Przejdź do treści

Adopcja: „boli świadomość odtrącenia”

adopcja

Pierwsza próba powołania na świat potomka skończyła się ciążą pozamaciczną. Marianna została pozbawiona jajowodów. Nie było szansy na ponowne zajście w ciążę.  Zaczęli coraz odważniej myśleć o adopcji.

Adopcja – zanim się zaczęła

Była śliczną dziewczyną z podradomskiej wioski. Miała 18 lat kiedy Stanisław poprosił rodziców o jej rękę. Chociaż w połowie lat 50. XX wieku nie było łatwo żyć w przaśnej peerelowskiej rzeczywistości, radzili sobie nieźle. Stanisław był zaradnym mężczyzną. Pracował w Przedsiębiorstwie Dróg Regionalnych. Wziął kredyt – wybudował jak na tamte czasy komfortowy dom z bieżącą wodą i centralnym ogrzewaniem, założył plantację tytoniu, grał na skrzypcach, harmonii i perkusji, dorabiał parając się szewstwem hobbystycznie. Do szczęścia brakowało im tylko potomka.

Najstarszy brat Marianny miał dorosłego już syna – Romka. Mieszkał w Radomiu i oględnie mówiąc – korzystał z uroków życia miejskiego, na ile pieniędzy starczało. Była połowa lat 60. Jedna z jego biesiadnych znajomych  zaszła w ciążę. Nie miała pojęcia, co to ciąża,  macierzyństwo – była siedemnastoletnią dziewczyną, której wydawało się, że „można to przechodzić” jak niegroźne przeziębienie. Nadal korzystała zatem z uroków życia pojąc siebie i rozwijający się płód winem przy każdej okazji. Kiedy na świat wydała chłopca, nie zmieniła nawyków. Bardziej odpowiedzialna okazała się jej dwunastoletnia siostra, Jolka, która, na ile potrafiła, zajęła się niemowlakiem. Mieszkały we dwie. Rodzice wcześnie zmarli.

Dziecko

Dziecko było słabe, potrzebowało opieki. Nieletnia ciotka poprosiła o pomoc Romka. Przyjechał na wieś: „Słuchaj no, Stachu, taka jedna urodziła. Nie chce wychowywać. Chciałeś syna – jest chłopak…”

Nazajutrz z samego rana Stanisław był już w Radomiu. Wieczorem przywiózł Mariannie trzymiesięcznego niebieskookiego chłopca.  Malec był zaniedbany. Miał wzdęty brzuszek, lekko przechyloną główkę na skutek braku zmiany pozycji w łóżeczku, splatane włoski, ale – wyciągał rączki do Marianny uśmiechając się, jakby od dawna czekał na to spotkanie.

To byłem ja. I właśnie zaczynałem życie, którego mogłem przecież nie mieć.

Ja

Procedury nie trwały długo. Zaświadczenie z miejscowego Urzędu Gminy – Urząd Stanu Cywilnego w Radomiu – Sąd. Jedna rozprawa i oficjalnie miałem nowy dom, nowe nazwisko. Miałem rodziców. Szaleli z radości. Sprowadzili znajomego lekarza, żeby doradził, co należy robić, żebym szybko nabrał sił. Podkładali mi pod główkę wałki z ligniny, żeby się naprostowała, rozmawiali ze mną, a ja gaworzyłem, jak tylko umiałem. Schodzili się sąsiedzi, znajomi, rodzina i wszyscy się zachwycali. Szczerze, czy nie – nie miało to dla rodziców znaczenia. Wówczas kompletnie ich to nie interesowało. Ale zaczęło do nich docierać, że problem może pojawić się później, kiedy już będę więcej rozumieć. Wiedzieli, że ludzkie języki są nieposkromione, a słowa mogą ranić. Postanowili powiedzieć mi prawdę zanim pójdę do szkoły.

Rozwijałem się jak na chłopca nadspodziewanie szybko. Zacząłem chodzić i mówić zanim skończyłem dwa latka. Wkrótce okazało się też, że mam zdolność błyskawicznego zapamiętywania. Lubiłem, kiedy rodzice czytali mi książki i złościłem się, kiedy coś w nich przekręcali. A robili to czasem celowo, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że istotnie mam ponadprzeciętną percepcję.

Tata

Żyjąc tak od zachwytu do zachwytu nad moim rozwojem, rodzice nieco uśmierzyli swoją czujność na głosy otoczenia. Nawet, kiedy ze strony rodziny padały głosy w stylu: „Zobaczysz – dorośnie i pójdzie w świat, i zostaniecie sami, bo nie wiadomo przecież po kim To jest”, tata obracał je w żart i śmiał się z mamy, która tego typu przytyki mocno przeżywała. Był to czas, kiedy nie okazywano dzieciom na wsi uczuć w nadmiarze, a rodzice, na ile potrafili (bo przecież nie wynieśli tych wzorców z własnych domów), chcieli tworzyć inny  – cieplejszy rodzaj relacji rodzinnych. Inni – spoza rodziny może by nawet coś od czasu do czasu kąśliwie szepnęli, ale tata był osobą bardzo lubianą, a ja byłem miłym i grzecznym chłopczykiem, więc nie wypadało się czepiać. Poza tym wszyscy przecież widzieli, że razem z psem „Kajtkiem” towarzyszyłem tacie przy wszystkich pracach, a mama dbała, żebym był zawsze czyściutki i ładnie ubrany. Tym bardziej było ludziom  niezręcznie dzielić się w obecności rodziców „wiejskimi mądrościami” na temat adopcji. Sympatia do taty brała się również stąd, że obok zaradności i poczucia humoru, zawsze był bardzo uczynny i nikomu nie odmawiał pomocy.

Miałem prawie cztery latka, kiedy tatę, który pomagał sąsiadowi rżnąć drewno na mechanicznej pile,  uderzył w głowę kawał belki. Zrobił się krwiak, potem guzek. Ktoś „mądry” z rodziny postanowił domowym sposobem „zoperować” narośl… Rak opanował płuca. Wszystko trwało może cztery miesiące. Tata bardzo schudł. Pamiętam, jak wsparty na mamie wychodził do przydomowego ogródka i siedząc na wiosennym słońcu patrzał na przechodzących sąsiadów:

– Jak tam, Stachu? Lepiej ciut?

– Ano, jeszcze dycham, sąsiadko…

Wszyscy wiedzieli, że „lepiej ciut” już nie będzie. Ja nie. Dlatego, jeśli tylko mogłem „strzelić focha” – robiłem to, kompletnie nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.

Bez całusa na dobranoc

Tamtego wieczora nie uściskałem taty i nie dałem mu buzi. Strasznie mnie wkurzył, bo nie chciał mi nic przeczytać i tylko mówił, żebym był dla mamy dobry. A przecież byłem dobry! – Zostawiłem go w pokoju i wskoczyłem z książką do łóżka mamy. Tym razem nie przekręcała zdań z książki, więc szybko zasnąłem.

Obudziłem się tuż po północy i poprosiłem, żebyśmy poszli do taty, bo się nie pożegnałem…

– Stasiu, przyszliśmy się pożegnać… – Mama została na progu, a ja zrobiłem dwa kroki w kierunku taty. Spod powieki spływała mu po policzku łza – pamiętam to, choć miałem tylko cztery latka…

– Mamusiu, tatuś śpi?

– Tak. Chodźmy też spać. Jutro się pożegnasz…

Na pogrzebie było mnóstwo ludzi. Nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, co się stało, dlaczego mama jest taka cała „na czarno”?. I dlaczego wszyscy na mnie patrzą i płaczą?

Choroba

Zostaliśmy sami. Ja z mamą, a mama ze mną i niespłaconym kredytem na dom. Ludzie byli nadal raczej życzliwi, ale część rodziny się od nas na parę lat odsunęła, jakby to była mamy wina, że taty już nie ma.

Zbliżał się czas pójścia do szkoły. Dzieci bywają okrutne. Mama wiedziała, że powinna uprzedzić potencjalne przytyki rówieśników pod moim adresem, ale nie miała w sobie tyle siły, żeby mi wyjawić prawdę o moim pochodzeniu. Nie miała jej tym bardziej, że zacząłem podupadać na zdrowiu. Z trudem łapałem powietrze, miałem krwotoki z nosa… Wiejski lekarz nie potrafił sobie z tym poradzić, a może bał się postawić jednoznaczna diagnozę? Dostaliśmy skierowanie do pediatry w Starachowicach. Astma oskrzelowa. – Miałem wrażenie, jakby mamy jeszcze bardziej ubyło. Posiwiała, a przecież miała zaledwie trzydzieści kilka lat!

Dzisiaj ze wzruszeniem opowiada mi jak,  jako pięcioletni szkrab karnie budziłem się o czwartej rano, żeby pojechać do specjalisty do Kielc. Zaczęła się walka o inhalator, o tran, o skierowanie do sanatorium. Był początek lat 70. i wszystko to było niemal nieosiągalne dla zwykłego zjadacza chleba. Mama uruchamiała znajomych i znajomych tych znajomych rozsianych po większych miastach, żeby sprostać potrzebom.

To było nasze pierwsze rozstanie. Dwa miesiące w sanatorium „Słoneczko” w Kołobrzegu. Kiedy przyjechała w odwiedziny, po raz pierwszy w życiu doznałem uczucia „ściśniętego gardła”. Nie mogłem nic powiedzieć – wtulałem się w nią, jakbym chciał wrosnąć w jej sukienkę.

Mama

Moja choroba – te wszystkie nieprzespane noce, ataki duszności, ranne wstawanie, czekanie w chłodzie poranków na autobusy, rozłąka – zbliżyły nas jeszcze bardziej. Mama postanowiła mi powiedzieć prawdę. To było przed zaśnięciem. Miałem niespełna sześć lat.

– Jesteś! – wychlipałem, kiedy powiedziała, że tak naprawdę, to nie jest moją mamą..

– To znaczy jestem – sprostowała – ale to nie ja ciebie urodziłam…

– Jesteś moja mamą. – Wtuliłem się w nią. Płakałem i tak zasnąłem.

Nazajutrz mama wyjaśniła mi wszystko dokładniej. Po raz pierwszy usłyszałem słowo „adopcja” i natychmiast je zapamiętałem, jakbym gdzieś intuicyjnie przeczuwał, że to słowo stanie się wkrótce moją tarczą obronną wobec bezmyślności i braku delikatności ze strony rówieśników. I nie tylko rówieśników… Teraz dopiero zacząłem rozumieć wizytę starszej pani sprzed roku, która w rozmowie z mamą zapytała:

– A może by go pani oddała?

– No, co pani mówi? – Obruszyła się wtedy mama i zmieniła temat rozmowy.  A jednak czułem, że mnie ona wtedy dotyczyła.

Tą starszą kobietą  była matka mojego fizycznego ojca. Raz tylko przyjechała do nas. Nigdy więcej jej nie widziałem. Ale podobno – póki żyła – dowiadywała się o mnie, pytając Romka, przy którego udziale doszło do adopcji. Wiem to od mamy.

Nie od razu zżyłem się z moją klasą, tym bardziej, że od razu na początku nauki musiałem po raz drugi pojechać do sanatorium, tym razem w góry – do Rabki. Wróciłem wczesną wiosną, a kilka tygodni później dowiedziałem się od koleżanki, że mnie „matka w kapuście znalazła, bo Cyganka podrzuciła”… Jakiż ja byłem dumny, że mogłem odpowiedzieć: „ – Nieprawda, bo rodzice mnie adoptowali”. Dziewczyna zgłupiała zupełnie, bo nigdy dotąd nie słyszała takiego słowa! Ta sytuacja zupełnie mnie nie dotknęła. Znacznie gorzej przeżywałem przytyki ze strony dorosłych, kiedy byłem już nieco starszy – w III, IV klasie.

Pewnie Cię odda

– A ta twoja matka nie przyjeżdża tutaj? Nie chcesz wracać do miasta? – Zagadnęła mnie kiedyś kucharka ze szkolnej stołówki. Innym razem, kiedy poszedłem na pocztę, żeby coś przekazać w imieniu mamy, usłyszałem:

– A to przecież nie jest twoja mama, tylko cię na wychowanie wzięła, a jak skończysz szkołę, to cię odda…

Przeżywałem to w samotności. Dopiero po trzech, może czterech latach opowiedziałem o tym mamie. Ale wtedy byłem już utwierdzony w przekonaniu, że nic złego mi nie grozi i nikt nie będzie mnie „oddawał”. Nikomu. W wiejskiej społeczności spotkałem też prostych ludzi, którzy w dobrej wierze mówili: „Dobrą masz mamę, a pamiętaj – nie ta matka, co urodzi, tylko ta jest prawdziwa, co wychowa”. Zapamiętałem to.

Stosunkowo szybko „odciąłem pępowinę” od kwestii adopcji. Z upływem czasu ludzie też coraz mniej wracali do tematu.

Kiedy kończyłem „podstawówkę” i wybierałem się do liceum, do Warszawy, mama powiedziała, że jakbym kiedyś miał potrzebę, może mi podać adres mojej fizycznej matki. Nie miałem takiej potrzeby. Nigdy mi to nawet nie przemknęło przez myśl. Czułem się szczęśliwy. Mama bardzo się starała, żebym nie odczuwał braku ojca, ale nie wyszła ponownie za mąż. Nie chciała, żeby ktoś traktował mnie, jak „podwójnie obcego”. Nie znaczy, że nie było chętnych – nadal była atrakcyjną, lubianą kobietą, więc na brak adoratorów nie mogła narzekać. Trzymała ich jednak na bezpieczny dystans i nie pozwoliła bym kiedykolwiek czuł się nieswojo. Kiedy byłem już w miarę samodzielny, podjęła pracę, spłaciła kredyt – dzielnie wiązała przysłowiowy koniec z końcem.

Kryzys

Krótkotrwały kryzys pojawił się, kiedy miałem 15-16 lat. Nie chodziło o to, że zostałem adoptowany. Ten temat dawno już oswoiłem i przestał dla mnie stanowić jakikolwiek problem. Zaczęła mi jednak doskwierać świadomość, że ktoś kiedyś mnie nie chciał, że ktoś mnie odtrącił, komuś moje życie nie było potrzebne. To zabolało. Uczyłem się wtedy bardzo dobrze, wygrywałem konkursy i olimpiady na szczeblu ogólnopolskim – powoli poznawałem swoją wartość – pogłębiając jednocześnie dysonans poznawczy. Wraz z nim umacniało się moje postanowienie, że nigdy, przenigdy nie spotkam się z moją fizyczną matką. Teraz nie byłoby to dla mnie problem, ale wówczas chciałem co najwyżej, żeby dowiedziała się, jak świetnie sobie radzę i – żeby odczuła piekący żal. Mama nigdy nie poznała tych moich młodzieńczych przemyśleń. Nie chciałem jej sprawiać przykrości.

O tym, jak – mimo wszystko – łagodnie obeszło się ze mną życie, przekonałem się w liceum. W mojej klasie była Marta. Została adoptowana, kiedy była już kilkuletnią dziewczynką. Buntowała się. Podobnie, jak ja, była wychowywana tylko przez mamę. Nie mogły się ze sobą porozumieć. Marta traktowała ją jak zło konieczne. Myślałem, że z wiekiem to minie, ale konflikt się pogłębiał i – kiedy po latach nawiązałem z nią kontakt na „Naszej klasie” –  pisała o swojej adopcyjnej matce już tylko „ta kobieta”. Nie wiem, czego nie mogła jej wybaczyć, nie wiem czy utrzymują ze sobą kontakt – może uda mi się jeszcze kiedyś z nią o tym porozmawiać?

Spotkanie

Kiedyś wracając do rodzinnego domu ze szkoły w Warszawie, odwiedziłem w Radomiu Romana. Tego samego, który przyczynił się do mojej adopcji. Był zniszczony alkoholem, wychudzony i miał do mnie pretensje, że nie uczę się na złotnika, jak mi doradzał. Zabrał mnie do swojej znajomej.

Mieszkanie było niewielkie, skromne, ale schludne. Romek postawił, kupione pewnie za ostatnie pieniądze, wino. Nie piłem, więc kobieta uraczyła mnie kawą. Rozmawiali o wszystkim i o niczym – miałem wrażenie, że rozmowa się nie klei. Kiedy wychodziliśmy, Romek zapytał:

– Wiesz, kto to jest?

– No, wiem… – Odpowiedziała jego znajoma i zaczęła ścierką omiatać nieistniejące okruchy z kuchennego blatu.

Nie od razu skojarzyłem, że właśnie doszło do spotkania z siostrą mojej fizycznej matki. To była Jolka! Zrozumiałem to dopiero w drodze z Radomia do domu na wsi. Najdziwniejsze było to, że spotkanie nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Może jedynie to, że jeszcze bardziej doceniłem ciepło domu na wsi, kolorowy ogródek, zapach i smak domowego rosołu, który mama zawsze gotowała na niedzielę.

Mama ma teraz 85 lat. Przeszła szereg rozmaitych operacji i rehabilitacji: osteoporoza, oczy, staw biodrowy, łękotka, kamienie nerkowe…Wydaje się jednak, że ma się lepiej niż 30 lat temu. Zawsze wigilię spędzaliśmy w domu na wsi, ale od kilku lat mama przyjeżdża do Warszawy. Codziennie rozmawiamy przez telefon. Przed ostatnimi świętami Bożego Narodzenia zaniemogła. Prosiłem, żeby nazajutrz poszła do lekarza…

– Pójdę, synu, pójdę… Jeszcze chcę trochę pożyć – Odpowiedziała, a mi zrobiło się cieplej na sercu, bo zrozumiałem, że chce byśmy siebie mieli jak najdłużej.

 

 

Artur Pastuszko

Aktor, Dyrektor Generalny i Artystyczny at Open Europe Art. Artur Pastuszko - Platforma Artystyczna. Student 5 roku dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS

Polskie gwiazdy, które adoptowały dzieci

Polskie gwiazdy, które adoptowały dzieci

Polskie gwiazdy, które adoptowały dzieci mówią o tym rzadziej, niż zagraniczne. Jednak również są otwarci na adopcje. Jedni dlatego, że z różnych przyczyn dzieci mieć nie mogą, inni, ponieważ mają potrzebę zaopiekowania się dzieckiem pokrzywdzonym przez los.

O adopcji dwóch dziewczynek przez Agatę Młynarską zdecydował przypadek, chociaż – podobno nie ma w życiu przypadków. Prezenterka jest matką dwóch synów – Stasia i Tadeusza. Związki zawodowe rzuciły ją kiedyś do domu dziecka w Pawłówce pod Suwałkami, gdzie telewizja kręciła materiał w ramach akcji „I ty możesz zostać Świętym Mikołajem”. Sylwia wystąpiła przed kamerą w sposób wzruszający, a zapytana, co chciałby dostać od Mikołaja – w odróżnieniu od innych dzieci, które chciały samochody, lalki i misie – zapragnęła spędzić dzień w domu Agaty Młynarskiej. I tak zaczęły się ich wzajemne odwiedziny. Po pewnym czasie przyjechała z koleżanką z domu dziecka – Alicją.

Młynarska

Agata Młynarska z adoptowaną córką Sylwią na okładce magazynu „Viva” (Viva, nr.16, 5 sierpnia 2010)

 

Dzisiaj obie są już dorosłe. Alicja mieszka w Wielkiej Brytanii, Sylwia w Warszawie. Siostra Młynarskiej, Paulina, pomogła znaleźć mieszkanie, ciotka prezenterki ufundowała kurs prawa jazdy, a sama Agata dała jej wyprawkę na nowe mieszkanie. Ma ją blisko siebie – może doradzić, pomóc, chociaż dziewczyna stara się być samodzielna – studiuje i pracuje.

Marek Kościkiewicz

W przypadku Marka Kościkiewicza adopcja była wynikiem nieskutecznych, ponad dwuletnich, starań o potomstwo. Zaadoptowali Jasia. Ale los lubi być przewrotny. Kiedy rozpieszczali syna, Agata – żona Kościkiewicza – zaszła w ciążę. Na świat przyszedł ich biologiczny syn Mikołaj i chociaż obecnie para nie jest już ze sobą – oboje bardzo kochają chłopców, nie toczą między sobą wojen i robią wszystko dla dobra synów.

Krystyna Sienkiewicz

Bawiła nas m.in. w Kabareciku Olgi Lipińskiej, ale sama miała smutne życie. Kolejni mężczyźni albo odchodzili, albo wyjeżdżali albo oszukiwali. Nie znalazła, jak sama twierdziła, odpowiedniego partnera, z którym chciałaby mieć dziecko. Zresztą, jak wspominała, było w niej samej jakieś „bachorstwo” wynikające z dzieciństwa w czasie wojny, które powodowało, że nie wyobrażała sobie siebie w roli matki. To się jednak zmieniło, kiedy zobaczyła trzyletnią Julkę. Urodziła się chora. Nikt jej nie chciał – matka ją porzuciła w szpitalu.

Procedury adopcyjne trwały trzy lata, a dziecko było coraz bardziej schorowane. Kiedy się w końcu udało, pani Krystyna starała się dziecku stworzyć jak najlepszy, ciepły dom.

„Gdy zakończyła się procedura adopcyjna, wzięłam ją do domu i pokochałam. Wzięłam ją na przepustkę i od razu przeziębiłam. Ona wtedy po raz pierwszy widziała świat. Nigdy wcześniej nie była na dworze. Kiepsko mówiła, marnie chodziła…” wspomina pani Krystyna w swojej książce.

 

Nawet, kiedy opuścił ją mąż i „pozbawiając” połowy majątku, nie załamała się. Wiedziała, że nie jest już sama – ma dla kogo żyć. Ale Julka miała swój świat. Zaczęła wagarować, zawalać szkołę. Nauka z trudem jej przychodziła…Uciekała z domu. Potem były różne kursy, żeby dziewczyna miała jakiś fach w ręku. Chciała się usamodzielnić. Artystka kupiła córce kawalerkę…

   „Ciągle szukam porozumienia i pomagam. Płacę czynsz, kupuję i dostarczam jedzenie. Julia stała się tak nieufna, że osobiście nie mogę tego robić. Chciała mnie zabić. Przychodziła pod dom, wykrzykiwała. Nie chcę o tym opowiadać.”  zwierzyła się jakiś czas temu artystka.

Julka skończyła szereg kursów, miała od matki wszystko, czego tylko zapragnęła. Jednak wybrała inną drogę. Pracowała jako ochroniarz za marne pieniądze i coraz bardziej popadała w długi.

Dziś nie ma już Krystyny Sienkiewicz. Zmarła 12 lutego 2017 roku. Julka została sama. Jak sobie poradzi? Dostała od losu drugą szansę – trzecią  musi wyszarpnąć od losu sama.

Z rozmysłem kończę ten tekst smutną historią. Nie dlatego, by kogoś zniechęcić. Przeciwnie – żeby pokazać, że wobec Losu, czy Przeznaczenia wszyscy jesteśmy jednacy. Zarówno tak zwani zwykli ludzie, jak Polskie gwiazdy, które adoptowały dzieci. Historia, która się przytrafiła pani Krystynie nierzadko też się zdarza w rodzinach nie adopcyjnych. Ważne, żeby jednak przeżyć tę miłość.

 

Artur Pastuszko

Aktor, Dyrektor Generalny i Artystyczny at Open Europe Art. Artur Pastuszko - Platforma Artystyczna. Student 5 roku dziennikarstwa na Uniwersytecie SWPS

Urodowe znaki zapytania – czy przed i po transferze można farbować włosy?

czy przed i po transferze można farbować włosy

Dbanie o siebie to także dbanie o swój wygląd – wszelkiego rodzaju zabiegi kosmetyczne pomagają nam poczuć się atrakcyjnie, dodają pewności siebie, ale też relaksują. Jednym z takich zabiegów jest farbowanie włosów. Powstaje więc pytanie czy przed i po transferze można farbować włosy?

Czy farbowanie ma jakikolwiek wpływ na transfer? Czy mogę iść wtedy do fryzjera? Czy nie zniweczy to moich starań, nie utrudni transferu?” – oto często pojawiające się pytania. Postanowiliśmy o odpowiedź poprosić dr n.med. Patrycję Sodowską, ginekologa-położnika z kliniki leczenia niepłodności InviMed w Katowicach, która na pytanie: „Czy przed / po transferze można farbować włosy? Czy jest to bezpiecznie?” odpowiedziała jasno:

„Nie ma przeciwwskazań”.

Jak wskazują eksperci, nie znaleziono żadnych dowodów na szkodliwe działanie składników znajdujących się w farbach do włosów na niezagnieżdżony jeszcze zarodek. Podobnie w czasie ciąży. Warto jednak pamiętać, że należy unikać amoniaku, stąd też z tego typu farb/kosmetyków lepiej zrezygnować (szczególnie w pierwszym trymestrze ciąży).

Zadaliśmy też inne, często nurtujące przyszłe mamy, pytanie: „Czy występują jakieś inne przeciwwskazani co do zabiegów kosmetycznych, które mogą nie być bezpieczne w trakcie / przed / po transferze?

Nie zaleca się wykonywania zabiegów z użyciem silnych środków chemicznych, z zastosowaniem ultradźwięków oraz zabiegów laserowych” – mówi dr Sodowska.

Sprawdź też:

Plusy i minusy lata – czy przed i po transferze można się opalać?

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Agnieszka Grobelna: „Pokochaj swoją miesiączkę” – o zgodzie na kobiecość i sile, jaka z niej płynie

agnieszka grobelna

Przez 10 lat starała się o dziecko, przeżyła cztery poronienia – Agnieszka Grobelna na bazie swoich doświadczeń postanowiła stworzyć niezależną przestrzeń, w której płodność kobiety będzie zaopiekowana na każdym etapie jej życia. Stąd powstał pomysł Centrum Wspierania Płodności, które znajduje się we Wrocławiu. Ciało, seksualność, cykl – oto rozmowa o sekretach kobiecości.

CHBR: W kobiecości jest siła?

Agnieszka Grobelna: Powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem współgrania kobiecego ciała i psychiki. Zdarza się, że przychodzi do mnie kobieta, która doświadcza bolesności cyklu. Rozmawiam z nią, pokazuję między innymi czym jest cykl i jak można wykorzystać jego moc. Zdaje się, że nie robię wiele, a później nagle ból znika. Kobiety mówią wtedy do mnie: „Agnieszka, to jest takie proste?! Dlaczego nikt o tym nie mówi?! To ja nic więcej nie muszę robić?! Nie muszę brać tony leków?!”. Nie, nie musisz – pokochaj swoją miesiączkę, rozmawiaj ze swoją macicą.

Przyzna pani, że brzmi to co najmniej tajemniczo.

Na jednym z warsztatów powiedziałam, że kocham swoją miesiączkę i za każdym razem na nią czekam. Wstała wtedy pani będąca już po menopauzie i powiedziała niemal z oburzeniem: „Pierwszy raz widzę osobę, która mówi, że kocha swoją miesiączkę. Ja się cieszę, że jej nie mam!”. Odpowiedziałam, że to błąd, bo w naszym cyklu jest ogromna siła! Naprawdę niewiele potrzeba, by móc ją wykorzystać. Zresztą wielokrotnie trafiały do mnie panie z niepłodnością, które miały całą masę różnych przeciwwskazań i zaburzenia hormonalne, nie miały nawet kwalifikacji do in vitro. Po jednej lub kilku sesjach nagle zachodziły w ciążę naturalnie. Oczywiście są to spektakularne przypadki, u niektórych ta praca wymaga więcej czasu, u innych mniej, ale chcę zobrazować, jak proste rozwiązania są czasami najlepsze.

Tak naprawdę płodność jest nieprzewidywalna i na bazie własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że nie powinno się mówić, iż kobieta nigdy nie zajdzie w ciążę. Gdy jest jeden plemnik i chociażby jedna komórka jajowa, to zawsze istnieje szansa. Jest jednak wiele blokad, także tych emocjonalnych. Z moich obserwacji wynika, że u dużej większości kobiet zmagających się z niepłodnością to właśnie emocje leżą u podstaw. Kobiety są teraz za bardzo pogrążone w męskiej energii. Są silne, na wysokich stanowiskach, zarządzają grupą osób. Siła jest męska, czasami trzeba zbliżyć się do kobiecości i wtedy ciało się odblokowuje. Kobiety zagarnęły przestrzeń mężczyznom, którzy przy tym wszystkim osłabli. Stąd problemy chociażby z ilością plemników. Ja staram się patrzeć na płodność bardzo holistycznie i wykorzystuję w swojej pracy różne metody.

Różne pewnie też dlatego, że każdy przypadek jest bardzo indywidualny.

Dokładnie, nie powinno się nikogo porównywać, bo nigdy tak naprawdę nie wiemy co jest czynnikiem decydującym. Jak bowiem można wytłumaczymy, że kobieta z diagnozą Hashimoto, czy PCOS, zachodzi w naturalną ciążę, a teoretycznie zdrowy człowiek nie? Nie wiemy wtedy, czy czynnikiem decydującym nie jest np. lęk. Pracowałam kiedyś z panią, która miała go w sobie bardzo wiele. Leczyła się, ponieważ nie miała prawidłowej owulacji i płodnego śluzu. Kiedy porozmawiałyśmy o tym, by dali sobie z partnerem luz, także od seksu, nagle jej śluz się poprawił. Kiedy postanowili wrócić do starań, śluzu znowu nie było. Podobnie było z inną panią, która dostawała stany grzybicze pochwy. Wszystko sterowane było u nich lękiem, który niezwykle trudno było odkryć czego dotyczył. Pokazuje to jednak, jak psychika silnie działa na naszą płodność.

I uczyć powinny się o tym już małe dziewczynki?

Zdecydowanie. Mam 8-letnią córkę i odkąd pamiętam mówiłam jej: „Tu gdzie jest twoja macica, tam jest twoja moc”. Dzięki temu córka ma do kobiecości bardzo pozytywny stosunek. Wie, że kiedy pojawi się pierwsza miesiączka, będziemy świętować. Jest to dla mnie ważne, bowiem pracując z kobietami niepłodnymi zdarza mi się wracać do ich korzeni. Kiedy cofamy się do momentu pierwszej miesiączki, okazuje się, że one jej wcale nie przyjęły. Jedna z moich pacjentek teoretycznie była przygotowana przez mamę na pierwszy okres. Gdy jednak zapytałam, co jeszcze się wtedy działo, okazało się, że w dniu swojej pierwszej miesiączki miała jechać z rodziną do Aquaparku. Pytając jak się czuła, usłyszałam, że był wściekła. Co ciekawe, ciągle cierpiała na bardzo silne bóle w czasie menstruacji. Powiedziałam wtedy: „Ty w ogóle nie przyjęłaś tej miesiączki. Odrzuciłaś ją, bo pokrzyżowała ci plany”. Zaczęłyśmy rozmawiać i przyznała mi rację. Poleciłam jej, żeby „pogadała ze swoją macicą”. W następnym cyklu bólu nie było.

Ból jest dla nas tylko informacją, a my zagłuszamy go tabletkami. Jeśli to robimy, to jak mamy dojść do jego pierwotnej przyczyny? Może to być właśnie lęk, ale też wspominana już przeze mnie męska energia.

Rozmawiałam kiedyś z panią, która także cierpiała na silne bóle w czasie miesiączki. Takie, które ścinały ją z nóg, musiała zwalniać się w tym czasie z pracy. Pierwszy okres przeżyła bardzo w porządku, ale zapytana o to, co robi w trakcie menstruacji odpowiedziała: „Wszystko – idę na fitness, daję sobie w kość.” Dla mnie jest to jasny sygnał, że nie ma w niej zgody na miesiączkę. Menstruacja to czas odpoczynku, regeneracji, przemyśleń. Jest to czas na herbatę, książkę, na dopieszczenie siebie. Jeśli dajesz sobie w tym czasie w kość, oznacza to, że ciągle się z nią siłujesz.

Rozmowa lekiem na wszystko?

Oczywiście, że nie. Zdarza się, że musimy włączyć terapię witaminową, zmienić odżywianie, znieść stres umiejscowiony w miednicy czy też wprowadzić konkretne leki – nieraz jest to niezbędne. Wiele czynników ma wpływ na naszą płodność, dlatego, tak ważne jest całościowe spojrzenie na kobiece ciało i kompleksowe działanie. Najważniejsze jednak, to dostrzec, jak wielka w nas jest siła w postaci naszego cyklu, od niego wszystko się zaczyna i jeśli tylko pokochamy swoją kobiecość, możemy być płodne i radosne na każdym etapie swojego życia.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Noś, tul, kołysz. Rola dotyku w życiu noworodka. Dlaczego jest taki ważny? – radzi położna Agnieszka Mińko

położna na medal
Noś, tul, kołysz. Rola dotyku w życiu noworodka. Dlaczego jest taki ważny? – radzi położna Agnieszka Mińko, ambasadorka kampanii społeczno-edukacyjnej „Położna na Medal”, której redakcja „Chcemy Być Rodzicami” jest partonem!

Dotyk odgrywa bardzo istotną rolę w życiu nowonarodzonego dziecka. Daje poczucie ciepła bliskości i bezpieczeństwa, a także uczy, wychowuje i przynosi ulgę w dolegliwościach. Ma nieocenioną wartość w życiu codziennym matki i jej dziecka, dlatego nie może być bagatelizowany, ponieważ przynosi obojgu wiele korzyści.

Nie od dziś wiemy, że zmysły takie jak wzrok, czy słuch rozwijają się już w życiu płodowym. Dotyk jest ze wszystkich zmysłów tym, który rozwija się najwcześniej. Dziecko rosnąc jeszcze w brzuchu mamy jest poddane wrażeniom dotykowym niemal przez cały czas. Wewnątrz, otoczone płynem owodniowym wprawianym w ruch, otulane jest nim choćby poprzez rytm oddechu. Z zewnątrz często głaskany spokojnym, powolnym ruchem dłoni. Poród to „feria” doznań czuciowych, a zaraz po tym pustka. Zamiast przyjemnego, delikatnego ciepła, szorstkość tkanin, suchość powietrza. I pojawia się płacz i krzyk. Nie wiadomo dlaczego przez większość odczytywany głównie za wyraz głodu? Dlaczego wciąż wydaje się nam, że noworodek do pełni szczęścia potrzebuje suchej pieluszki i pełnego brzuszka? Dlaczego płacz interpretowany jest jako objaw choroby? Czy bliski kontakt nie jest ważny dla młodego człowieka? Otóż jak każdy człowiek, również ten nowo narodzony, potrzebuje ciepła drugiej osoby, bliskości, dotyku, dzięki czemu czuje się bezpiecznie.

Kontakt „skin to skin”

Już po porodzie wskazane jest położenie noworodka na brzuchu mamy, dzięki czemu odnajduje drogę do piersi, by w procesie ssania znaleźć ukojenie po wyczerpującym porodzie. To tu wycisza się, rozluźnia, dostarczając zarówno sobie i mamie euforii, jaką niosą pierwsze wspólne chwile. To tu rozpoczynają już oddzielną, ale wciąż wspólną drogę życia. Mama jako przewodniczka dziecka.

Karmienie piersią

Nie ma potrzeby ograniczania kontaktu dziecka z mamą, jeśli tylko oboje tego chcą, kiedy chcą i ile chcą. Mama jest idealnym środowiskiem na potrzeby adaptacji malucha w zewnętrznym świecie. Niesie z sobą ciepło, odgłos bijącego serca, szmer oddechu tak dobrze znanego dziecku z wcześniejszego życia w łonie matki. Zwykle, nawet tylko leżąc przy piersi noworodek spokojnie śpi.

Noszenie

Naturalnym odruchem rodzica na płacz dziecka jest wzięcie go w ramiona i utulenie. Nie obawiajmy się nosić dzieci. Noszenie, wbrew powszechnym opiniom, niesie za sobą wiele korzyści. Koi płacz, uczy zadowolenia, rozwija ciekawość świata. Dzieci noszone mniej płaczą, uczą się, że mogą w każdej chwili polegać na rodzicu. Rodzicom daje to świadomość i poczucie troski, ułatwia funkcjonowanie w domowej rzeczywistości, a także podróżowanie. Doskonale buduje więź między dorosłym, a dzieckiem. Nie ma powodów, aby tkwić w stereotypach. Łammy je, wychowując świadome, pewne siebie i mądre pokolenia.

Kołysanie

Kołysanie regularnym rytmem nas samych wprawia w spokój, daje wytchnienie.

Noworodkowi przyniesie ulgę w wielu dolegliwościach m.in. w kolce niemowlęcej. Dziecko kołysane jest od poczęcia, zanim jeszcze to sobie uświadomi, więc nie powinniśmy obawiać się przyzwyczajenia, czy rozpieszczenia dziecka. Kołysane niemowlę czuje się bezpiecznie i pewnie, więc z łatwością pokona trudy pierwszych dni życia.

Masaż

Kojąca moc dotyku znana jest nie od dziś. Nie trzeba tłumaczyć, że regularny masaż wpływa korzystnie na rytm snu, rozluźnia napięcia w ciele, wzmacnia mięśnie, poprawia koordynację i rozwój motoryczny. Masaż ma także ogromne znaczenie dla budowania więzi, a także poprawia funkcje życiowe organizmu. Wzmacnia odporność, reguluje funkcje układu pokarmowego, łagodząc wzdęcia i bóle brzuszka dziecka. Nie należy zapominać o korzyściach dla mamy. Pomaga budować harmonie i zaufanie, utwierdzając w kompetencjach macierzyńskich.  Należy jednak pamiętać, by masować spokojnie, najlepiej w rytmie oddechu. W ciepłym pomieszczeniu, podgrzanym olejkiem. Należy powstrzymać się od masażu gdy dziecko jest chore, jest po szczepieniu, tuż po posiłku, wyraża zdecydowany sprzeciw, bądź gdy mama jest zestresowana, zmęczona lub w złym nastroju.

Dotyk ma nieocenioną wartość w życiu młodej mamy i jej dziecka. Rozwija, daje poczucie bliskości, ciepła i bezpieczeństwa. Skoro tak niewielkim wkładem możemy tak bardzo przyczynić się do prawidłowego rozwoju naszych dzieci, wzmocnić je pod względem zarówno fizycznym, jak i emocjonalnym, cóż innego nam pozostaje? Nośmy, tulmy, głaszczmy na zdrowie.

Położna na Medal to prowadzona od 2014 roku kampania społeczno-edukacyjna zwracająca uwagę na kwestie związane z koniecznością podnoszenia standardów i jakości opieki okołoporodowej

w Polsce poprzez edukację i promocję dobrych praktyk. Istotną kwestią kampanii jest również podnoszenie świadomości społecznej na temat roli położnych w opiece okołoporodowej.

Jednym z kluczowych elementów kampanii jest konkurs na najlepszą położną w Polsce. Zgłoszenia do tegorocznej, czwartej edycji konkursu przyjmowane są od 1 kwietnia do 31 lipca 2017 r. Głosy na nominowane położne można oddawać od 1 kwietnia do 31 grudnia 2017 roku. Nominacje i głosy odbywają się na stronie www.poloznanamedal2017.pl

Patronat honorowy nad kampanią i konkursem objęła Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych. Patronat merytoryczny sprawują: Polskie Towarzystwo Położnych, Fundacja Rodzić po Ludzku oraz Stowarzyszenie Dobrze Urodzeni. Mecenasem kampanii jest marka Alantan Plus.

materiał prasowy

Materiały prasowe to teksty przesyłane podmioty zewnętrzne do publikacji w różnych mediach, informują o wydarzeniach, osiągnięciach, bywają zaproszeniami na spotkania.