Przejdź do treści

Adopcja: „boli świadomość odtrącenia”

adopcja

Pierwsza próba powołania na świat potomka skończyła się ciążą pozamaciczną. Marianna została pozbawiona jajowodów. Nie było szansy na ponowne zajście w ciążę.  Zaczęli coraz odważniej myśleć o adopcji.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Adopcja – zanim się zaczęła

Była śliczną dziewczyną z podradomskiej wioski. Miała 18 lat kiedy Stanisław poprosił rodziców o jej rękę. Chociaż w połowie lat 50. XX wieku nie było łatwo żyć w przaśnej peerelowskiej rzeczywistości, radzili sobie nieźle. Stanisław był zaradnym mężczyzną. Pracował w Przedsiębiorstwie Dróg Regionalnych. Wziął kredyt – wybudował jak na tamte czasy komfortowy dom z bieżącą wodą i centralnym ogrzewaniem, założył plantację tytoniu, grał na skrzypcach, harmonii i perkusji, dorabiał parając się szewstwem hobbystycznie. Do szczęścia brakowało im tylko potomka.

Najstarszy brat Marianny miał dorosłego już syna – Romka. Mieszkał w Radomiu i oględnie mówiąc – korzystał z uroków życia miejskiego, na ile pieniędzy starczało. Była połowa lat 60. Jedna z jego biesiadnych znajomych  zaszła w ciążę. Nie miała pojęcia, co to ciąża,  macierzyństwo – była siedemnastoletnią dziewczyną, której wydawało się, że „można to przechodzić” jak niegroźne przeziębienie. Nadal korzystała zatem z uroków życia pojąc siebie i rozwijający się płód winem przy każdej okazji. Kiedy na świat wydała chłopca, nie zmieniła nawyków. Bardziej odpowiedzialna okazała się jej dwunastoletnia siostra, Jolka, która, na ile potrafiła, zajęła się niemowlakiem. Mieszkały we dwie. Rodzice wcześnie zmarli.

Dziecko

Dziecko było słabe, potrzebowało opieki. Nieletnia ciotka poprosiła o pomoc Romka. Przyjechał na wieś: „Słuchaj no, Stachu, taka jedna urodziła. Nie chce wychowywać. Chciałeś syna – jest chłopak…”

Nazajutrz z samego rana Stanisław był już w Radomiu. Wieczorem przywiózł Mariannie trzymiesięcznego niebieskookiego chłopca.  Malec był zaniedbany. Miał wzdęty brzuszek, lekko przechyloną główkę na skutek braku zmiany pozycji w łóżeczku, splatane włoski, ale – wyciągał rączki do Marianny uśmiechając się, jakby od dawna czekał na to spotkanie.

To byłem ja. I właśnie zaczynałem życie, którego mogłem przecież nie mieć.

Ja

Procedury nie trwały długo. Zaświadczenie z miejscowego Urzędu Gminy – Urząd Stanu Cywilnego w Radomiu – Sąd. Jedna rozprawa i oficjalnie miałem nowy dom, nowe nazwisko. Miałem rodziców. Szaleli z radości. Sprowadzili znajomego lekarza, żeby doradził, co należy robić, żebym szybko nabrał sił. Podkładali mi pod główkę wałki z ligniny, żeby się naprostowała, rozmawiali ze mną, a ja gaworzyłem, jak tylko umiałem. Schodzili się sąsiedzi, znajomi, rodzina i wszyscy się zachwycali. Szczerze, czy nie – nie miało to dla rodziców znaczenia. Wówczas kompletnie ich to nie interesowało. Ale zaczęło do nich docierać, że problem może pojawić się później, kiedy już będę więcej rozumieć. Wiedzieli, że ludzkie języki są nieposkromione, a słowa mogą ranić. Postanowili powiedzieć mi prawdę zanim pójdę do szkoły.

Rozwijałem się jak na chłopca nadspodziewanie szybko. Zacząłem chodzić i mówić zanim skończyłem dwa latka. Wkrótce okazało się też, że mam zdolność błyskawicznego zapamiętywania. Lubiłem, kiedy rodzice czytali mi książki i złościłem się, kiedy coś w nich przekręcali. A robili to czasem celowo, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że istotnie mam ponadprzeciętną percepcję.

Tata

Żyjąc tak od zachwytu do zachwytu nad moim rozwojem, rodzice nieco uśmierzyli swoją czujność na głosy otoczenia. Nawet, kiedy ze strony rodziny padały głosy w stylu: „Zobaczysz – dorośnie i pójdzie w świat, i zostaniecie sami, bo nie wiadomo przecież po kim To jest”, tata obracał je w żart i śmiał się z mamy, która tego typu przytyki mocno przeżywała. Był to czas, kiedy nie okazywano dzieciom na wsi uczuć w nadmiarze, a rodzice, na ile potrafili (bo przecież nie wynieśli tych wzorców z własnych domów), chcieli tworzyć inny  – cieplejszy rodzaj relacji rodzinnych. Inni – spoza rodziny może by nawet coś od czasu do czasu kąśliwie szepnęli, ale tata był osobą bardzo lubianą, a ja byłem miłym i grzecznym chłopczykiem, więc nie wypadało się czepiać. Poza tym wszyscy przecież widzieli, że razem z psem „Kajtkiem” towarzyszyłem tacie przy wszystkich pracach, a mama dbała, żebym był zawsze czyściutki i ładnie ubrany. Tym bardziej było ludziom  niezręcznie dzielić się w obecności rodziców „wiejskimi mądrościami” na temat adopcji. Sympatia do taty brała się również stąd, że obok zaradności i poczucia humoru, zawsze był bardzo uczynny i nikomu nie odmawiał pomocy.

Miałem prawie cztery latka, kiedy tatę, który pomagał sąsiadowi rżnąć drewno na mechanicznej pile,  uderzył w głowę kawał belki. Zrobił się krwiak, potem guzek. Ktoś „mądry” z rodziny postanowił domowym sposobem „zoperować” narośl… Rak opanował płuca. Wszystko trwało może cztery miesiące. Tata bardzo schudł. Pamiętam, jak wsparty na mamie wychodził do przydomowego ogródka i siedząc na wiosennym słońcu patrzał na przechodzących sąsiadów:

– Jak tam, Stachu? Lepiej ciut?

– Ano, jeszcze dycham, sąsiadko…

Wszyscy wiedzieli, że „lepiej ciut” już nie będzie. Ja nie. Dlatego, jeśli tylko mogłem „strzelić focha” – robiłem to, kompletnie nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.

Bez całusa na dobranoc

Tamtego wieczora nie uściskałem taty i nie dałem mu buzi. Strasznie mnie wkurzył, bo nie chciał mi nic przeczytać i tylko mówił, żebym był dla mamy dobry. A przecież byłem dobry! – Zostawiłem go w pokoju i wskoczyłem z książką do łóżka mamy. Tym razem nie przekręcała zdań z książki, więc szybko zasnąłem.

Obudziłem się tuż po północy i poprosiłem, żebyśmy poszli do taty, bo się nie pożegnałem…

– Stasiu, przyszliśmy się pożegnać… – Mama została na progu, a ja zrobiłem dwa kroki w kierunku taty. Spod powieki spływała mu po policzku łza – pamiętam to, choć miałem tylko cztery latka…

– Mamusiu, tatuś śpi?

– Tak. Chodźmy też spać. Jutro się pożegnasz…

Na pogrzebie było mnóstwo ludzi. Nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, co się stało, dlaczego mama jest taka cała „na czarno”?. I dlaczego wszyscy na mnie patrzą i płaczą?

Choroba

Zostaliśmy sami. Ja z mamą, a mama ze mną i niespłaconym kredytem na dom. Ludzie byli nadal raczej życzliwi, ale część rodziny się od nas na parę lat odsunęła, jakby to była mamy wina, że taty już nie ma.

Zbliżał się czas pójścia do szkoły. Dzieci bywają okrutne. Mama wiedziała, że powinna uprzedzić potencjalne przytyki rówieśników pod moim adresem, ale nie miała w sobie tyle siły, żeby mi wyjawić prawdę o moim pochodzeniu. Nie miała jej tym bardziej, że zacząłem podupadać na zdrowiu. Z trudem łapałem powietrze, miałem krwotoki z nosa… Wiejski lekarz nie potrafił sobie z tym poradzić, a może bał się postawić jednoznaczna diagnozę? Dostaliśmy skierowanie do pediatry w Starachowicach. Astma oskrzelowa. – Miałem wrażenie, jakby mamy jeszcze bardziej ubyło. Posiwiała, a przecież miała zaledwie trzydzieści kilka lat!

Dzisiaj ze wzruszeniem opowiada mi jak,  jako pięcioletni szkrab karnie budziłem się o czwartej rano, żeby pojechać do specjalisty do Kielc. Zaczęła się walka o inhalator, o tran, o skierowanie do sanatorium. Był początek lat 70. i wszystko to było niemal nieosiągalne dla zwykłego zjadacza chleba. Mama uruchamiała znajomych i znajomych tych znajomych rozsianych po większych miastach, żeby sprostać potrzebom.

To było nasze pierwsze rozstanie. Dwa miesiące w sanatorium „Słoneczko” w Kołobrzegu. Kiedy przyjechała w odwiedziny, po raz pierwszy w życiu doznałem uczucia „ściśniętego gardła”. Nie mogłem nic powiedzieć – wtulałem się w nią, jakbym chciał wrosnąć w jej sukienkę.

Mama

Moja choroba – te wszystkie nieprzespane noce, ataki duszności, ranne wstawanie, czekanie w chłodzie poranków na autobusy, rozłąka – zbliżyły nas jeszcze bardziej. Mama postanowiła mi powiedzieć prawdę. To było przed zaśnięciem. Miałem niespełna sześć lat.

– Jesteś! – wychlipałem, kiedy powiedziała, że tak naprawdę, to nie jest moją mamą..

– To znaczy jestem – sprostowała – ale to nie ja ciebie urodziłam…

– Jesteś moja mamą. – Wtuliłem się w nią. Płakałem i tak zasnąłem.

Nazajutrz mama wyjaśniła mi wszystko dokładniej. Po raz pierwszy usłyszałem słowo „adopcja” i natychmiast je zapamiętałem, jakbym gdzieś intuicyjnie przeczuwał, że to słowo stanie się wkrótce moją tarczą obronną wobec bezmyślności i braku delikatności ze strony rówieśników. I nie tylko rówieśników… Teraz dopiero zacząłem rozumieć wizytę starszej pani sprzed roku, która w rozmowie z mamą zapytała:

– A może by go pani oddała?

– No, co pani mówi? – Obruszyła się wtedy mama i zmieniła temat rozmowy.  A jednak czułem, że mnie ona wtedy dotyczyła.

Tą starszą kobietą  była matka mojego fizycznego ojca. Raz tylko przyjechała do nas. Nigdy więcej jej nie widziałem. Ale podobno – póki żyła – dowiadywała się o mnie, pytając Romka, przy którego udziale doszło do adopcji. Wiem to od mamy.

Nie od razu zżyłem się z moją klasą, tym bardziej, że od razu na początku nauki musiałem po raz drugi pojechać do sanatorium, tym razem w góry – do Rabki. Wróciłem wczesną wiosną, a kilka tygodni później dowiedziałem się od koleżanki, że mnie „matka w kapuście znalazła, bo Cyganka podrzuciła”… Jakiż ja byłem dumny, że mogłem odpowiedzieć: „ – Nieprawda, bo rodzice mnie adoptowali”. Dziewczyna zgłupiała zupełnie, bo nigdy dotąd nie słyszała takiego słowa! Ta sytuacja zupełnie mnie nie dotknęła. Znacznie gorzej przeżywałem przytyki ze strony dorosłych, kiedy byłem już nieco starszy – w III, IV klasie.

Pewnie Cię odda

– A ta twoja matka nie przyjeżdża tutaj? Nie chcesz wracać do miasta? – Zagadnęła mnie kiedyś kucharka ze szkolnej stołówki. Innym razem, kiedy poszedłem na pocztę, żeby coś przekazać w imieniu mamy, usłyszałem:

– A to przecież nie jest twoja mama, tylko cię na wychowanie wzięła, a jak skończysz szkołę, to cię odda…

Przeżywałem to w samotności. Dopiero po trzech, może czterech latach opowiedziałem o tym mamie. Ale wtedy byłem już utwierdzony w przekonaniu, że nic złego mi nie grozi i nikt nie będzie mnie „oddawał”. Nikomu. W wiejskiej społeczności spotkałem też prostych ludzi, którzy w dobrej wierze mówili: „Dobrą masz mamę, a pamiętaj – nie ta matka, co urodzi, tylko ta jest prawdziwa, co wychowa”. Zapamiętałem to.

Stosunkowo szybko „odciąłem pępowinę” od kwestii adopcji. Z upływem czasu ludzie też coraz mniej wracali do tematu.

Kiedy kończyłem „podstawówkę” i wybierałem się do liceum, do Warszawy, mama powiedziała, że jakbym kiedyś miał potrzebę, może mi podać adres mojej fizycznej matki. Nie miałem takiej potrzeby. Nigdy mi to nawet nie przemknęło przez myśl. Czułem się szczęśliwy. Mama bardzo się starała, żebym nie odczuwał braku ojca, ale nie wyszła ponownie za mąż. Nie chciała, żeby ktoś traktował mnie, jak „podwójnie obcego”. Nie znaczy, że nie było chętnych – nadal była atrakcyjną, lubianą kobietą, więc na brak adoratorów nie mogła narzekać. Trzymała ich jednak na bezpieczny dystans i nie pozwoliła bym kiedykolwiek czuł się nieswojo. Kiedy byłem już w miarę samodzielny, podjęła pracę, spłaciła kredyt – dzielnie wiązała przysłowiowy koniec z końcem.

Kryzys

Krótkotrwały kryzys pojawił się, kiedy miałem 15-16 lat. Nie chodziło o to, że zostałem adoptowany. Ten temat dawno już oswoiłem i przestał dla mnie stanowić jakikolwiek problem. Zaczęła mi jednak doskwierać świadomość, że ktoś kiedyś mnie nie chciał, że ktoś mnie odtrącił, komuś moje życie nie było potrzebne. To zabolało. Uczyłem się wtedy bardzo dobrze, wygrywałem konkursy i olimpiady na szczeblu ogólnopolskim – powoli poznawałem swoją wartość – pogłębiając jednocześnie dysonans poznawczy. Wraz z nim umacniało się moje postanowienie, że nigdy, przenigdy nie spotkam się z moją fizyczną matką. Teraz nie byłoby to dla mnie problem, ale wówczas chciałem co najwyżej, żeby dowiedziała się, jak świetnie sobie radzę i – żeby odczuła piekący żal. Mama nigdy nie poznała tych moich młodzieńczych przemyśleń. Nie chciałem jej sprawiać przykrości.

O tym, jak – mimo wszystko – łagodnie obeszło się ze mną życie, przekonałem się w liceum. W mojej klasie była Marta. Została adoptowana, kiedy była już kilkuletnią dziewczynką. Buntowała się. Podobnie, jak ja, była wychowywana tylko przez mamę. Nie mogły się ze sobą porozumieć. Marta traktowała ją jak zło konieczne. Myślałem, że z wiekiem to minie, ale konflikt się pogłębiał i – kiedy po latach nawiązałem z nią kontakt na „Naszej klasie” –  pisała o swojej adopcyjnej matce już tylko „ta kobieta”. Nie wiem, czego nie mogła jej wybaczyć, nie wiem czy utrzymują ze sobą kontakt – może uda mi się jeszcze kiedyś z nią o tym porozmawiać?

Spotkanie

Kiedyś wracając do rodzinnego domu ze szkoły w Warszawie, odwiedziłem w Radomiu Romana. Tego samego, który przyczynił się do mojej adopcji. Był zniszczony alkoholem, wychudzony i miał do mnie pretensje, że nie uczę się na złotnika, jak mi doradzał. Zabrał mnie do swojej znajomej.

Mieszkanie było niewielkie, skromne, ale schludne. Romek postawił, kupione pewnie za ostatnie pieniądze, wino. Nie piłem, więc kobieta uraczyła mnie kawą. Rozmawiali o wszystkim i o niczym – miałem wrażenie, że rozmowa się nie klei. Kiedy wychodziliśmy, Romek zapytał:

– Wiesz, kto to jest?

– No, wiem… – Odpowiedziała jego znajoma i zaczęła ścierką omiatać nieistniejące okruchy z kuchennego blatu.

Nie od razu skojarzyłem, że właśnie doszło do spotkania z siostrą mojej fizycznej matki. To była Jolka! Zrozumiałem to dopiero w drodze z Radomia do domu na wsi. Najdziwniejsze było to, że spotkanie nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Może jedynie to, że jeszcze bardziej doceniłem ciepło domu na wsi, kolorowy ogródek, zapach i smak domowego rosołu, który mama zawsze gotowała na niedzielę.

Mama ma teraz 85 lat. Przeszła szereg rozmaitych operacji i rehabilitacji: osteoporoza, oczy, staw biodrowy, łękotka, kamienie nerkowe…Wydaje się jednak, że ma się lepiej niż 30 lat temu. Zawsze wigilię spędzaliśmy w domu na wsi, ale od kilku lat mama przyjeżdża do Warszawy. Codziennie rozmawiamy przez telefon. Przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia zaniemogła. Prosiłem, żeby nazajutrz poszła do lekarza…

– Pójdę, synu, pójdę… Jeszcze chcę trochę pożyć – Odpowiedziała, a mi zrobiło się cieplej na sercu, bo zrozumiałem, że chce byśmy siebie mieli jak najdłużej.

 

 

Artur Pastuszko

Aktor, Dyrektor Generalny i Artystyczny at Open Europe Art. Artur Pastuszko - Platforma Artystyczna. Student 5 roku dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS

Po pierwsze: pełna rodzina. Ministerstwo stanie po stronie rodziców stosujących przemoc

Mała dziewczynka o smutnych oczach /Ilustracja do tekstu: Nowelizacja ustawy o wspieraniu rodziny wesprze rodziców stosujących przemoc?
Fot.: Qadim Sadiq /Unsplash.com

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pracuje nad kontrowersyjnymi zmianami w ustawie o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. Planowana nowelizacja, wbrew apelom Rzecznika Praw Dziecka i Rzecznika Praw Obywatelskich, zamiast wspierać najmłodsze ofiary przemocy rodzinnej, skupi się na pomocy zaniedbującym je rodzicom. I to bez względu na to, czy doświadczają oni przejściowego kryzysu, czy od lat tkwią w pogłębiającej się patologii, nie rokując nadziei na zmianę donosi oko.press.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Zgodnie ze zmianami, które przygotowało MRPiPS, z ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej zniknie ustęp 12 art. 15, który daje asystentom rodziny prawo interwencji i podjęcia decyzji o natychmiastowym zabraniu dziecka z domu rodzinnego. Zamiast tego biologiczni rodzice mają otrzymać pomoc, dzięki której dzieci będą mogły trafić do nich z powrotem. To jednak nie koniec zmian. Poprawka wniesiona przed Instytut Kultury Prawnej Ordo Iuris zakłada, że rodzice, którym odebrano dzieci, uzyskają też pełnomocnika procesowego – z urzędu.

Kiedy szanse się nie kończą

„Państwo chce sprzyjać w ten sposób sprawcom przemocy, nie ofiarom. Interesu dzieci nie reprezentuje nikt, a one same nie mają głosu” – pisze dla OKO.press Anna Krawczak. I przedstawia wstrząsające historie dzieci, które były ofiarami ciężkich zaniedbań ze strony rodziców.

Jednym z takich dzieci jest Julia.

„Kiedy miała trzy lata, zabrano ją z domu pierwszy raz i umieszczono w domu dziecka. Powody: alkoholizm rodziców, przemoc, głodzenie, zmuszanie Julii do oglądania seksu zbiorowego w jednopokojowym mieszkaniu. (…) W domu dziecka przez chwilę był spokój, ale sąd rodzinny zawsze dawał rodzicom kolejną szansę. Tych szans dostali cztery. I cztery razy Julia musiała znów spakować dobytek i wrócić z domu dziecka do jednopokojowego mieszkania. Najdłuższa próba trwała pół roku. Piątego razu już nie będzie. Julia ma 11 lat i ma dość”.

Historia Mai jest inna, choć w swym dramacie podobna. Policja odebrała ją mamie, gdy dziewczynka miała 9 lat. Nim jednak się to stało, musiało niemal dojść do tragedii. 15-letnia siostra Mai, chora na cukrzycę, zapadła w śpiączkę cukrzycową po tym, gdy wraz z matką wpadła w ciąg narkotykowy. Maja razem z młodszym rodzeństwem trafiła wówczas na jakiś do rodziny zastępczej, a siostra po wyjściu ze szpitala – do młodzieżowego ośrodka wychowawczego. Mama poszła na odwyk – kolejny. Gdy go zakończyła, dzieci wraz z nią wróciły do rodzinnej kawalerki, w której czekały na nie te same patologie i nowi koledzy mamy  – od kieliszka.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Szkoda im na vitro, ale mają pieniądze na króliki. Czyli jak Ministerstwo Zdrowia dba o dzietność

Pokrewieństwo bez zdrowej więzi

Gdy asystentka rodziny zobaczyła po raz pierwszy Tymka w łóżeczku, była przekonana, że to zmarłe niemowlę.

 „Tymek nie był martwy i nie był też taki mały – miał prawie dwa lata. Był tak skrajnie wygłodzony, że wyglądał na niemowlaka. Wydęty brzuch, wielka głowa, przezroczysta skóra. Zanik funkcji przełykania. Lekarze określili jego stan jako agonalny” – opisuje Anna Krawczak.

Chłopczyka zdołano uratować i trafił do rodziny zastępczej, w której zyskał szansę na normalne, bezpieczne życie. Jego ojciec przestał się nim interesować, gdy tylko oddaliło się ryzyko, że trafi przed sąd za spowodowanie zagrożenia życia małego synka. Gdyby jednak ta historia miała miejsce kilka lat później, już po wprowadzeniu opisywanej nowelizacji ustawy o wspieraniu rodziny, asystentka nie mogłaby pozwolić, by ojciec tak łatwo zniknął z życia Tymka. Nowe rozwiązania prawne wymagałyby od niej nawiązania współpracy z tatą, by dziecko mogło wrócić na łono „rodziny”.

Bierni uczestnicy spraw o własną przyszłość

Tymczasem przed dwoma laty Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak i Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, mając na uwadze dobro dzieci, wspólnie skierowali pismo do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Apelowali w nim, by w polskich przepisach prawnych uwzględnić rozwiązania, które w sprawach o pozbawienie, ograniczenie lub zawieszenie władzy rodzicielskiej pozwoliłyby skuteczniej dbać o żywotne interesy dziecka. Rzecznicy zwrócili uwagę, że biologiczni rodzice mogą liczyć na darmową pomoc prawną, adwokata z urzędu i asystenta rodziny. Dziecko, którego przyszłość rozpatrywana jest na sali sądowej, jest jedynie niemym uczestnikiem sporu o własną przyszłość.

„W sprawach sądowych, w których rozstrzyga się o najbardziej żywotnych interesach dziecka, nie istnieje żaden mechanizm reprezentacji jego interesów” – pisali.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Prof. Sąsiadek: Ograniczanie dostępu do badań prenatalnych oraz in vitro to systemowa przemoc

Rodzina święta, bo biologiczna

Tę sytuację mogłoby zmienić stworzenie nowej funkcji – pełnomocnika dziecka. Postulat ten, przedstawiony przez rzeczników, zyskał poparcie organizacji pozarządowych – m.in. Koalicji na rzecz Rodzinnej Pieczy Zastępczej oraz Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej ma jednak inne rozwiązanie – woli powołać kolejną instytucję wspierającą rodziców.

Za tym pomysłem stoją prawnicy stowarzyszenia Ordo Iuris, które od dawna opowiada się za zwiększeniem praw rodziców w opiece nad dziećmi.

– Występujemy jako rzecznicy afirmowanej w krajowym porządku konstytucyjnym oraz aktach prawa międzynarodowego prawdy o rodzinie, jako o naturalnym środowisku rozwoju i dobra wszystkich jej członków, a w szczególności dzieci, źródle różnorodności wolnego społeczeństwa. Podkreślamy, że najpełniejszą gwarancją dobra dzieci jest wychowanie przez biologicznych rodziców pozostających w związku małżeńskim. Do pełnego rozkwitu tego naturalnego środowiska rozwoju konieczne jest dobre prawo(…), które uznaje prymat rodziców nad państwem w sprawach wychowania dzieci zgodnie ze swoim sumieniem i przekonaniami. Dlatego badamy instrumenty polityki rodzinnej i występujemy aktywnie w obronie rodziny, macierzyństwa i rodzicielstwa tam, gdzie są one zagrożone dyskryminacyjnymi praktykami ustawodawcy” – czytamy na stronie Ordo Iuris.

I choć te pobudki mogą wydawać się szlachetne, warto mieć świadomość, że najczęściej występujące problemy i czynniki skutkujące ingerencją sądu w życie rodziny to nie bieda, ale: choroba alkoholowa rodziców (52%), zaniedbania opiekuńczo-wychowawcze, w tym zdrowotne i higieniczne (39%), a także przemoc: fizyczna, psychiczna i seksualna (36%)*.

*Dane pochodzą z raportu Rzecznika Praw Dziecka, który w 2015 r. przekazano Ministrowi Sprawiedliwości.

Źródło: oko.press

POLECAMY RÓWNIEŻ: Rozwiązanie stosunku adopcji może naruszać dobro dziecka. Rzecznik Praw Dziecka wytyka sądom błędy

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

„Ten dziwak nigdy nie zostanie adoptowany”. Kobieta opowiada o hejcie na jej chorego syna

Adoptowała chore dziecko, spotkał ją hejt
fot. Instagram @ nika_evil_

Rustam to niezwykle radosne dziecko. Jego adopcyjna mama walczy ze stereotypami i negatywnymi komentarzami, z którymi spotkała się po przysposobieniu syna.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nikę Zlobinę na Instagramie śledzi niemal 85 tys. obserwatorów. Jednak jak mówi, ta liczba nie robi na niej wrażenia, a portal znalazła w sieci przez przypadek. Za jego pośrednictwem informuje teraz ludzi, z czym wiąże się adopcja chorego dziecka.

– Przygotowywałam papiery adopcyjne. Zobaczyłam bazę danych ze zdjęciami dzieci i nagle natknęłam się na zdjęcie Rustama – wspomina Nika w rozmowie z „Russia Beyond”. Dziecko nie miało nogi, a jego twarz była zdeformowana.

Aby zachęcić ludzi do adopcji, wolontariusze ośrodka adopcyjnego umieścili na stronie internetowej nagranie tańczącego chłopczyka. Wideo obiegło kraj i zobaczyła je również Nika. Komentarze, które przeczytała pod nagraniem, wywołały w niej smutek i złość.

Zobacz także: Adoptowali dziewczynkę z Ugandy. Kiedy poznali jej historię, odesłali dziecko

„Jeżeli nie ja, to kto?”

– Niektórzy pisali, że „ten dziwak nigdy nie zostanie adoptowany”. Byłam przerażona widząc multum negatywnych komentarzy. Wśród tych ludzi były młode matki z dziećmi – wspomina Nika. To ostatecznie zaważyło na decyzji o adopcji Rustama. – Jeżeli nie ja, to kto? – pomyślała. Tak też zrobiła.

Po pewnym czasie Nika zdecydowała się założyć konto na Intagramie, gdzie opisuje swoje życie z Rustamem. Jej profil to rodzaj pamiętnika, w którym dzieli się przemyśleniami oraz codziennymi troskami i radościami. Chce przede wszystkim pokazać światu, że Rustam, tak jak każde inne dziecko, rozwija się, robi postępy i nie jest dziwakiem.

Nika stara się dotrzeć przede wszystkim do osób zainteresowanych adopcją. Kobieta chce udowodnić, że przysposobienie niepełnosprawnego dziecka może być źródłem radości.

– Wszyscy pragną adoptować przede wszystkim piękne dzieci o blond włoskach, ale kolejka do takich dzieci jest długa. Tymczasem inne maluchy cierpią bez rodziców – podkreśla Nika.

Zobacz także: Aby adoptować Wiktora przejechali ponad 10 tys. km

Adoptowała chore dziecko, spotkał ją hejt

Pomimo prób uświadamiania społeczeństwa, kobieta wciąż spotyka się z falą hejtu w internecie.
– Gdyby nagle zablokowano moje konto, prawdopodobnie odetchnęłabym z ulgą, ponieważ nie musiałabym czytać masy nienawistnych komentarzy na temat mojego syna – mówi szczerze.

Siłę dają jej jednak pokrzepiające wiadomości od rodziców opiekujących się chorymi dziećmi.  – Jedna kobieta opowiedziała mi, że nie miała odwagi wyjść na zewnątrz z córką chorą na zespół Downa. Przyznała jednak, że moje wpisy dodają jej siły i teraz nie boi się wyjść z dzieckiem na spacer – opowiada Nika.

Kobieta przyznaje, że nie reaguje na natarczywe spojrzenia przechodniów. Do akcji wkracza dopiero, kiedy ktoś obraża jej syna. Pewnego dnia Nika spacerowała z Rustamem w pobliżu przedszkola.
– Zaczęli krzyczeć do niego „ty kaleko!”. Tego nie zamierzałam tolerować. Byłam w szoku – wspomina.

Rustam ma teraz pięć lat, intelektualnie rozwija się prawidłowo, aczkolwiek ma pewne problemy z mową. Czasami dzieci pytają Rustama, co się stało z jego twarzą i nogą, jednak na razie nie potrafi im tego wytłumaczyć. Kiedy chłopiec podrośnie, Nika planuje korzystać z usług psychologa, który pomoże dziecku nauczyć się radzić sobie z negatywnymi reakcjami.

fot. Instagram @nika_evil_

fot. Instagram @nika_evil_

fot. Instagram @nika_evil_

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: www.rbth.com

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Caitlyn Jenner adoptuje dziecko? Partnerka daje jej „delikatne sygnały”

fot. Instagram @hutchins_sophia

Jak donoszą plotkarskie serwisy, 68-letnia Caitlyn Jenner oraz jej młodsza o niemal 50 lat partnerka poważnie myślą o adopcji. Jeżeli to prawda, byłaby to już siódma pociecha gwiazdy programu „Z kamerą u Kardashianów”.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W ciągu ostatnich lat świat miał okazję obserwować przemianę amerykańskiego sportowca Bruce Jennera w kobietę.

W wieku 64 lat Bruce zmienił płeć, przybrał imię Caitlyn i rozstał się z ówczesną żoną Kris.

Zobacz także: Khloe Kardashian o ciążowych zachciankach

Ciekawa historia ciekawego człowieka

Bruce był znanym lekkoatletą i mistrzem olimpijskim. Podczas igrzysk w Montrealu w 1976 roku zdobył złoty medal i ustanowił nowy rekord świata w dziesięcioboju.

Na swoim koncie ma również rolę w filmie muzycznym „Can’t Stop the Music”, za którą otrzymał nominację do Złotej Maliny dla najgorszego aktora.

Największą popularność zdobył jednak w reality show „Z kamerą u Kardashianów”. Głównym wątkiem 10. sezonu programu była przemiana Bruce w Caitlyn.

W lipcu 2015 roku powstał reality show „I Am Cait”, który został całkowicie poświęcony Jenner. Widzowie mogli w nim śledzić życie codzienne gwiazdy.

Bruce był trzykrotnie żonaty, z tych związków ma sześcioro dzieci. Obecnie 68-letnia Caitlyn spotyka się z 21-letnią Sophią Hutchins. Kobieta równie ma za sobą operację zmiany płci.

Zobacz także: Kim Kardashian pierwszy raz opowiedziała o poronieniu

Caitlyn Jenner adoptuje dziecko?

Jak podaje anglojęzyczny portal „Your Tango”, para poważnie myśli o adopcji.

Jenner zawsze chciała być matką i teraz ma taką możliwość. Sophia kocha dzieci i daje Cait delikatne sygnały, że chciałaby mieć dziecko. Cait rozważa to – twierdzi anonimowe źródło.

Jeśli para zdecyduje się na dziecko,  nie będzie ono żyło w blasku fleszy, jak ich matki.

„Cait postawiła sprawę jasno. Nie chce, aby dziecko miało do czynienia z telewizją i reality show. Sława zniszczyła jej relacje z dorosłymi już dziećmi i nie pozwoli, aby ta sytuacja się powtórzyła – dodaje źródło.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Your Tango

Weronika Tylicka

dziennikarka, związana od początku z magazynem Chcemy Być Rodzicami