Przejdź do treści

7 ciąż i 2 dzieci. Moja walka o zajście w ciążę przy APS – poznaj historię Agnieszki.

Fot. fotolia

Przeciwciała kardiolipinowe utrudniały mi zajście w ciążę. Jak najlepiej opisać moje starania – raczej walkę – o dziecko? W ciąży byłam 7 razy a mam 2 dzieci. Na widok tabletek odrzuca mnie do dziś a brzuch miałam podziurawiony od zastrzyków jak poduszka do igieł.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kiedy napisaliśmy tekst o 12 badaniach, które musisz zrobić zanim zajdziesz w ciążę, pani Agnieszka napisała komentarz do wszystkich staraczek: pamiętajcie o badaniu przeciwciał kardiolipinowych (zespół antyfosfolipidowy). Dlaczego jej apel jest tak ważny? – Poznajcie historię Agnieszki.

Nic nie zapowiadało, problemów, by spełnić marzenie o dziecku

Zapadła decyzja. Tak jesteśmy gotowi na dziecko. Choć myślę o sobie, że zawsze byłam, bo mam sporo rodzeństwa i często na moich barkach zostawała opieka nad nimi. Narzeczony również tego chciał, pomimo, że oboje byliśmy wówczas bardzo młodzi. Więc działaliśmy, ale ciąża się nie pojawiała…

Długie starania przyniosły oczekiwaną nowinę

Pod opieką ginekologa byłam od ukończenia 12 lat. Zawsze imały się mnie jakieś infekcje, torbiele. Zaczęłam się martwić, że coś nie gra.
Aż któregoś dnia się obudziłam i wiedziałam, że się udało! Po prostu to czułam. Test potwierdził moje przypuszczenia. Na ciążę czekałam niecały rok.  Czułam się średnio, ale myślałam, że to typowe dolegliwości ciążowe. Z drugiej strony denerwowałam się, że o wszystkie badania muszę prosić lekarza, nawet o USG. Lekarz zapewniał, że wszystko w porządku, więc mu wierzyłam.
W 33 tygodniu  ciąży obudziły mnie skurcze. Wiedziałam, że dzieje się coś złego. Pojechałam na izbę przyjęć, bo wiedziałam, że mój lekarz machnie ręką. Okazało się, że mam rozwarcie około 3 cm, a skurcze nada się rozkręcają. Leki, zastrzyki na podtrzymanie ciąży i tak 9 dni. Miałam na siebie uważać, więc bardzo o siebie dbałam. Rodzić zaczęłam dopiero w 41 tygodniu. Na porodówce szło szybko i książkowo. Przy przebijaniu wód okazało się, że nie są one prawidłowe. Urodziłam w asyście męża i położnej po 8 godzinach. Syn ważył 3700g i miał 56 cm. Urodził się siny i nie płakał. W ogóle się nie ruszał. Dostał 3/5/8/8 pkt. Długo krzyczałam, że chce, żeby zapłakał. Zabrali go a mąż pobiegł z nimi. Wrócił po 30 min. z dobrą nowiną, że synek oddycha.

Okazało się, że synek jest bardzo słaby, że złapał wszytko co mógł, od zapalenia ropnego, po gronkowca złocistego. Trafił do inkubatora poprzyczepiany kabelkami do aparatury. Lekarze się dziwili, że taki duży, fajny a ma taki słaby organizm.

Nikt wówczas nie dociekał, czy to nie jest moja wina a ja… znowu zaszłam w ciążę

Syn wyleczony z bakterii po 2 tygodniach wrócił ze mną do domu. Po niedotlenieniu okołoporodowym synek wymagał rehabilitacji. Dziś ku zaskoczeniu lekarzy chodzi, mówi, śmieje się i nic po nim nie widać.
W lipcu tego samego roku ponownie zaszłam w ciążę.  Po kilku dniach od wykonania testu dostałam miesiączki, ale innej niż do tej pory. Bardzo obfitej.  Więc na wszelki wypadek zrobiłam IP. Diagnoza: nieprawidłowe krwawienie maciczne. Pomyślałam wtedy, że to wina wadliwego testu. Dopiero dużo lat później dowiedziałam się, że to była ciąża biochemiczna.
Myśl o następnym dziecku pojawiła się po 3 latach. Starania, ale na spokojnie, aż w sierpniu się udało patrzę, znów dwie kreski. Radość nie trwało jednak długo. Po kilku dniach koszmar sprzed lat się powtórzył. Wiedząc że coś jest nie tak znów zrobiłam IP, a tam ta sama diagnoza. Kiedy pokazałam testy ciążowe lekarzowi, stwierdził: „że czasem tak bywa”. Nic mi nie wytłumaczył. Znów ciąża biochemiczna, czyli już 2.

Staraliśmy się dalej, ale bezowocnie.

Czarny scenariusz powracał jak bumerang…

W maju 2015 roku (5 lat od 1 porodu) ponownie zaszłam w ciążę, potwierdzoną dwoma testami ciążowymi z moczu i tym razem również z krwi. Wynik pozytywny. Niestety scenariusz ponownie się powtórzył. Poroniłam pod  koniec 6 tyg. ciąży, zanim dostałam się do innego lekarza. Płakałam 3 dni.
Wróciłam do domu. I nie mogłam uwierzyć. Poszłam do kolejnego lekarza. Opowiedziałam całą historię, poprosiłam o wytłumaczenie. Choć w głowie kołatały mi się myśli… czemu ja??? Gdy usłyszałam: „że tak bywa, że natura i Bóg wiedzą co robią, jestem młoda mam zrobić następne” wyszłam trzaskając drzwiami.
Odczekałam dokładnie 3 miesiące. I się udało.
I znów kilka testów każdy innej firmy, wszystkie pozytywne. Test z krwi. Pozytywny. Poszłam do lekarza, na USG pokazał zarodek, po czasie serce… Cieszyłam się niewyobrażalnie…. Poroniłam w 11 tygodniu ciąży.
Z wypisem wróciłam do lekarza, zapytałam czemu mi nie dał żadnych leków podtrzymujących ciążę (a prosiłam kilka razy), powiedział, że ciąży do 13 tygodnia się nie ratuje, to jest kwestia Boga. I że tak miało być.
Jak zapytałam co teraz, dowiedziałam się, że lekarz nie widzi potrzeby robienia szczegółowych badań i dociekania , dlaczego nie mogę utrzymać ciąży, bo…muszę poronić 3 razy!!1 Z płaczem zapytałam, czy ma serce skazywać mnie 3 raz na to samo. Nic nie powiedział. Już do niego nie wróciłam. Zamknęłam się w sobie.
Szukałam na własna rękę. Polecono mi innego lekarza.  Zaproponował serie badań: morfologia, ob, crp, żelazo, mocz, toksoplazmoza, żółtaczka, cytomegalia i przeciwciała kardiolipinowe.

Jak usłyszałam, że mogę, chciałam zawalczyć o ciążę

Zrobiłam wszystkie zlecone badania. Lekarz żartował, że dużo tego wyszło, ale warto sprawdzić wszystko, żeby wykluczyć…. no właśnie. Wszystkiego nie dało się wykluczyć, bo okazało się, że jeden z wyników zdecydowanie odbiega od normy. Wyszły mi przeciwciała kardiolipinowe na bardzo wysokim poziomie.
Lekarz wytłumaczył mi, że jest to zespół antyfofolipiodwy, gdzie przeciwciała w krwi działają przeciwko własnemu organizmowi. Że powinnam znaleźć reumatologa, który się mną zaopiekuje. Wytłumaczył mi, że jeśli chodzi o ciążę, jest to możliwe, ale leczenie jest trudne i wymagające.
Postanowiłam zawalczyć o dziecko, dlatego zdecydowałam się na leczenie.  Brałam leki i codziennie zastrzyki w brzuch. Po 1 zastrzyku płakałam, bo był bolesny, po 2 też… po 5 już tylko wykrzywiałam z bólu twarz. Potem znów to samo, test ciąża i znowu biochemiczna.

Powiedziałam sobie dość! To było ponad moje siły!

Powiedziałam dość, nie dam rady. Był luty 2016. Byłam zmęczona psychicznie i fizycznie.  Poszłam do nowego ginekologa. Tym razem to była kobieta. Nowa pani doktor była bardzo życzliwa, życiowa osoba, płakała ze mną. Przytuliła mnie oznajmiając; damy radę. Powtórzyła badania, potwierdziła diagnozę.

Przeciwciała kardiolipidowe stały na mojej drodze do ciąży

Przeciwciała kardiolipinowe uszkadzają moje komórki w tym jajowe. Więc przed zajściem w ciążę, znowu to samo leczenie: leki i zastrzyki.

Momentami miałam dość tego bólu i codziennych zastrzyków. Mój brzuch wyglądał jak poduszka do igieł. Jednak szybko sobie przypominałam, po co to robię i wiara wracała. I się udało.

Ciąża nie była łatwa. Na izbie przyjęć w szpitalu bardzo dobrze mnie już znali. Ale najważniejszy był efekt: w styczniu 2017 urodziłam przez CC syna w 37 tygodniu : 3900g 56 cm – wielki,  zdrowy, najpiękniejszy na świecie syn.

Jak najlepiej opisać moje zmagania (raczej walkę) o ciążę? W ciąży byłam 7 razy a mam 2 dzieci. To mój ból, krzyk, moja karma i wołanie lekarzy: tak ma być, Bóg tak chciał.

POLECAMY:

Strata po stracie – poronienia nawracające

Zespół antyfosfolipidowy przyczyną poronienia

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

 

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Trzy lata oczekiwań na cud. Najpierw lekarz podejrzewał, że to zapalenie żołądka!

Trzy lata oczekiwań na ciążę
fot. Pixabay

Odkąd pamiętam miałam problemy ginekologiczne. Wciąż torbiele, nieregularne cykle, upławy. Każdy lekarz sądził, że to całkiem normalne, ot – zaburzenia okresu dojrzewania. Ale ile można dojrzewać…?  – zaczyna swoją opowieść Natalia.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

W końcu trafiłam jednak na lekarza, który przejął się wynikiem mojej cytologi. Zostałam skierowana do kliniki w Poznaniu i jednocześnie do poradni i endokrynologa. Badanie w poradni wykazało zmiany nabłonkowe oraz wirusa HPV 16. Byłam przerażona… Miałam wtedy 19 lat i już takie schorzenia! Kazano mi wrócić za pół roku i w tym czasie obserwować, czy dzieje się coś niepokojącego…Uwielbiam gdy lekarze każą czekać! Byłam wściekła!

Wyniki badań i załamanie

W międzyczasie dostałam się na oddział na endokrynologii ginekologicznej. Spędziłam tam trzy dni, w tym czasie wykonano mi masę badań. Nareszcie ktoś zadawał mi pytania i odpowiadał też na moje.
Przy wypisie załamałam się totalnie. Dostając wypis i rozpoznanie czułam jakbym zapadała się pod ziemię z powodu ciężaru, jaki czułam wtedy na sercu. Oprócz niepłodności zdiagnozowano u mnie także m.in. hirsutyzm, niedoczynność tarczycy. Nie zwracałam na resztę uwagi. Miałam wrażenie że słowo NIEPŁODNOŚĆ jest podkreślone i napisane na czerwono. Cieszę się, że nie byłam sama w tym momencie I mogłam liczyć na chłopaka, który odbierał mnie ze szpitala .

Całą drogę do domu zastanawiam się: dlaczego? Czy jestem aż tak złym człowiekiem? Dlaczego to akurat ja? Tyle ludzi zostaje rodzicami i porzuca dzieci. Dlaczego my, którzy tak bardzo tego chcemy, nie możemy?
Wedle zaleceń mój partner miał zrobić dodatkowe badania, a ja zacząć brać leki. I znów kontrola za jakiś czas.

Oczywiście tego samego dnia wykupiłam receptę i wedle zaleceń rozpoczęłam leczenie. Cykle wywołane były regularnie. Po pół roku czas na wizyty kontrolne. W poradni okazało się, że zmiany są uśpione i nie są groźne. Cytologia jest na poziomie pierwszym, zatem sytuacja opanowana. Światełko we mgle! Coś się zaczęło dziać na moją korzyść. Jednak kontrola u endokrynologa była dość powierzchowna. Bez badań. Dopisano mi tylko lek na owulację. W międzyczasie zaręczyliśmy się wraz z K.

Po tej wizycie nastał czas na badania nasienia. Nie musiałam go namawiać. Wiedziałam, że wiele to go kosztuje, ale nawet przez chwilę nie wycofywał się ze swojej decyzji. Bardzo chciał dziecka.

Emocje niepłodności

Wyniki badań wyszły rewelacyjnie. Co z jednej strony powinno cieszyć, ale…. Wzbudziło to we mnie wyrzuty sumienia, że to moja wina, że przeze mnie nie będziemy mieć nigdy dzieci. Że nie spełnię się nigdy jako matka, zatem nie będę w 100 proc. kobietą. Nie zliczę przepłakanych nocy. Długo nie umiałam przyznać się K., dlaczego tak płaczę i co mnie męczy. Potrafiłam wybudzić się w nocy z płaczem, bo śniło mi się, że jestem w ciąży.

Popadłam w paranoję… Czułam nienawiść do matek, które szły z dziećmi koło mnie na ulicy. Wiem, że to chore, do tej pory nie umiem wyjaśnić tego uczucia. Zazdrość? Złość? Przecież te kobiety nigdy mi nic nie zrobiły, nie mają pojęcia o moich problemach… Byłam tego świadoma, ale mimo wszystko nie umiałam zwalczyć tego złego nastawienia.

Zobacz także: Czy negatywne emocje pomagają parom niepłodnym?

Odpuściłam

Zdarzyło się kiedyś, że nie miałam recepty na leki i musiałam zrobić przerwę. Wtedy organizm od razu się zbuntował, miesiączka się nie pojawiła, wykonałam tonę negatywnych testów na owulację. Mimo to, łudziłam się. Co miesiąc biegłam do apteki po test ciążowy. Nie mówiłam już o nich K., bo widziałam co powie.”Za bardzo się nakręcasz, musisz odpuścić, bo popadniesz w paranoję”.

Raz testy były całkiem negatywne, raz miały jedną wyraźną kreskę, a drugą bladą. Jednak ciąży nadal nie było. Mijały tygodnie, miesiące, lata…

W maju 2017 roku odstawiłam leki. Byłam od stycznia na diecie, zmieniałam pracę, zajęłam się przygotowaniami do ślubu… zwolniłam tempo i odpuściłam. Miesiączka o dziwo się pojawiła!
Jednak nie sprawdzałam już dni płodnych, postanowiłam zająć się tym po ślubie. Obrałam swego rodzaju pogląd że tak musi być i może Bóg czeka na ślub, bo chce, by wszystko było w odpowiedniej kolejności.

W czerwcu i lipcu miesiączki także się pojawiły. W sierpniu już nie. Dzień przed ślubem ciekawość wzięła górę, zrobiłam test. Jednak wynik okazał się taki, jak wiele poprzednich. Jedna kreska ciemna, druga jasna i ledwo widoczna. No cóż, tym razem bez emocji „wzięłam to na klatę”.

Lekarz podejrzewał zapalenie żołądka

Minął sierpień. Po powrocie z podróży poślubnej zaczęłam się źle czuć, leżałam bez sił w domu, wszystko mnie bolało i okropnie wymiotowałam. Znając wynik testu nie myślałam nawet o ciąży. Bolały mnie piersi tak, jak przed miesiączką, więc na nią czekałam.

Wiele osób sugerowało mi ciążę, ale zbywałam ich tłumacząc się negatywnym wynikiem testu. Z K. z czasem nauczyłam się rozmawiać o wszystkim. Gdyby nie on i jego otwartość dawno bym zwariowała.

Chciałabym dodać, że bliskość drugiej osoby jest bardzo ważna. Czasem nie trzeba nawet rozmawiać, chodzi o to, by móc chociaż przy kim się wypłakać. Często lepiej razem pomilczeć, niż kogoś męczyć setkami pytań.

Narzekając sobie na mój stan bolących piersi K. wypalił „może jesteś w ciąży?” – wyśmiałam go wtedy.
Na drugi dzień miałam wizytę u lekarza rodzinnego, po opisie objawów stwierdził zapalenie żołądka. W międzyczasie, z dnia na dzień, rzuciłam papierosy, bo wywoływały mdłości. Lekarz uznał to za normalne przy ostrym zapaleniu i wypisał receptę.

Zobacz także: Dziewięć lat starań i DWA szczęśliwe zakończenia

Podczas badania myślałam, co ugotuję na obiad

Po tej wizycie miałam jeszcze chwilę czasu, więc udało mi się dostać na szybką wizytę do ginekologa. Oczywiście pewna siebie poprosiłam lekarza o leki na wywołanie miesiączki, bo znów się nie pojawiła  Tłumaczyłam to stresem przed ślubem. Lekarz jednak uznał, że warto zrobić USG, popatrzyłam na niego z niechęcią i burknęłam „nie ma po co, jestem niepłodna”.

Przemilczał to, poczułam się głupio, mogłam ugryźć się w język. Podczas badania myślałam o tym, co ugotuję na obiad. Wtem lekarz poprosił, abym popatrzyła na monitor. – Czy widzi tu coś pani? – zapytał mnie. – Jakąś czarną plamę – odpowiedziałam.  – Nie plamę, tylko 10-cio tygodniową ciążę – stwierdził.

Otworzyłam buzię i nie umiałam wydusić z siebie słowa. Wstałam i usiadłam przy biurka lekarza. – Wszystko w porządku? Cieszy się pani – dopytywał lekarz.  – Oczywiście, że tak, ale jak to możliwe? – zastanawiałam się w szoku. – A więc musi to być cud – powiedział z uśmiechem.

fot. z archiwum Natalii

fot. z archiwum Natalii

Tornado emocji

Po tych słowach lekarza polał się strumień łez. Nie byłam na to przygotowana, ręce trzęsły mi się okropnie. Milczałam i słuchałam uważnie doktora. Zalecił mi założenie karty ciąży w rejestracji. Wyszłam. Czułam, że jestem blada, każdy na mnie patrzy, a ja łapię się za brzuch i zastanawiam się, czy na pewno mi się to nie śni.

W rejestracji kolejka. Wyszłam na dwór. Zawsze marzyłam, by przekazać K. tę nowinę w jakiś oryginalny sposób, aby zapamiętał tę chwilę do końca życia. Ale emocje robią swoje. Zatem dzwonię . – Wracam z pracy do domu już. I co tam u lekarza? – usłyszałam w słuchawce. – Jestem w ciąży! – krzyknęłam.  ( W odpowiedzi usłyszałam ryk i płacz). –  No to świetnie! – cieszył się K. i użył przy tym niecenzuralnego słowa.

Reszty rozmowy nie pamiętam. Skupiłam się na jego reakcji, na tym, że jest szczęśliwy. Zakładając kartę ciąży wciąż nie wierzyłam… Podczas rozmowy z panią pielęgniarka uświadomiłam sobie, że wszystkie moje dotychczasowe dziwne objawy idealnie pasują do początku ciąży, a ja zupełnie tego nie zauważyłam. Wróciłam do domu znów ryk szczęścia i strachu. Tak na to czekałam, a czuję się tak niegotowa.

Wciąż nie byłam w stanie uwierzyć w to, co się wydarzyło. Bałam się, że to jakaś pomyłka, że lekarz pomylił dziecko z torbielą i moje szczęście zaraz pryśnie jak mydlana bańka. Dopiero na drugi dzień gdy ochłonęłam, opuścił mnie lęk i zaczęła się olbrzymia radość.

Moja rada dla Was

Wiem, jak szczęście innej kobiety może boleć osoby walczące o dziecko. Wiem, że może być wam ciężko to czytać i nie jednej lecą łzy. Ale chcę abyście widziały, że niepłodność nie jest wyrokiem. Trzeba temu cholerstwu stawić czoła! Wiara czyni cuda. Ja na mój cud czekałam trzy lata. Zapewne wiele z was czeka dłużej wasza wiara usycha. Nie poddawajcie się, walczcie!

Po rozmowie z wieloma osobami doszłam do wniosku, że dzięki temu, że odpuściłam – udało nam się. Wyłączyłam mózg na ciążę. Dałam sobie czas, przestałam ulegać presji.

Zmiana diety, zmiana otoczenia (pracy), znalezienie pasji czy zajęcia, odciążenie głowy od ciągłej myśli o ciąży i dobry lekarz to wskazówki które mogę Wam pozostawić. Każda z Was jest inna.

Niepłodność nie jest jednoznacznym wyrokiem! Trzymam kciuki za każdą z Was kobietki! Nieważne ile macie lat, skąd jesteście, jaka jest przyczyna, bądźcie wsparciem dla siebie nawzajem, bo nikt lepiej nie zrozumie tego bólu. Życzymy Wam jak najwięcej siły, wiary, wytrwałości, przyjaznych ludzi wokół i zdrowego rozsądku, bo nie tylko ciało jest ważne w tej walce. Ważne też jest nasze serce i dusza.
Samych pogodnych dni i spełnienia tego jedynego marzenia. Natalia.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

„Błona dziewicza” znika z norweskiego słownika

"Błona dziewicza" wykreślona ze słownika w Norwegii
fot. Pixabay

Sformułowanie „błona dziewicza” zostało wykreślone z Wielkiego Leksykonu Norweskiego. Jakim słowem je zastąpiono i dlaczego?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Norweskie słowo „jomfruhinnen” czyli błona dziewicza zostało zastąpione wyrażeniem „skjedekrans”, które można przetłumaczyć jako „wieniec pochwy” lub „fałdkę pochwową”. Do zmiany nazewnictwa doszło po dyskusji na temat tego, czy lekarze mają prawo sprawdzać dziewictwo na życzenie rodziców nastolatek.

Zobacz także: Utrata dziewictwa zapisana w genach

„Błona dziewicza” wykreślona ze słownika w Norwegii

Norweskie Ministerstwo Zdrowia wystosowało oficjalny komunikat, w którym poinformowało, że na podstawie badania błony dziewiczej ginekolodzy nie są w stanie ocenić, czy pacjentka rozpoczęła współżycie.

Do przerwania błony może bowiem dojść na skutek chorób, masturbacji, czy aktywności fizycznej. Ze względu na jej różnorodny kształt, może być też wyczuwalna u kobiet, które wielokrotnie odbyły stosunek seksualny. Zdarza się, że u niektórych pań występuje wrodzony brak błony dziewiczej.

Poza tym, jak zaznaczają eksperci, błona dziewicza tak naprawdę wcale nie jest błoną i powinno się ją raczej nazywać fałdką. Ministerstwo uznało zatem nazwę błona dziewicza za wprowadzającą w błąd.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Focus, O2, Rynek Zdrowia

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Niepłodność i utrata ciąży. Dlaczego są tematem tabu?

Niepłodność i utrata ciąży

Społeczeństwo nadal widzi niepłodność i utratę ciąży jako tematy zakazane. Kobiety są na mniej lub bardziej świadomym poziomie oskarżane o niepowodzenia w zakresie płodności – uważa psycholog.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kiedy Basia trafiła na izbę przyjęć, przez kilka godzin siedziała pomiędzy mocno zaokrąglonymi kobietami czekającymi na badanie ktg. Była to jej druga wizyta w tej izbie przyjęć. Dwa lata wcześniej też tak czekała, z tymi samymi objawami – mocnym krwawieniem i niewielkim już bólem. Wiedziała więc, czego się spodziewać. Pierwszą ciążę straciła w pierwszym trymestrze, teraz była w 6 tygodniu, ciąża była więc maleńka, bez szans na utrzymanie. Jednak badanie pokazało, ze tym razem dziecko rozwijało się bezpiecznie, a krwawienie brało się z opróżniającego się krwiaka.

Samotny ból po stracie a dookoła ciężarne

Basia poczuła ogromną ulgę i radość, jednak te godziny w poczekalni przypomniały jej to, co czuła dwa lata wcześniej – smutek, żal, poczucie porażki i ogromną samotność. Czuła, że nikomu nie może powiedzieć o stracie ciąży, o tym, jak się czuje. Z jednej strony bardzo chciała opowiadać, dokładnie, ze szczegółami o tym, co przeszła, na co czekała i co się nie wydarzyło, a z drugiej miała silne przeświadczenie, że o „tym” nie można swobodnie mówić. Strata ciąży nie była jednym, co się Basi i jej mężowi przydarzyło. O każdą ciąże starali się długo i korzystali z pomocy lekarzy. Straty były więc tym boleśniejsze, a tajemnice głębsze.

Niepłodność i utrata ciąży – tematy tabu

Społeczeństwo nadal widzi niepłodność i utratę ciąży jako tematy zakazane. Kobiety są na mniej lub bardziej świadomym poziomie oskarżane o niepowodzenia w zakresie płodności. Na to nakłada się niewiedza i ideologia fałszujące wiedzę na temat płodności, kontroli płodności oraz zaburzeń w tym obszarze.

Jeśli temat niepłodności ma się stać częścią realności, jeśli ma wejść do świadomości ludzi i przestać być dla pacjentów źródłem wstydu, trzeba zacząć o nim rozmawiać. Otwarcie, szczerze i uczciwie. W przeciwnym razie wokół niepłodności nadal będzie wiele mitów, nieprawdy, wyszydzania, a czasem nawet okrucieństwa. A ci, którzy jej doświadczyli nadal będą się zmagać w samotności.

Czytaj też: Samotność w niepłodności

 

Dlaczego kobiety milczą?

Macierzyństwo zawsze było rozumiane jako jedna z najważniejszych (jeśli nie najważniejsza) rola kobiety. Ciało kobiety jest od początku przygotowywane do tego, żeby móc urodzić i karmić. Matki mają szczególne miejsce w rodzinie i w społeczeństwie. Nawet jeśli dziś kobieta ma znacznie szerszy wybór i może zrobić ze swoim życiem wiele różnych rzeczy, to jednak gdzieś macierzyństwo zawsze jest jakoś rozważane. Nawet jeśli ma zostać ostatecznie odrzucone.
Macierzyństwo wydaje się sprawą nieskomplikowaną i oczywistą. A dzieje się tak między innymi dlatego, że nie mówimy o tym, jak czasem trudno jest zostać matką. Nie mówimy o tym, że nie każda ciąża kończy się porodem, a poród macierzyństwem. Widzimy tylko fragment rzeczywistości, który staje się ostateczny i wiążący.

Poronienia a statystyki

Powszechnie sądzi się, że poronienie jest problemem marginalnym. Jest to oczywista nieprawda. Statystyki mówią o tym, że jedna na cztery ciąże kończy się przedwcześnie. Nie bez powodu kobiety często ukrywają informacje o ciąży do „bezpiecznego” dwunastego tygodnia. Jednak z niewiedzy biorą kolejne przekłamania. Przy tak niewielkiej wiedzy na temat powszechności poronień, nietrudno o błędne przypisywanie ich przyczyn różnym zachowaniom kobiet. Można więc spotkać się z teoriami, że kobieta straciła ciążę, bo dźwigała, schylała się, wieszała firanki albo wzięła środek przeciwbólowy. Albo też dlatego, że jest na coś chora, nawet jeśli lekarze nie są w stanie znaleźć medycznej przyczyny utraty. A może piła alkohol, paliła, prowadziła niehigieniczny tryb życia, za dużo ćwiczyła lub za mało. Tak czy inaczej sama jakoś to poronienie spowodowała.

Im więcej ciąż straciła kobieta, tym większe ryzyko, że niepowołani do tego ludzie będą ją diagnozować, leczyć i doradzać.

Według niektórych specjalistów nawracające poronienia są rozumiane jako niepłodność.

Dlaczego więc o tym nie mówimy, skoro statystki są tak wyraźne? Skoro za każdą cyfrą stoi jakaś realna kobieta, skoro prawie każdy z nas zna kogoś, kto stracił ciążę?

Czasami kobiety milczą ze wstydu. Z poczucia, że zawiodły w tym najbardziej oczywistym i nieskomplikowanym celu, jakim jest zostanie matką. Wstydzą, tak jak zwykle wówczas, kiedy okazuje się, że nie jesteśmy doskonali. Zawodzi ciało albo co gorsza psychika. Niepłodność jest tematem tabu również z obawy, że rozmówca może się zawstydzić,  poczuć dyskomfort. Jednym ze sposobów na radzenie sobie z tego typu uczuciami jest sięgniecie po racjonalizację. Łatwiej wówczas szukać też wyjaśnień danej sytuacji, nawet mało prawdopodobnych. Ważne, żeby coś porządkowało rzeczywistość. Stąd mnogość „dobrych rad” i tłumaczeń. Jednak często oparte są one na dobrych chęciach, a te nie muszą wynikać z rzetelnej wiedzy.

Kobiety mają ogromną siłę sprawczą. Potrafią zmienić nawet najbardziej niekorzystną dla siebie rzeczywistość, wpłynąć na kształt prawa, jak również opinię publiczną. I to właśnie kobiety mogą również zacząć uczciwą dyskusję o niepłodności. Trudną, bo obnażającą bardzo intymne doświadczenia wielu z nas, ale tez bardzo potrzebną.

POLECAMY: 8 najczęstszych przyczyn utraty ciąży

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Jak alkohol zabija męską płodność

Jak alkohol zabija męską płodność
fot. Pixabay

Alkohol ma szkodliwy wpływ na męską płodność i obniża jakość plemników – dowodzą badania naukowców z University of Queensland w Australii. Dlaczego tak się dzieje?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Unikanie alkoholu w czasie starań o dziecko i w okresie ciąży zazwyczaj kojarzone jest z abstynencją kobiet. Ekspozycja na alkohol w okresie prenatalnym może bowiem prowadzić do powstania m.in. wad nerek, serca, zespołu ADHD i alkoholowego zespołu płodowego (FAS) u dziecka.

Zobacz także: 5 powodów, dla których twój mężczyzna nie powinien brać sterydów

Alkohol negatywnie wpływa na geny – testy na zwierzętach

Nadużywanie alkoholu przez mężczyzn również może mieć negatywny wpływ na rozwój dziecka. Badania pod tym kątem przeprowadzone zostały na myszach przez naukowców z Konkuk University w Seulu.

Eksperymenty wykazały, że wśród płodów poczętych przez samce, którym podawano różne dawki alkoholu, dochodziło do nieprawidłowości w rozwoju narządów. W grupie kontrolnej, gdzie samcom zamiast alkoholu podawano roztwór soli fizjologicznej, takie nieprawidłowości nie występowały.

Według autorów badań, alkohol negatywnie wpływa na geny przenoszone przez nasienie, czego widocznym następstwem są uszkodzenia płodu.

W innym badaniu oceniono z kolei kondycję nasienia i płodność u samców szczurów. Zwierzętom przez 10 tygodniu aplikowano do żołądka etanol. Okazało się, że po tym okresie znacznie zmniejszyła się koncentracja plemników i ich zdolność do prawidłowego poruszania się. Co ciekawsze, żaden ze szczurów nie zapłodnił w tym czasie samicy.

Testy przeprowadzone na zwierzętach dowodzą, że pojedyncza dawka etanolu zaaplikowana do żołądka, prowadzi do uszkodzenia jąder i komórek niezbędnych do produkcji nasienia.

Zobacz także: 3 naturalne składniki, które pozytywnie wpływają na jakość nasienia – wiedzieliście?

Jak alkohol zabija męską płodność

Ostatnie badania naukowców z University of Queensland potwierdzają, że istnieje związek pomiędzy spożywaniem alkoholu a słabą jakością plemników. Stosowanie tego typu używek przez przyszłych ojców może powodować również problemy zdrowotne u dzieci.

Według badań, spożycie alkoholu wywołuje negatywne skutki na wszystkich poziomach męskiego układu rozrodczego. Ma również negatywny wpływ na funkcje neurologiczne, behawioralne, fizyczne i poznawcze przyszłego pokolenia.

W badaniu Australijczyków wzięło udział 1,221 młodych mężczyzn (od 18 do 28 roku życia). Wyniki pokazały, że im więcej alkoholu spożywali, tym gorsze były parametry nasienia.

Takie szkodliwe oddziaływanie można było zauważyć u osób, które wypijały co najmniej pięć jednostek alkoholu tygodniowo, natomiast u tych, którzy wypijali więcej niż 25 jednostek, wyniki były jeszcze gorsze.

Dokładny mechanizm oddziaływania alkoholu na plemniki i zdrowie płodu nie został jeszcze zbadany. Naukowcy sugerują, że napoje procentowe mogą zmieniać mikrośrodowisko w jądrach.

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Źródło: Maily Dail

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.