Przejdź do treści

Adopcja: „boli świadomość odtrącenia”

adopcja

Pierwsza próba powołania na świat potomka skończyła się ciążą pozamaciczną. Marianna została pozbawiona jajowodów. Nie było szansy na ponowne zajście w ciążę.  Zaczęli coraz odważniej myśleć o adopcji.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Adopcja – zanim się zaczęła

Była śliczną dziewczyną z podradomskiej wioski. Miała 18 lat kiedy Stanisław poprosił rodziców o jej rękę. Chociaż w połowie lat 50. XX wieku nie było łatwo żyć w przaśnej peerelowskiej rzeczywistości, radzili sobie nieźle. Stanisław był zaradnym mężczyzną. Pracował w Przedsiębiorstwie Dróg Regionalnych. Wziął kredyt – wybudował jak na tamte czasy komfortowy dom z bieżącą wodą i centralnym ogrzewaniem, założył plantację tytoniu, grał na skrzypcach, harmonii i perkusji, dorabiał parając się szewstwem hobbystycznie. Do szczęścia brakowało im tylko potomka.

Najstarszy brat Marianny miał dorosłego już syna – Romka. Mieszkał w Radomiu i oględnie mówiąc – korzystał z uroków życia miejskiego, na ile pieniędzy starczało. Była połowa lat 60. Jedna z jego biesiadnych znajomych  zaszła w ciążę. Nie miała pojęcia, co to ciąża,  macierzyństwo – była siedemnastoletnią dziewczyną, której wydawało się, że „można to przechodzić” jak niegroźne przeziębienie. Nadal korzystała zatem z uroków życia pojąc siebie i rozwijający się płód winem przy każdej okazji. Kiedy na świat wydała chłopca, nie zmieniła nawyków. Bardziej odpowiedzialna okazała się jej dwunastoletnia siostra, Jolka, która, na ile potrafiła, zajęła się niemowlakiem. Mieszkały we dwie. Rodzice wcześnie zmarli.

Dziecko

Dziecko było słabe, potrzebowało opieki. Nieletnia ciotka poprosiła o pomoc Romka. Przyjechał na wieś: „Słuchaj no, Stachu, taka jedna urodziła. Nie chce wychowywać. Chciałeś syna – jest chłopak…”

Nazajutrz z samego rana Stanisław był już w Radomiu. Wieczorem przywiózł Mariannie trzymiesięcznego niebieskookiego chłopca.  Malec był zaniedbany. Miał wzdęty brzuszek, lekko przechyloną główkę na skutek braku zmiany pozycji w łóżeczku, splatane włoski, ale – wyciągał rączki do Marianny uśmiechając się, jakby od dawna czekał na to spotkanie.

To byłem ja. I właśnie zaczynałem życie, którego mogłem przecież nie mieć.

Ja

Procedury nie trwały długo. Zaświadczenie z miejscowego Urzędu Gminy – Urząd Stanu Cywilnego w Radomiu – Sąd. Jedna rozprawa i oficjalnie miałem nowy dom, nowe nazwisko. Miałem rodziców. Szaleli z radości. Sprowadzili znajomego lekarza, żeby doradził, co należy robić, żebym szybko nabrał sił. Podkładali mi pod główkę wałki z ligniny, żeby się naprostowała, rozmawiali ze mną, a ja gaworzyłem, jak tylko umiałem. Schodzili się sąsiedzi, znajomi, rodzina i wszyscy się zachwycali. Szczerze, czy nie – nie miało to dla rodziców znaczenia. Wówczas kompletnie ich to nie interesowało. Ale zaczęło do nich docierać, że problem może pojawić się później, kiedy już będę więcej rozumieć. Wiedzieli, że ludzkie języki są nieposkromione, a słowa mogą ranić. Postanowili powiedzieć mi prawdę zanim pójdę do szkoły.

Rozwijałem się jak na chłopca nadspodziewanie szybko. Zacząłem chodzić i mówić zanim skończyłem dwa latka. Wkrótce okazało się też, że mam zdolność błyskawicznego zapamiętywania. Lubiłem, kiedy rodzice czytali mi książki i złościłem się, kiedy coś w nich przekręcali. A robili to czasem celowo, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że istotnie mam ponadprzeciętną percepcję.

Tata

Żyjąc tak od zachwytu do zachwytu nad moim rozwojem, rodzice nieco uśmierzyli swoją czujność na głosy otoczenia. Nawet, kiedy ze strony rodziny padały głosy w stylu: „Zobaczysz – dorośnie i pójdzie w świat, i zostaniecie sami, bo nie wiadomo przecież po kim To jest”, tata obracał je w żart i śmiał się z mamy, która tego typu przytyki mocno przeżywała. Był to czas, kiedy nie okazywano dzieciom na wsi uczuć w nadmiarze, a rodzice, na ile potrafili (bo przecież nie wynieśli tych wzorców z własnych domów), chcieli tworzyć inny  – cieplejszy rodzaj relacji rodzinnych. Inni – spoza rodziny może by nawet coś od czasu do czasu kąśliwie szepnęli, ale tata był osobą bardzo lubianą, a ja byłem miłym i grzecznym chłopczykiem, więc nie wypadało się czepiać. Poza tym wszyscy przecież widzieli, że razem z psem „Kajtkiem” towarzyszyłem tacie przy wszystkich pracach, a mama dbała, żebym był zawsze czyściutki i ładnie ubrany. Tym bardziej było ludziom  niezręcznie dzielić się w obecności rodziców „wiejskimi mądrościami” na temat adopcji. Sympatia do taty brała się również stąd, że obok zaradności i poczucia humoru, zawsze był bardzo uczynny i nikomu nie odmawiał pomocy.

Miałem prawie cztery latka, kiedy tatę, który pomagał sąsiadowi rżnąć drewno na mechanicznej pile,  uderzył w głowę kawał belki. Zrobił się krwiak, potem guzek. Ktoś „mądry” z rodziny postanowił domowym sposobem „zoperować” narośl… Rak opanował płuca. Wszystko trwało może cztery miesiące. Tata bardzo schudł. Pamiętam, jak wsparty na mamie wychodził do przydomowego ogródka i siedząc na wiosennym słońcu patrzał na przechodzących sąsiadów:

– Jak tam, Stachu? Lepiej ciut?

– Ano, jeszcze dycham, sąsiadko…

Wszyscy wiedzieli, że „lepiej ciut” już nie będzie. Ja nie. Dlatego, jeśli tylko mogłem „strzelić focha” – robiłem to, kompletnie nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.

Bez całusa na dobranoc

Tamtego wieczora nie uściskałem taty i nie dałem mu buzi. Strasznie mnie wkurzył, bo nie chciał mi nic przeczytać i tylko mówił, żebym był dla mamy dobry. A przecież byłem dobry! – Zostawiłem go w pokoju i wskoczyłem z książką do łóżka mamy. Tym razem nie przekręcała zdań z książki, więc szybko zasnąłem.

Obudziłem się tuż po północy i poprosiłem, żebyśmy poszli do taty, bo się nie pożegnałem…

– Stasiu, przyszliśmy się pożegnać… – Mama została na progu, a ja zrobiłem dwa kroki w kierunku taty. Spod powieki spływała mu po policzku łza – pamiętam to, choć miałem tylko cztery latka…

– Mamusiu, tatuś śpi?

– Tak. Chodźmy też spać. Jutro się pożegnasz…

Na pogrzebie było mnóstwo ludzi. Nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, co się stało, dlaczego mama jest taka cała „na czarno”?. I dlaczego wszyscy na mnie patrzą i płaczą?

Choroba

Zostaliśmy sami. Ja z mamą, a mama ze mną i niespłaconym kredytem na dom. Ludzie byli nadal raczej życzliwi, ale część rodziny się od nas na parę lat odsunęła, jakby to była mamy wina, że taty już nie ma.

Zbliżał się czas pójścia do szkoły. Dzieci bywają okrutne. Mama wiedziała, że powinna uprzedzić potencjalne przytyki rówieśników pod moim adresem, ale nie miała w sobie tyle siły, żeby mi wyjawić prawdę o moim pochodzeniu. Nie miała jej tym bardziej, że zacząłem podupadać na zdrowiu. Z trudem łapałem powietrze, miałem krwotoki z nosa… Wiejski lekarz nie potrafił sobie z tym poradzić, a może bał się postawić jednoznaczna diagnozę? Dostaliśmy skierowanie do pediatry w Starachowicach. Astma oskrzelowa. – Miałem wrażenie, jakby mamy jeszcze bardziej ubyło. Posiwiała, a przecież miała zaledwie trzydzieści kilka lat!

Dzisiaj ze wzruszeniem opowiada mi jak,  jako pięcioletni szkrab karnie budziłem się o czwartej rano, żeby pojechać do specjalisty do Kielc. Zaczęła się walka o inhalator, o tran, o skierowanie do sanatorium. Był początek lat 70. i wszystko to było niemal nieosiągalne dla zwykłego zjadacza chleba. Mama uruchamiała znajomych i znajomych tych znajomych rozsianych po większych miastach, żeby sprostać potrzebom.

To było nasze pierwsze rozstanie. Dwa miesiące w sanatorium „Słoneczko” w Kołobrzegu. Kiedy przyjechała w odwiedziny, po raz pierwszy w życiu doznałem uczucia „ściśniętego gardła”. Nie mogłem nic powiedzieć – wtulałem się w nią, jakbym chciał wrosnąć w jej sukienkę.

Mama

Moja choroba – te wszystkie nieprzespane noce, ataki duszności, ranne wstawanie, czekanie w chłodzie poranków na autobusy, rozłąka – zbliżyły nas jeszcze bardziej. Mama postanowiła mi powiedzieć prawdę. To było przed zaśnięciem. Miałem niespełna sześć lat.

– Jesteś! – wychlipałem, kiedy powiedziała, że tak naprawdę, to nie jest moją mamą..

– To znaczy jestem – sprostowała – ale to nie ja ciebie urodziłam…

– Jesteś moja mamą. – Wtuliłem się w nią. Płakałem i tak zasnąłem.

Nazajutrz mama wyjaśniła mi wszystko dokładniej. Po raz pierwszy usłyszałem słowo „adopcja” i natychmiast je zapamiętałem, jakbym gdzieś intuicyjnie przeczuwał, że to słowo stanie się wkrótce moją tarczą obronną wobec bezmyślności i braku delikatności ze strony rówieśników. I nie tylko rówieśników… Teraz dopiero zacząłem rozumieć wizytę starszej pani sprzed roku, która w rozmowie z mamą zapytała:

– A może by go pani oddała?

– No, co pani mówi? – Obruszyła się wtedy mama i zmieniła temat rozmowy.  A jednak czułem, że mnie ona wtedy dotyczyła.

Tą starszą kobietą  była matka mojego fizycznego ojca. Raz tylko przyjechała do nas. Nigdy więcej jej nie widziałem. Ale podobno – póki żyła – dowiadywała się o mnie, pytając Romka, przy którego udziale doszło do adopcji. Wiem to od mamy.

Nie od razu zżyłem się z moją klasą, tym bardziej, że od razu na początku nauki musiałem po raz drugi pojechać do sanatorium, tym razem w góry – do Rabki. Wróciłem wczesną wiosną, a kilka tygodni później dowiedziałem się od koleżanki, że mnie „matka w kapuście znalazła, bo Cyganka podrzuciła”… Jakiż ja byłem dumny, że mogłem odpowiedzieć: „ – Nieprawda, bo rodzice mnie adoptowali”. Dziewczyna zgłupiała zupełnie, bo nigdy dotąd nie słyszała takiego słowa! Ta sytuacja zupełnie mnie nie dotknęła. Znacznie gorzej przeżywałem przytyki ze strony dorosłych, kiedy byłem już nieco starszy – w III, IV klasie.

Pewnie Cię odda

– A ta twoja matka nie przyjeżdża tutaj? Nie chcesz wracać do miasta? – Zagadnęła mnie kiedyś kucharka ze szkolnej stołówki. Innym razem, kiedy poszedłem na pocztę, żeby coś przekazać w imieniu mamy, usłyszałem:

– A to przecież nie jest twoja mama, tylko cię na wychowanie wzięła, a jak skończysz szkołę, to cię odda…

Przeżywałem to w samotności. Dopiero po trzech, może czterech latach opowiedziałem o tym mamie. Ale wtedy byłem już utwierdzony w przekonaniu, że nic złego mi nie grozi i nikt nie będzie mnie „oddawał”. Nikomu. W wiejskiej społeczności spotkałem też prostych ludzi, którzy w dobrej wierze mówili: „Dobrą masz mamę, a pamiętaj – nie ta matka, co urodzi, tylko ta jest prawdziwa, co wychowa”. Zapamiętałem to.

Stosunkowo szybko „odciąłem pępowinę” od kwestii adopcji. Z upływem czasu ludzie też coraz mniej wracali do tematu.

Kiedy kończyłem „podstawówkę” i wybierałem się do liceum, do Warszawy, mama powiedziała, że jakbym kiedyś miał potrzebę, może mi podać adres mojej fizycznej matki. Nie miałem takiej potrzeby. Nigdy mi to nawet nie przemknęło przez myśl. Czułem się szczęśliwy. Mama bardzo się starała, żebym nie odczuwał braku ojca, ale nie wyszła ponownie za mąż. Nie chciała, żeby ktoś traktował mnie, jak „podwójnie obcego”. Nie znaczy, że nie było chętnych – nadal była atrakcyjną, lubianą kobietą, więc na brak adoratorów nie mogła narzekać. Trzymała ich jednak na bezpieczny dystans i nie pozwoliła bym kiedykolwiek czuł się nieswojo. Kiedy byłem już w miarę samodzielny, podjęła pracę, spłaciła kredyt – dzielnie wiązała przysłowiowy koniec z końcem.

Kryzys

Krótkotrwały kryzys pojawił się, kiedy miałem 15-16 lat. Nie chodziło o to, że zostałem adoptowany. Ten temat dawno już oswoiłem i przestał dla mnie stanowić jakikolwiek problem. Zaczęła mi jednak doskwierać świadomość, że ktoś kiedyś mnie nie chciał, że ktoś mnie odtrącił, komuś moje życie nie było potrzebne. To zabolało. Uczyłem się wtedy bardzo dobrze, wygrywałem konkursy i olimpiady na szczeblu ogólnopolskim – powoli poznawałem swoją wartość – pogłębiając jednocześnie dysonans poznawczy. Wraz z nim umacniało się moje postanowienie, że nigdy, przenigdy nie spotkam się z moją fizyczną matką. Teraz nie byłoby to dla mnie problem, ale wówczas chciałem co najwyżej, żeby dowiedziała się, jak świetnie sobie radzę i – żeby odczuła piekący żal. Mama nigdy nie poznała tych moich młodzieńczych przemyśleń. Nie chciałem jej sprawiać przykrości.

O tym, jak – mimo wszystko – łagodnie obeszło się ze mną życie, przekonałem się w liceum. W mojej klasie była Marta. Została adoptowana, kiedy była już kilkuletnią dziewczynką. Buntowała się. Podobnie, jak ja, była wychowywana tylko przez mamę. Nie mogły się ze sobą porozumieć. Marta traktowała ją jak zło konieczne. Myślałem, że z wiekiem to minie, ale konflikt się pogłębiał i – kiedy po latach nawiązałem z nią kontakt na „Naszej klasie” –  pisała o swojej adopcyjnej matce już tylko „ta kobieta”. Nie wiem, czego nie mogła jej wybaczyć, nie wiem czy utrzymują ze sobą kontakt – może uda mi się jeszcze kiedyś z nią o tym porozmawiać?

Spotkanie

Kiedyś wracając do rodzinnego domu ze szkoły w Warszawie, odwiedziłem w Radomiu Romana. Tego samego, który przyczynił się do mojej adopcji. Był zniszczony alkoholem, wychudzony i miał do mnie pretensje, że nie uczę się na złotnika, jak mi doradzał. Zabrał mnie do swojej znajomej.

Mieszkanie było niewielkie, skromne, ale schludne. Romek postawił, kupione pewnie za ostatnie pieniądze, wino. Nie piłem, więc kobieta uraczyła mnie kawą. Rozmawiali o wszystkim i o niczym – miałem wrażenie, że rozmowa się nie klei. Kiedy wychodziliśmy, Romek zapytał:

– Wiesz, kto to jest?

– No, wiem… – Odpowiedziała jego znajoma i zaczęła ścierką omiatać nieistniejące okruchy z kuchennego blatu.

Nie od razu skojarzyłem, że właśnie doszło do spotkania z siostrą mojej fizycznej matki. To była Jolka! Zrozumiałem to dopiero w drodze z Radomia do domu na wsi. Najdziwniejsze było to, że spotkanie nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Może jedynie to, że jeszcze bardziej doceniłem ciepło domu na wsi, kolorowy ogródek, zapach i smak domowego rosołu, który mama zawsze gotowała na niedzielę.

Mama ma teraz 85 lat. Przeszła szereg rozmaitych operacji i rehabilitacji: osteoporoza, oczy, staw biodrowy, łękotka, kamienie nerkowe…Wydaje się jednak, że ma się lepiej niż 30 lat temu. Zawsze wigilię spędzaliśmy w domu na wsi, ale od kilku lat mama przyjeżdża do Warszawy. Codziennie rozmawiamy przez telefon. Przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia zaniemogła. Prosiłem, żeby nazajutrz poszła do lekarza…

– Pójdę, synu, pójdę… Jeszcze chcę trochę pożyć – Odpowiedziała, a mi zrobiło się cieplej na sercu, bo zrozumiałem, że chce byśmy siebie mieli jak najdłużej.

 

 

Artur Pastuszko

Aktor, Dyrektor Generalny i Artystyczny at Open Europe Art. Artur Pastuszko - Platforma Artystyczna. Student 5 roku dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS

Adopcja płodu przez telefon? Aplikacja „Adoptuj Życie” nowością w kręgach pro-life

Aplikacja Adoptuj Życie
fot. adoptujzycie.pl

Duchowa adopcja płodu i modlitwa przez dziewięć miesięcy – to propozycja Fundacji Małych Stópek, która wypuściła właśnie na rynek aplikację na smartfony o nazwie Adoptuj Życie.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Aplikacja dostępna jest w dwóch wersjach językowych, korzystać z niej mogą użytkownicy telefonów z systemem Android oraz iOS.

Duchowa Adopcja Dziecka polega na indywidualnej lub publicznej modlitwie wstawienniczej. Przez 9 miesięcy użytkownik aplikacji bierze pod opiekę nieznane, poczęte dziecko, „którego życie jest zagrożone aborcją” – czytamy w opisie.

Osoba podejmująca się takiego zobowiązania przez dziewięć miesięcy odmawia jedną dziesiątkę różańca i modlitwę w intencji duchowo adoptowanego dziecka.

Zobacz także: Modlitwa o dziecko. Czy modlitwa dla starających się o dziecko może pomóc?

Aplikacja Adoptuj Życie – co w niej znajdziemy?

Po zainstalowaniu aplikacji na telefonie ukazuje się następujący komunikat:

Oto Twój mobilny asystent podjętej przez Ciebie Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Będzie Ci towarzyszyć przez 9 miesięcy trwania modlitwy pomagając wywiązać się z Twojego modlitewnego zobowiązania. Za pomocą grafik przedstawiliśmy każdy z 40 tygodni rozwoju prenatalnego dziecka. Dodatkowo zamieściliśmy oryginalne zdjęcia USG oraz echo serca z kolejnych etapów rozwoju. Dzięki temu możesz śledzić wzrost dziecka przez cały czas trwania Duchowej Adopcji i edukować swoje środowisko, jak wygląda człowiek w rozwoju prenatalnym.

Oprócz tych informacji twórcy aplikacji przygotowali również rozważania różańcowe na każdy dzień. Użytkownicy codziennie będą również mogli przeczytać krótki komunikat – myśli dziecka „adekwatne do danego momentu rozwojowego”. Twórcy aplikacji twierdzą, że tego typu komunikaty pomogą uwrażliwić ludzi na poczęte życie.

Zobacz także: Patron niepłodnych. Do których świętych modlić się o ciążę?

Módl się i płać

Oprócz codziennej modlitwy i rozważań różańcowych znajdziemy jeszcze dwie inne zakładki. Jedną z nich jest „Przyrzeczenie”. Użytkownik zobowiązuje się w tym miejscu do codziennej modlitwy o uratowanie życia nienarodzonego dziecka oraz sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu.

W kolejnej zakładce „Twój Dobry Uczynek” również zobowiązujemy się do codziennej modlitwy, do której dołączyć można dobrowolne postanowienie, np. post, wyrzeczenie, czy uczynek miłosierdzia. Jeżeli użytkownik nie ma pomysłu na dobry uczynek, z pomocą przychodzą twórcy aplikacji.

Na dole strony pogrubionymi literami możemy przeczytać komunikat: „Wystarczy, że wpłacisz 10 zł na konto Fundacji, a za nie zakupione zostanie 20 pieluch jednorazowych i przekazanych dzieciom uratowanym od aborcji”.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: dlazycia.info/premiera-aplikacji-adoptuj-zycie/

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Powstanie centralny rejestr pieczy zastępczej

centralny rejestr pieczy zastępczej
fot. Pixabay

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej planuje wprowadzenie centralnego rejestru pieczy zastępczej. Będzie z niego można uzyskać informacje o rodzinach zastępczych i kandydatach zakwalifikowanych do pełnienia tej funkcji oraz o domach dziecka i osobach usamodzielniających się.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Powstanie rejestru przewiduje projekt nowelizacji ustawy z 9 czerwca 2011 roku o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej.

Projekt ten trafił właśnie do konsultacji społecznych, a jego celem jest lepsza praca z rodziną, rozwój rodzinnej pieczy zastępczej i mniejsza liczba adopcji zagranicznych.

Zobacz także: Coraz mniej adopcji efektem wprowadzenia programu 500 plus?

Centralny rejestr pieczy zastępczej – co się w nim znajdzie?

Projekt zawiera regulacje dotyczące utworzenia centralnego rejestru. Będzie się on składał z siedmiu wykazów zawierających informacje o dzieciach umieszczonych w pieczy, osobach z pozytywną, wstępną kwalifikacja oraz osobach już zakwalifikowanych do pełnienia roli opiekunów, jak również o rodzinnych domach dziecka i rodzinach zastępczych.

W rejestrze będzie można także znaleźć informacje o placówkach opiekuńczo-wychowawczych i osobach zaczynających samodzielne życie po opuszczeniu pieczy.

Dzięki tej inicjatywie poszukiwane dla dzieci miejsc w domach zastępczych ma być łatwiejsze.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Rzeczpospolita, Gazeta Prawna

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Mistrzyni świata z Biłgoraju – mama SOS wychowała 19 dzieci

Danuta Ulidowicz najdłużej pracująca mama SOS Wioski Dziecięce na świecie – po 34 latach przechodzi na emeryturę. W tym czasie wychowała 19 dzieci. Kobieta z mianem „mistrzyni świata”: zastąpiła niezastąpionych… dzieciom rodziców.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce pomaga dzieciom opuszczonym i osieroconym. Wioski Dziecięce to osiedla 12-14 domów w których mieszkają rodzice SOS (małżeństwo lub osoba samotna) oraz 6 – 8 powierzonych ich opiece dzieci, którymi nie mogli opiekować się rodzice biologiczni.

– Początkowo przepisy były dość restrykcyjne i często rodzicem SOS były samotne osoby, które nie mogły mieć albo po prostu nie miały swoich dzieci – Barbara Rajkowska, dyrektor krajowy  Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce w Polsce. – Teraz to się bardzo zmieniło i rodzicami też są pary, które  tworzą wspólnie rodziny.

W Polsce funkcjonują cztery takie wioski w Biłgoraju, Kraśniku, Siedlcach i Karlinie.

Jak została mamą dla gromadki „nieswoich dzieci”

Danuta Ulidowicz do stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce trafiła jako młoda dwudziestoparoletnia osoba. I jak sama mówi znalazła tu wszystko…

– Z chwilą, kiedy tu się zatrzymałam, okazało się, że to jest to… wszystko, czego w życiu szukałam – mówi Danuta Ulidowicz, najdłużej pracująca Mama SOS na świecie. 

Oczywiście nie obyło się na początku bez lęku i wątpliwości…

– Zastanawiałam się, jaka odpowiedzialność na mnie spada. Czy będę umiała zastąpić dzieciom matkę, sprawić, by czuły się bezpieczne, kochane. Czy ja sobie poradzę? – mówiła Danuta Ulidowicz wspominając początki swojej pracy w roli Mamy SOS.
Nie wiedziała, czego się spodziewać, co ją czeka. Ale wielkie serce, wrażliwość na drugiego człowieka i pogoda ducha sprawiły, że w ciągu 34 lat pracy jako Mama SOS wychowała 19 dzieci.

– Pamiętam, kiedy przyszło do mnie pierwsze dziecko. Chłopczyk 2,5 roku. Nie mogłam sobie wyobrazić tego, jak to będzie – opowiada pani Danuta. –  A poszło zupełnie spontanicznie. Po prostu otworzyłam ręce do niego, powiedziałam „chodź do mamy” i on przyszedł, przytulił się i tak się zaczęło moje matkowanie.

Każdy z jej podopiecznych to osobna historia. Każdy z nich w momencie przyjścia do domu w Wiosce SOS w Biłgoraju miał za sobą traumatyczne przejścia, został zraniony przez najważniejsze osoby w życiu, które powinny dbać o nie, kochać i wychowywać. Teraz, już jako dorośli ludzie, mają swoje rodziny, dobrze radzą sobie w życiu (najstarszy podopieczny pani Danusi ma dziś ponad 40 lat, najmłodszy 14). Jak sami przyznają – to zasługa Pani Danusi, która zastąpiła im tych, których zastąpić się nie da – rodziców.

– To, jakim jestem człowiekiem, to jej zasługa. Pokazała mi wartości, jakie są w życiu ważne: rodzina i miłość. Nauczyła, że w życiu nie można się poddawać. – mówi Mateusz Pobrotyn, jeden z podopiecznych pani Danusi.

Mistrzyni świata, jest dla wielu wzorem

Tę samą naukę Danuta Ulidowicz przekazuje także nowym Rodzicom SOS, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę. Uczy, że po trudnych chwilach zawsze wychodzi słońce i na te momenty warto czekać, niezależnie od tego, ile czasu minie, nim nadejdą.
– Pani Danusia jest naszą bohaterką, naszą Mistrzynią Świata i inspiracją do działania. Jej historia pokazuje, że są na świecie ludzie gotowi poświęcić się dla potrzebujących dzieci. To piękna historia, którą należy się dzielić – mówi Barbara Rajkowska, dyrektor krajowy Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce w Polsce.

Właśnie dlatego powstał krótki reportaż zatytułowany „Mistrzyni Świata” opowiadający o pracy i misji pani Danusi w roli Mamy SOS. 17 kwietnia w warszawskiej Kinotece odbyła się jego prapremiera połączona z pożegnaniem odchodzącej na emeryturę Pani Danusi.

– Mamy nadzieję, że tak jak inspirowała nas, tak zainspiruje kogoś, kto obejrzy jej historię. Może ktoś dzięki niej pomyśli, że też może stworzyć dom dla zranionych dzieci – podkreśla Barbara Rajkowska.

Podczas spotkania wzruszeniom, łzom i wspomnieniom nie było końca. Danuta Ulidowicz zapytana o to, co teraz będzie robić na emeryturze odpowiada:

Matką nie przestaje się być nigdy. Mam 19 dzieci a teraz mam jeszcze wnuki – mówi z uśmiechem na ustach i spokojem Mama SOS. – Ale też zamierzam mieć czas dla siebie. Może wybiorę się na Uniwersytet Trzeciego Wieku i na pewno będę podróżować.
Pani Danuta w pierwsza podróż wybierze się szybciej niż myślała. Wycieczkę ufundował jej partner strategiczny SOS Wiosek Dziecięcych –  firma Kaufland.

 

Jak zostać Rodzicem SOS?

Jeżeli pomoc dzieciom pozbawionym opieki i ciepła rodzinnego jest Twoim życiowym powołaniem, podejmij pracę jako wychowawca pełniący rolę rodzica w SOS Wioskach Dziecięcych. Możesz zapewnić gromadce osieroconych dzieci ciepły i bezpieczny Dom oraz szczęśliwe dzieciństwo. Napisz do nas lub zadzwoń i dowiedz się więcej.Telefon: 22 460 92 51. Email: rodzice@sos-wd.org

Stowarzyszenie prowadzi już trzecią edycję kampanii rekrutacyjnej „Szukamy Rodziców SOS”, tym razem pod hasłem „Zastępujemy Niezastąpionych”. Więcej informacji o kampanii na stronie: www.rodzicesos.org

Jak wesprzeć działanie Stowarzyszenia Wioski SOS

Pozostanie rodziną zastępczą, to nie jedyny sposób, by wesprzeć działalność SOS Wiosek Dziecięcych, zwłaszcza teraz, w okresie rozliczania się z podatku dochodowego. Wystarczy przekazać 1%, by pomóc tworzyć dom dla potrzebujących dzieci. Więcej informacji na stronie: www.dziecisos.org

KRS 0000 056 901

CIEKAWOSTKA:

Powojenna historia powstania wiosek dla osieroconych dzieci

Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce jest częścią międzynarodowej organizacji SOS Children’s Villages, obecnej w 135 krajach świata od ponad 65 lat.

Stowarzyszenie pomaga dzieciom w Polsce i w Kamerunie.

Pierwsza SOS Wioska Dziecięca powstała w 1949 roku w Austrii. Została założona dla dzieci osieroconych podczas II wojny światowej przez Hermanna Gmeinera. 

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Pokochaj w dziecku jego korzenie. Adopcja a rodzice biologiczni

Akceptacja przeszłości i korzeni dziecka jest kluczowa zarówno dla dobra samego dziecka, jak i rodziców adopcyjnych. Da się to skutecznie wypracować, pomocne w tym procesie są ustawienia systemowe Berta Hellingera. Adopcja a rodzice adopcyjni – dowiedz się więcej.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Ustawienia systemowe niemieckiego psychoterapeuty Berta Hellingera to metoda, która od blisko 40 lat wykorzystywana jest w psychoterapii, coachingu i biznesie.

Metoda ta przez wielu uważana jest jednak za kontrowersyjną, a Niemieckie Towarzystwo Terapii Systemowej odżegnuje się od metod i praktyk stosowanych przez Hellingera.

Z kolei w Wielkiej Brytanii metoda ta jest uznana przez środowisko psychoterapeutyczne. W ostatnich dniach również w brazylijskie Ministerstwo Zdrowia uznało ją za oficjalną, komplementarną metodę leczenia.

Podstawową techniką prac jest tzw. ustawienie rodzinne. Odbywa się ono z udziałem tzw. reprezentantów, którzy zastępują członków rodziny klienta. Odczucia i wypowiedzi reprezentantów pozwalają na ujawnienie ukrytych zależności w rodzinie. Celem terapii jest pojednanie klienta z rodziną.

Zobacz także: 7 rzeczy, których nie wiesz o adopcji

Adopcja a rodzice biologiczni. Kto stoi na pierwszym miejscu?

O wykorzystaniu ustawień systemowych w przypadku rodzin adopcyjnych opowiedziała ostatnio Małgorzata Rajchert-Lewandowska, psycholog, psychoterapeuta, superwizor.

Nie ta matka, która urodziła, ale ta, co wychowała – głosi stare porzekadło. Wizja ta sprzeczna jest jednak z filozofią praktykowaną przez zwolenników Hellingera.

– Powiedziałabym, że obie matki są ważne. Często dyskredytuje się rodziców biologicznych, mówi się o tym, że najważniejsi są ci, którzy wychowali i wykształcili dziecko. Okazuje się jednak, że są pewne duchowe porządki w rodzinie, zgodnie z którymi rodzice biologiczni są na pierwszym miejscu – mówi Małgorzata Rajchert-Lewandowska.

Wynika to z faktu, że to właśnie biologiczni rodzice dają życie. To od nich dziecko przejmuje pewne cechy, predyspozycje, talenty, czy budowę ciała. – Całą resztę możemy dostać od innych ludzi – wyjaśnia ekspertka.

Nie ma znaczenia, w jakich okolicznościach życie do nas przychodzi, mówi filozofia głoszona przez Hellingera. – Czasami jest to jedna chwila, ludzie nie są w związku, spotykają się na przygodny seks i z tego zaczyna się nowe życie. Można powiedzieć, że był jakiś duchowy zamysł, że tych dwoje miało się spotkać po to, żeby to życie się zaczęło – wyjaśnia psycholog.

Zobacz także: W wieku 18 lat zaszła w ciążę, zdecydowała się na otwartą adopcję

Adopcja a rodzice biologiczni. Czy powiedzieć dziecku, że jest adoptowane?

Co jednak, gdy dziecko nie wie, że jest adoptowane? – To jest potężne wykroczenie przeciwko duchowym porządkom w rodzinie. Na duchowym poziomie jest to odbierane jako wina przez system rodzinny. Często z miłości do rodziców adopcyjnych dziecko tę winę bierze na siebie i nieświadome próbuje siebie ukarać za odrzucenie przez biologicznych rodziców – tłumaczy Rajchert-Lewandowska.

Kluczowa jest zatem postawa adopcyjnych rodziców do rodziców biologicznych. – Im więcej szacunku mają do rodziców biologicznych, tym bardziej szanują dziecko. Z osobami, które przychodzą na moje kursy robiłam ćwiczenia, w których była matka adopcyjna, adoptowane dziecko i matka biologiczna. Matka adopcyjna odsuwała na bok matkę biologiczną, albo próbowała ją zasłonić i mówiła do dziecka: ja jestem twoją matką, ja cię wychowałam.

Okazywało się wtedy, że dziecko słabnie. – Mata biologiczna oczywiście czuje się wykluczona, wycofuje się, albo stoi bezradna, a dziecko ma tzw. „ruch do śmierci”. Patrzy w dół, chce się schować,  drży w lęku tak, jakby coś mu zagrażało. Bo mu zagraża. To tak, jakby w nim matka adopcyjna dziecku wykreśla rodziców. Dzieci czują się dobrze wtedy, kiedy adopcyjni rodzice patrzą z szacunkiem na rodziców biologicznych – podkreśla psycholog.

Zobacz także: Adopcja w 7 krokach. Jesteś zdecydowany? Poznaj szczegóły

Kilka słów o in vitro, destrukcji i adopcji idealnej

Jak to natomiast wygląda w przypadku in vitro, kiedy kobieta korzysta z nasienia zupełnie obcego mężczyzny? Czy życie powołane tą drogą podlega regułom, o których mowa w przypadku adopcji?

– Bez względu na czasy i okoliczności porządek jest zawsze taki sam. Ci, którzy dają życie, muszą być uszanowani – mówi ekspertka.

Czy sami rodzice adopcyjni mogą odczuwać negatywne skutki wykluczenia rodziców biologicznych?

– Często rodzice adopcyjni patrzą z pogardą na rodziców biologicznych. A są przecież w jednym systemie. Gdyby nie tamci, których oceniają, nie byłoby dziecka. Jeśli odrzucają tych rodziców, to dziecko słabnie i czuje się kimś gorszym i niegodnym.

Czy istnieje idealny sposób przeprowadzenia adopcji? – Ta polityka zaczyna się od serca, wewnętrznej postawy. To, czy adopcja się dobrze potoczy, czy nie, w dużej mierze zależy od intencji ludzi, którzy adoptują. Jeżeli adoptują dziecko, bo mają dużo do zaoferowania i chcą się kimś zaopiekować, bo mają warunki i się kochają, to wtedy się udaje. Natomiast jeśli intencja jest taka, że nie możemy mieć dziecka, więc weźmiemy czyjeś i uznamy je za swoje, to wtedy, jak mówi ostro Hellinger, jest to kradzież.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: ustawieniasystemowe.com/ psychologia.net.pl

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.