarzenia powodują chęć ukrycia porażek i życia z głęboko schowanym wstydem. Mimo starań, osoby niepłodne często czują się wybrakowane.

Emocje związane z adopcją

Pragnienie posiadania dziecka to pragnienie instynktowne, pierwotne. Kiedy para z różnych względów nie może mieć biologicznego potomstwa, często decyduje się na adopcję. Zgodnie ze słownikową definicją, jest to przysposobienie, usynowienie, czyli forma przyjęcia do rodziny osoby obcej, stwarzająca stosunek podobny do pokrewieństwa.

– To przyjęcie do serca, do rodziny dziecka, które zostało spłodzone przez inną parę rodziców – mówi Magda Modlibowska. Jak zaznacza, rozwinęłaby definicję jeszcze szerzej. – To też wychowywanie niebiologicznego dziecka – dodaje i przytacza przykład patchworkowcyh rodzin.

W procesie adopcji niezwykle ważną rolę odgrywa zrozumienie swoich emocji. Ekspertka porównuje przyjęcie dziecka do rodziny do uczuć towarzyszących przy pierwszej randce z ukochaną osobą. Odczuwamy wtedy ciekawość, radość, ekscytacja, lekkie zdenerwowanie.

Nieodłącznym elementem przy każdej adopcji będzie również moment pogodzenia się z historią dziecka. Uczucia temu towarzyszące można z kolei zestawić z emocjami związanymi z pierwszym spotkaniem rodziców ukochanej osoby. Te odczucia są już inne, będzie to lęk, niepewność, zdenerwowanie, obawa przed nieznanym. Te uczucia musimy zaakceptować, ponieważ nie mamy wpływu na sytuację. Podobnie jest z historią adoptowanego dziecka.

Dlatego niezwykle ważne jest, żeby zrozumieć, że adopcja jest przyjęciem dziecka razem z jego historią – zaznacza ekspertka.

Adopcja a stereotypy

Adopcja obudowana jest całym szeregiem stereotypów. Najbardziej powszechnym z nich jest przekonanie, że adopcja to bohaterstwo. – Oczywiście potrzebny jest altruizm, ale nie wstydzę się tego powiedzieć, że to z czym przyszłam do ośrodka adopcyjnego to był przede wszystkim egoizm – mówi Magdalena Modlibowska.

Ja przyszłam tam dlatego, że chciałam być mamą, a nie zbawiać świat i dzieci – dodaje. Takie narzucanie bohaterstwa adopcji często odbiera ludziom odwagę przysposobienia dziecka.

Kolejny stereotyp to ciężka procedura adopcyjna. – Myślę sobie, czy naprawdę ciężko było chodzić do ośrodka adopcyjnego na spotkania z psychologami, którzy pomagali nam zrozumieć samych siebie i znaleźć swoje własne motywacje po to, żebyśmy łatwiej wystartowali w rodzicielstwo? – zastanawia się. – Czy to faktycznie jest ciężka procedura?

Adopcja często obnaża niepłodność. Kolejny stereotyp łączy się z tym stwierdzeniem, bowiem niektórzy sądzą, że adopcja leczy niepłodność. – Adopcja sama w sobie jest lekiem na bezdzietność, ale nie na niepłodność – podkreśla ekspertka.

Adopcja a niepłodność – Konferencja „Siła kobiecości w macierzyństwie”

Wykładu Magdaleny Modlibowskiej Adopcja a niepłodność mogliśmy posłuchać podczas konferencji z okazji 10-lecia portalu ZapytajPolozna.pl . Impreza pod tytułem „Siła kobiecości w macierzyństwie” odbyła się 19 października w Warszawie. Podczas tego wydarzenia uczestnicy mogli wysłuchać ciekawych porad ekspertów oraz wziąć udział w tematycznych warsztatach.

Zobacz także:

Adopcja w 7 krokach. Jesteś zdecydowany? Poznaj szczegóły

Rokowania w leczeniu niepłodności – zobacz co mówią najnowsze dane udostępnione przez ESHRE

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Procedura adopcji zagranicznych słabo chroni prawa polskich dzieci

fot. Pixabay
fot. Pixabay

Rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar i rzecznik praw dziecka Marek Michalak mają zastrzeżenia do działania obowiązującej procedury adopcji polskich dzieci przez rodziny zagraniczne. Wskazali, że procedura ta w wielu przypadkach nie zapewnia poszanowania praw dziecka. W związku z tym rzecznicy wystosowali specjalne pismo do ministra sprawiedliwości.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W liście do ministra Zbigniewa Ziobry rzecznicy przypominają, że adopcja zagraniczna powinna być ostatecznością i powinna się odbyć wtedy, gdy nie udało się dziecku zapewnić odpowiedniej opieki.

Zobacz także: Adopcja a niepłodność

Adopcje krajowe priorytetem

Jak zwraca uwagę RPO i RPD, w naszym kraju nadal zdarzają się przypadki kierowania do adopcji zagranicznej dzieci, pomimo niewyczerpania innych możliwości, czyli znalezienia domu w Polsce. Co więcej, bardzo często dochodzi do sytuacji, w której rodzeństwo jest rozdzielane i nie ma kontaktu z bratem lub siostrą przebywającą za granicą.

Rzecznicy zaproponowali podjęcie prac w kierunku rozwiązań prawnych, które zagwarantowałyby na etapie postępowania sądownego pierwszeństwo adopcji krajowych nad zagranicznymi.

Zobacz także: Adopcja w 7 krokach. Jesteś zdecydowany? Poznaj szczegóły

Zbyt krótki okres styczności osobistej

Drugi problem, na który zwrócili uwagę Bodnar i Michalak, to zbyt krótki okres styczności osobistej, w którym potencjalni rodzice poznają dziecko. Czas ten jest potrzebny na zweryfikowanie możliwości nawiązania odpowiednich relacji pomiędzy dorosłymi a dzieckiem oraz zredukowanie stresu związanego z całą procedurą i zmianą miejsca pobytu dziecka.

W polskim prawie nie ma jednak przepisu mówiącego, jak długo ten okres miałby trwać. W większości przypadków wynosi on od jednego do trzech tygodni, co w ocenie RPO i RPD jest niewystarczające. Dlatego też rzecznicy zaproponowali wprowadzenie zasad oraz wyznaczenia minimalnego okresu kontaktu dziecka z rodziną adopcyjną.

RPO i RPD chcą również ustanowienia przedstawiciela, który będzie reprezentował interes dziecka w postępowaniu adopcyjnym. Ponadto proponują zwiększenie aktywności prokuratora w postępowaniach adopcyjnych, a w szczególności chcą jego obowiązkowego udziału w tych postępowaniach.

Ministerstwo Sprawiedliwości ma 30 dni na odpowiedź na propozycje rzeczników.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: TVP Info

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

NIK kontroluje ośrodki adopcyjne. Wypełnij ankietę i pomóż

Ankieta NIK - kontrola funkcjonowania ośrodków adopcyjnych
fot. Pixabay

Najwyższa Izba Kontroli przeprowadza obecnie kontrolę wykonywania zadań przez ośrodki adopcyjne. Głównym celem badań jest odpowiedź na pytanie, czy ośrodki adopcyjne prawidłowo i skutecznie realizują zadania związane z postępowaniami adopcyjnymi.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Badanie ankietowe skierowane jest do rodziców, którzy przysposobili dziecko lub są w trakcie realizacji procedury adopcyjnej, bądź znaleźli się w takiej sytuacji, że podjęte działania nie zakończyły się adopcją.

Ankieta jest zamieszczona na stronie internetowej adres: www.nik.gov.pl.

Ankieta NIK

Udzielone w ankietach odpowiedzi zostaną wykorzystane do przeprowadzenia analiz mających na celu formułowanie ewentualnych uwag systemowych usprawniających funkcjonowanie badanego zagadnienia. Zostaną one zaprezentowane (w formie zagregowanej) w Informacji o wynikach kontroli, która zostanie przedłożona m.in. Sejmowi RP. Trudno jest obecnie (nie znając wyników ankiety) powiedzieć w jakim stopniu może pomóc w funkcjonowaniu ośrodków adopcyjnych, natomiast z pewnością uzyskane odpowiedzi poszerzą wiedzę na temat opinii osób, które zetknęły się z tymi placówkami – tłumaczy Paweł Adamowicz z Najwyższej Izby Kontroli

Celem usprawnienie funkcjonowania ośrodków w Polsce

Ankieta jest całkowicie anonimowa. Formularz można wypełnić do 31 grudnia 2017 r.  Udzielone odpowiedzi zostaną wykorzystane w pracach analitycznych mających na celu sformułowanie ewentualnych uwag i wniosków usprawniających funkcjonowanie ośrodków adopcyjnych, jako kluczowego elementu systemu adopcyjnego w Polsce.

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Pierwsza adopcja dziecka przez parę gejów w Niemczech

Pierwsza adopcja przez parę gejów w Niemczech
Od 1 października 2017 r. homoseksualne pary w Niemczech mogą wstępować w związki małżeńskie / fot. Pixabay

Michael i Kai Korok adoptowali dziecko. Jest to pierwszy taki przypadek w Niemczech, ponieważ bohaterowie tej opowieści są gejami. Od tygodnia są też małżeństwem.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Panowie wcześniej żyli w związku partnerskim. Teraz są rodzicami Maximiliana. Chłopiec żyje z mężczyznami od urodzenia , małżeństwo opiekuje się również 9-letnią Janą i 6-letnim Jérome. Rodzina mieszka na przedmieściach Berlina. Kai pracuje jako lekarz rodzinny, Michael jest natomiast na urlopie rodzicielskim i zajmuje się dziećmi. Jak ujawnia Michael Korok, „żyją bardzo klasycznie”.

 Jestem tatą, mój mąż jest tatą – dodaje.

Michael i Kai Korok wraz z synem Maximilianem / fot. Twitter - @ thelocalgermany

Michael i Kai Korok / fot. Twitter – @thelocalgermany

W lato kanclerz Niemiec Angela Merkel zmieniła stanowisko w sprawie adopcji dzieci przez homoseksualistów i pozwoliła swoim posłom na głosowanie w tej sprawie zgodnie z sumieniem, bez dyscypliny partyjnej.

Pierwsza adopcja przez parę gejów w Niemczech – nowe prawo

30 czerwca tego roku Bundestag przyznał gejom i lesbijkom prawo do zawierania małżeństw, a już od 1 października 2017 roku w Niemczech weszły w życie przepisy zrównujące prawa par homoseksualnych i małżeństw heteroseksualnych. „Małżeństwo zawierają dożywotnio dwie osoby różnej lub tej samej płci” – brzmi po zmianie paragraf 1353.

Za zmianami opowiedziało się wówczas 393 posłów z partii SPD, Lewicy Zielonych i część deputowanych CDU/CSU. Przeciwnych było 226 posłów z CDU/CSU.

Zobacz także:

Michał Piróg o adopcji dziecka: fajnie jest mieć rodzinę

Adopcja w 7 krokach. Jesteś zdecydowany? Poznaj szczegóły

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: TVN24, Tysol, Viva!

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.