Przejdź do treści

5 faktów o testach owulacyjnych – sprawdź, co mówi lekarz!

testy owulacyjne

Starania o ciążę mogą wiązać się z licznymi wizytami u specjalistów, badaniami, monitoringiem cyklu. Jednym z elementów diagnostyki, jak i samych starań właśnie, są m.in. testy owulacyjne. Postanowiliśmy przyjrzeć się im bliżej – czy ich wykonywanie jest konieczne? Co tak naprawdę pokazują i komu są polecane? 

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

1. Co wskazują?

Testy owulacyjne badają poziom hormonu luteinizującego (LH). Wykonuje się je na kilka dni przed owulacją, by określić tzw. pik LH, czyli nagły wzrost stężenia opisywanego tu hormonu. Wyznaczenie momentu pęknięcia pęcherzyka Graafa i uwolnienia się dojrzałej komórki jajowej, zwiększa szanse na ciążę. W momencie, gdy jedna z próbek jest dodatnia i tzw. pik LH został złapany, zakładamy, iż w przeciągu 12-24 godzin powinna wystąpić owulacja.

2. Jak należy je wykonywać?

Test powinno wykonywać się dwa razy dziennie – rano i wieczorem. Co ważne, poranny test musu być wykonany dopiero z kolejnej porcji moczu (nie z moczu nocnego). „Warto pamiętać, że wykonywanie testu raz dziennie – np. tylko rano lub tylko wieczorem – nie ma sensu. Przede wszystkim, poranny test nie powinien być wykonywany z moczu nocnego, który zbiera się w organizmie po nieraz nawet kilkunastu godzinach” – mówi w rozmowie z nami mówi dr Robert Gizler, specjalista ginekolog-położnik z kliniki InviMed we Wrocławiu.

 3. Testy owulacyjne nie są podstawą

Interpretacja wyników jest utrudniona, gdy cykle kobiet są nieregularne. Często nie wiadomo wtedy nawet, kiedy należy zacząć owe testy wykonywać (jeżeli nie wiemy kiedy w ogóle może wystąpić owulacja). Stąd tak ważne jest by traktować testy owulacyjne jako wspomaganie leczenia, a nie jego podstawę. Powinny być one połączone z klasycznym monitorowaniem i wykonywane po konsultacji z lekarzem.

Testy owulacyjne to element wspomagający diagnostykę. Nie powinno się jednak na nich bazować i określać je jako główny element, na którym będzie opierać się ewentualne leczenie. Do tego służą konkretne badania hormonalne i konkretny sposób monitorowania cyklu. Dopiero połączenie jednego z drugim da nam sposób na to, by ocenić cykl kobiety” – słyszymy od eksperta.

4. Mogą budzić wątpliwości

Wyniki mogą być fałszywie pozytywne lub fałszywie negatywne, szczególnie w przypadku ewentualnych zaburzeń. Ponownie – należy oprzeć się tutaj przede wszystkim na wskazaniach lekarza. „Części przypadków PCOS towarzyszy nadmierne wydzielanie hormonu LH i nieraz jest on obecny w moczu właściwie przez cały czas. W takim wypadku testy owulacyjne są np. cały czas dodatnie lub cały czas słabo dodatnie. Może to wywoływać tylko niepotrzebne, dodatkowe frustracje i tak naprawdę nie przekazywać nam żadnych informacji” – zaznacza dr Gizler.

5. Uważaj na dodatkowy, niepotrzebny stres!

Przyjrzyj się także swoim emocjom, które pojawiają się w czasie starań o dziecko. „Nawet z medycznego punktu widzenia nadmierne wykonywanie testów może przeszkadzać. W niektórych przypadkach może budować swego rodzaju fałszywe przekonanie, że owulacji nie ma, lub cykl jest nieprawidłowy, podczas gdy dziewczyna ma np. bardzo regularne miesiączki, co jest zupełnie niecharakterystyczne dla cykli bezowulacyjnych. Ona zaś zacznie frustrować się negatywnymi wynikami testów, a być może po prostu ominęła pik LH” – opiniuje ginekolog-położnik. Jeżeli zauważysz, że wykonywanie testów zaczyna wiązać się ze zbyt dużą frustracją, zastanów się, dlaczego tak się dzieje. Być może specjalista będzie miał inny pomysł na śledzenie twojego cyklu? Dla własnego dobra, warto byłoby to skonsultować.

Zobacz też:

Najczęstsze objawy owulacji. O niektórych mogłaś nie wiedzieć

4 składniki, które warto suplementować w czasie starań – poznaj porady lekarza

Za niski i za wysoki poziom ESTROGENÓW – co warto wiedzieć?

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Mężczyzno – poznaj szczegóły wizyty u androloga!

wizyta u androloga

Dla wielu mężczyzn wizyta u androloga wciąż wiąże się z wielką niewiadomą. Przez najważniejsze jej etapy i dodatkowe badania, które mogą być elementem dalszej diagnostyki męskiej niepłodności, przeprowadził nas androlog, dr Jan Karol Wolski.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

1. Badania nasienia

Czy są badania, które androlog już na początku zleca zgłaszającemu się do niego mężczyźnie? Tak, na pewno są to badania znajdujące się w standardzie przyjętym w Polsce. „Pacjent musi mieć na wstępie zrobione dwa badania nasienia, w tym jedno z posiewem” – mówi dr Wolski.

Aby próbka uznana była za wiarygodną, nasienie oddane do badania pobrane być musi co najmniej po 48 godzinach, ale też nie później niż tydzień od poprzedniego wytrysku. Dlaczego? „Gdy wytryski są zbyt częste, koncentracja plemników (liczba) jest zbyt mała, co może skutkować fałszywie ujemną informacją o obniżonej płodności. Niekoniecznie musi być to prawdą. Jeżeli zaś najądrze (miejsce koncentracji plemników) jest opróżniane zbyt rzadko, znajdujące się tam plemniki mogą mylnie wykazywać złą jakość” – dodaje ekspert.

Pojawia się przy tym także pytanie o odstęp czasu, który powinien rozdzielić kolejne badania. Biorąc pod uwagę cały cykl spermatogenezy, który trwa 84-86 dni, idealnie byłoby wykonać testy nasienia w odstępie około 3 miesięcy.

Jeśli odniesiemy się zaś do wyników badań z posiewem, mogą wykazać one np. obecności chorób napletka czy stanów zapalnych układu moczowego. Nie jest to stricte związane z produkcją plemników, ale skutecznie obniża jakość nasienia i szanse na uzyskanie ciąży.

2. Wywiad

Badania nasienia są tylko jednym z elementów oceny stanu zdrowia reprodukcyjnego. Pozostała składowa to m.in. wywiad. Jakich pytań można się spodziewać?Pacjent powinien przygotować się na pytania dotyczące zarówno jego zdrowia, jak i zdrowia rodziny. Będzie zapytany także o występujące w jego życiu incydenty medyczne, także te mające miejsce w dzieciństwie. Nie mówię już nawet o chorobach w obrębie układu moczowo-płciowego, ale wszystkich innych poważnych schorzeniach występujących w tym czasie” – zaznacza androlog.

W dalszej kolejności pojawią się pytania o pokwitanie. Okres ten powinien być dobrze zaznaczony. Nie powinien wystąpić ani zbyt późno, ani zbyt wcześnie, bowiem wszystko to może odbić się na jakości nasienia. Podobnie jak styl i rodzaj wykonywanej już w dorosłości pracy, o co androlog także zapyta. „Kiedy zadaję pytanie o zawód i słyszę, że pan jest programistą (przez dwanaście godzin dziennie siedzi przed komputerem i posiłkuje się napojami energetycznymi), a do tego ma sporą nadwagę, to nie mogę się do tego nie odnieść. Ma to związek głównie z otyłością, która obniża poziom płodności zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet” – opisuje lekarz.

W wywiadzie pojawia się także temat używek. Większość ludzi miała z nimi jakikolwiek kontakt, co często jest bagatelizowane. Dzieje się tak jeśli chodzi m.in. o tzw. „miękkie narkotyki”, czy marihuanę, która przy regularnym użyciu skutecznie obniża potencjał płodności. „Działa spermatotoksycznie oraz oddziałuje na dysfunkcję erekcyjną” – zaznacza specjalista. „Naukowcy udowodnili, że liczba plemników osób, które kilka razy w tygodniu sięgają po tzw. „trawkę”, zmniejsza się aż o jedną trzecią” – pisaliśmy w naszym portalu >>KLIK<<.

3. Badanie fizykalne

Po zebraniu wywiadu chory jest badany. Ważne, by niezależnie od wieku, był na nie przygotowany. Musi mieć wykonane badanie prącia, jądra, pachwin, gruczołu krokowego. Co ważne, wiele zaburzeń gruczołu krokowego skutkuje zaburzeniami nasienia, a za tym idą właśnie zaburzenia płodności” – podkreśla androlog.

4. Badania genetyczne

Wracając zaś do pytań dotyczących rodziny i tego, jak przejawia się w niej płodność, jest to o tyle istotne, że często nasze zdolności reprodukcyjne bazują na genach. „Warto rozejrzeć się zarówno w stronę matki, jak i w stronę ojca” – podkreśla dr Jan Karol Wolski.

Testami, które mogą więc pojawić się w dalszej kolejności, są badani genetyczne. Czy często są one zlecane podczas diagnostyki niepłodności? „Tak, bowiem mniej więcej 15-20 proc. mężczyzn z istotnie obniżonymi parametrami nasienia ma zaburzenia w genach, czyli pojawia się u nich jakiś rodzaj aberracji” – mówi w rozmowie z nami androlog, dr Jan Karol Wolski. „Co ważne, kilka procent z nich dyskwalifikuje z rozrodu. Są to np. różnego typu translokacje, które skutkują niemożnością poczęcia (nawet in vitro). Jeśli zaś uda się uzyskać ciążę, może okazać się, iż zarodek będzie uszkodzony, dojdzie do poronienia lub dziecko urodzi się chore” – dodaje specjalista.

5. USG

Kolejnymi badaniami mogącymi pojawić się w czasie diagnostyki są badania USG. Czy warto je robić? „Tak, ale jeżeli ktoś szuka ultrasonografisty na własną rękę, musi wybrać osobę mającą doświadczenie konkretnie w badaniu mężczyzn. Musi być to lekarz specjalizujący się w urologii bądź w rozrodzie” – podkreśla dr Wolski. Jest to o tyle istotne, iż nie chodzi tu tylko o ocenę takich kryteriów, jak echogeniczność czy obserwacja ewentualnych zmian ogniskowych mogących świadczyć o nowotworach. Ocenić przy tym trzeba także gruczoł krokowy, do czego dedykowane jest badanie TRUS. Wykonuje się je głowicą transrektalną (przezodbytniczą). „Jeśli parametry nasienia są obniżone, to bezwzględnie powinno wykonać się badanie TRUS” – sygnalizuje nasz ekspert.

POLECAMY:

Jak się kochać, żeby zajść w ciążę

Witaminy płodności 

Najnowszy magazyn Chcemy być rodzicami

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Manipulacja, marginalizacja, maskulinizacja…

facts-mag-glass

Od prawie dwóch tygodni trwa Protest Medyków, głównie lekarzy-rezydentów. Rząd uznaje, że nie ma problemu, minister Radziwiłł odwraca się od problemu, premier Szydło udaje Margaret Thatcher vel Żelazną Damę, a pacjenci są podzieleni w ocenach słuszności postulatów do których należą m.in.: wzrost wydatków publicznych na ochronę zdrowia do min. 6.8% PKB oraz podniesienie wynagrodzeń.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Ameryki nie odkryję mówiąc, że publiczny system ochrony zdrowia w Polsce jest jednym z najgorszych w Europie. Potwierdzają to liczne badania, m.in. WHO i EHCI. Od długich kolejek poprzez kiepskie warunki socjalno-bytowe, a skończywszy na nieludzkim traktowaniu pacjentów, problemów jest mnóstwo. Część z nich wynika z niedofinansowania, złego zarządzania, braków kadrowych, ale w wielu przypadkach czynnik ludzki jest główną przyczyną. Warto się zastanowić co jest największym problemem: kolejka, którą można ominąć idąc na prywatną wizytę czy lekarz, który odmawia leczenia zasłaniając się swoim sumieniem, często oszukując pacjentkę, a może ten, który z przepracowania źle przeoczy zły zapis ktg, w wyniku czego dziecko urodzi się w zamartwicy?

Słynny przypadek odmówienia pacjentce prawa do legalnej aborcji przez prof. Chazana, odmowa leczenia ciężkiej postaci zapalenia jelita grubego z powodu ciąży (sprawa przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka „Z. przeciwko Polsce”), likwidacja rządowego programu leczenia niepłodności przez ministra Radziwiłła czy zakaz leczenia niepłodności dla singielek i par nieheteroseksualnych wprowadzony przez min. Arłukowicza., to tylko wybrane przykłady szkodliwości (często śmiertelnej) wywyższania przez lekarzy własnego światopoglądu ponad prawa i dobro pacjentek. Gangrena opieki w zakresie zdrowia reprodukcyjnego, czyli tzw. „klauzula sumienia” jest główną przyczyną łamania praw pacjentek w zakresie planowania rodziny (począwszy od dostępu do antykoncepcji, poprzez egzekwowanie prawa do terminacji ciąży, opiekę perinatalną, a skończywszy na zapewnieniu dostępu do pełnego wachlarza leczenia niepłodności metodami rozrodu wspomaganego). O ile jest to robione w świetle prawa (no i jak mam bronić Trybunału Konstytucyjnego, który w czasach swojej legalności rozszerzył dopuszczalny tryb użycia klauzuli?!), o tyle tworzenie prawa pod dyktando „sumienia” miłościwie panującego ministra (likwidacja ministerialnego programu refundacji IVF, wprowadzenie wymogu posiadania recepty na antykoncepcję postkoitalną czy niekonstytucyjna ustawa o leczeniu niepłodności) jest nielegalne i tylko czekać, kiedy prawo zaczne być pisane pod zgodność z nauką Kościoła Katolickiego, a nie z Konstytucją…

Dzisiaj ucięłam sobie krótką rozmowę z jednym z najbardziej znanych polskich profesorów ginekologii i położnictwa, który uznał, że aborcja powinna być zakazana, gdyż kobieta powinna ponieść odpowiedzialność za swoje frywolne zachowanie pod postacią niezabezpieczonego stosunku. Dalszych teorii tego pana nie byłam w stanie wysłuchać, gdyż już w tym momencie byłam bliska zwymiotowania. Mogę tylko domniemywać, że niepłodność czy letalne wady płodu to pewnie kara za grzechy… Pozostaje mi tylko współczuć polskim kolegom i koleżankom takiego przedstawiciela…

Wracając do obecnego protestu, czy ktoś słyszał choć pół słowa oficjalnego wsparcia ze strony lekarskich towarzystw naukowych, związków zawodowych czy izb dla Czarnego Protestu czy którejkolwiek z inicjatyw na rzecz praw reprodukcyjnych? Poprawna odpowiedź: nie! Żadna z instytucji zrzeszających lekarzy nie odezwała się ani słowem. W prywatnych rozmowach można było usłyszeć argumenty takie jak „apolityczność”, „nie nasza sprawa”, „lekarki i tak dadzą sobie radę w razie czego” itp. Podkreślić również należy, że Prezes OZZL, czyli związku zawodowego organizującego strajk jest powszechnie znany ze swoich poglądów „anti-choice” o czym wiosną tego roku pisało „Na Temat”.

W tym miejscu rodzi się pytanie dlaczego Organizatorki Czarnego Protestu popierają Protest Medyków, skoro jego szef należy do „szacownego” grona #wladcymacic? Pytałam u źródeł, ale odpowiedzi nie uzyskałam… Ciekawym zjawiskiem na które należy zwrócić uwagę jest brak kobiet jako liderek organizacji zrzeszających lekarzy, choć blisko połowa posiadaczy prawa wykonywania zawodu to lekarki. Pośród strakujących lekarzy-rezydentów widać kilka pań, jednak głównie robią za tło wypowiadającym się mężczyznom…

Czy popieram postulaty strajkujących? Częściowo. Trochę jak polska podróba Żelaznej Damy stawiam warunki, które muszą zostać spełnione, by strajk otrzymał moje pełne poparcie:
– reforma systemu ochrony zdrowia na wzór holenderski bądź izraelski (pakowanie dodatkowych pieniędzy w obecny nieefektywny, dziurawy i źle zarządzany system jest jak chęć przenoszenia wody w dziurawym wiadrze- niezależnie ile się wleje i tak większość wycieknie dziurą),
– zniesienie klauzuli sumienia, gdyż narusza ona prawa pacjenta, a lekarz-katolik może wybrać specjalizację, w której jego sumienie nie będzie mieć dylematów (mikrobiologia kliniczna, patomorfologia, diagnostyka laboratoryjna) albo zmienić zawód. Pacjentka w trudnej sytuacji jest zdana na łaskę bądź niełaskę danego lekarza i tego wyboru nie ma,
– poprawa ściągalności składki na ubezpieczenie zdrowotne oraz ustanowienie jednolitej wysokości dla wszystkich (kwota, a nie procent dochodu),
– wynagrodzenia pracowników ochrony zdrowia zgodnie z zachodnimi standardami (W Szwecji i Danii lekarz-stażysta zarabia średnią krajową, lekarz-rezydent 1.2-1.8 średniej krajowej, a specjalista min. 1.5 średniej zależnie od regionu i specjalizacji. Za etat, czyli 35h godzin tygodniowo. Nadgodziny, maksymalnie do łącznie 48h tygodniowo, płatne są dodatkowo.).

Karina Sasin

Lekarka, naukowiec, aktywistka na rzecz praw reprodukcyjnych. Wielokrotna stypendystka m.in. Organizacji Narodów Zjednoczonych, Rządu USA (NIH) i Krajowego Funduszu Na Rzecz Dzieci. Organizatorka konferencji International Meeting on MRKH Syndrome w Warszawie. Po godzinach miłośniczka cukiernictwa i dalekich podróży ;-)

Surogacja a status cywilny dziecka urodzonego za granicą

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Macierzyństwo zastępcze w polskim prawie nie jest uregulowane, nasuwa się zatem pytanie, jaki jest status cywilny dziecka urodzonego przez matkę zastępczą w kraju, w którym surogacja jest legalna?

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Surogacja – zakazana czy dozwolona?

Macierzyństwo zastępcze jest różnie regulowane na świecie – w niektórych państwach surogacja jest zakazana (np. we Francji), a w niektórych dozwolona (np. w USA). Wprawdzie w Polsce nie ma przepisu, który wprost zakazywałby macierzyństwa zastępczego, niemniej jednak polski ustawodawca raczej nie pochwala surogacji. Wobec braku jednoznacznego uregulowania kwestii macierzyństwa zastępczego w polskim prawie, nasuwa się pytanie, jaki jest w takim razie – w myśl polskiego prawa – status cywilny dziecka urodzonego przez matkę zastępczą w kraju, w którym surogacja jest legalna?

Rejestracja dziecka urodzonego za granicą w USC w Polsce

Zgodnie z ustawą o obywatelstwie polskim, jeżeli co najmniej jedno z rodziców jest obywatelem polskim, to małoletnie dziecko nabywa obywatelstwo polskie przez urodzenie. Co do zasady nie ma obowiązku rejestracji w Polsce dziecka urodzonego za granicą, jednak, aby dziecko otrzymało polski dokument tożsamości, jest to niezbędne.

W polskim urzędzie stanu cywilnego można dokonać rejestracji urodzenia, które nastąpiło poza granicami Polski i nie zostało tam zarejestrowane lub które nastąpiło poza granicami Polski, ale w państwie urodzenia nie jest prowadzona rejestracja stanu cywilnego. W tego typu przypadkach do wniosku o rejestrację zdarzenia dołącza się wydany przez właściwy podmiot zagraniczny dokument potwierdzający to zdarzenie, który jest podstawą sporządzenia aktu stanu cywilnego w polskim urzędzie stanu cywilnego.

Czytaj też: Surogacja po polsku

Transkrypcja dokumentu – co to takiego?

Z kolei jeżeli urodzenie dziecka poza granicami Polski zostało zarejestrowane w kraju urodzenia, to zagraniczny dokument stanu cywilnego, będący dowodem zdarzenia i jego rejestracji, może zostać przeniesiony do polskiego rejestru stanu cywilnego w drodze transkrypcji. Transkrypcja polega na wiernym i literalnym przeniesieniu treści zagranicznego dokumentu stanu cywilnego. Transkrypcji podlega dokument, który w państwie wystawienia jest uznawany za dokument stanu cywilnego i ma moc dokumentu urzędowego, jest wydany przez właściwy organ oraz nie budzi wątpliwości co do autentyczności.

Czy USC w Polsce może odmówić dokonania rejestracji urodzenia dziecka?

Należy jednak pamiętać, że polski urząd stanu cywilnego może odmówić dokonania rejestracji urodzenia lub transkrypcji, jeżeli czynność ta byłaby sprzeczna z podstawowymi zasadami porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej. Ponadto, należy zwrócić uwagę, że w Polsce rejestracji stanu cywilnego dokonuje się na podstawie dowodów potwierdzających prawdziwość zgłoszonych danych, przy czym w przypadku uznania tych dowodów za niewystarczające, stan faktyczny ustala się w postępowaniu wyjaśniającym.

Status cywilny dziecka urodzonego za granicą

Status cywilny dziecka urodzonego przez matkę zastępczą w kraju, w którym surogacja jest legalna, zależy w dużej mierze od tego, kto jest wpisany w zagranicznej dokumentacji jako rodzice dziecka. Jeżeli jako matka dziecka wpisana jest matka genetyczna, a nie zastępcza, to sytuacja cywilna dziecka z punktu widzenia prawa polskiego wydaje się być dużo prostsza, aniżeli w sytuacji gdy w zagranicznych dokumentach jako matka figuruje matka zastępcza. W tej drugiej sytuacji dla polskiego urzędu stanu cywilnego matką dziecka jest matka zastępcza i urząd stanu cywilnego nie ma uprawnień, aby samodzielnie dokonać w tym zakresie zmiany. Rozwiązaniem w tej sytuacji jest np. przeprowadzenie procedury tzw. adopcji ze wskazaniem.

Co na to Europejski Trybunał Praw Człowieka?

Należy również przywołać dwa istotne orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka: wydane w sprawie nr 65192/11 Mennesson przeciwko Francji oraz w sprawie nr 25358/12 Paradiso i Campanelli przeciwko Włochom. We wspomnianych orzeczeniach Trybunał stwierdził, że odmowa prawnego uznania relacji rodzic-dziecko w stosunku do dzieci urodzonych w USA na podstawie umowy przez matkę zastępczą stanowi naruszenie prawa do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego, a względy porządku publicznego i zakaz surogacji nie uzasadniają odebrania dziecka urodzonego przez matkę zastępczą.

Stanowisko Polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych

Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, odwołując się do treści wspomnianych wyżej orzeczeń Trybunału, wskazuje w swoich raportach, że zachodzi konieczność wyważenia w polskiej praktyce administracyjnej (a więc w szczególności w czynnościach dotyczących aktów stanu cywilnego dziecka) możliwego ograniczenia sankcjonowania skutków prawnych działań podejmowanych legalnie za granicą oraz potrzeby poszanowania interesów dziecka.

Polecamy:

Surogacja a niepłodność

Surogacja – dlaczego i komu jest potrzebna?

Tu kupisz najnowszy numer Chcemy Być Rodzicami

adw. Marcelina Sosnowska - Rudnik

Specjalizuje się w reprezentowaniu stron w cywilnych i karnych postępowaniach sądowych, a także w postępowaniach administracyjnych i sądowoadministracyjnych. W kręgu jej zainteresowań zawodowych pozostają też sprawy ze styku prawa i medycyny. Jest absolwentką Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego (2007) oraz stosunków międzynarodowych w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie (2012, specjalizacja – biznes międzynarodowy), adwokatem od 2011 r.

Poznaj perspektywę lekarza zajmującego się leczeniem niepłodności: „Podchodzę do swojej pracy z pasją” – dr n.med. Jarosław Janeczko

dr n.med. Jarosław Janeczko

Założyciel i właściciel Centrum Leczenia Niepłodności PARENS w Krakowie. Stworzył największą w Europie sieć laboratoriów medycznych współpracujących w zakresie komputerowej analizy nasienia. Założyciel i współwłaściciel klinik GMW Embrio w Opolu oraz PARENS w Rzeszowie. Lekarz z wieloletnim doświadczeniem i znajomością najnowszych trendów w leczeniu niepłodności.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Niepłodność to problem, który niewątpliwie narasta. Współczesny świat i jego tempo nie ułatwiają zadania. Czy z perspektywy lekarza widzi Pan, że rzeczywiście pacjentów przybywa?

dr n.med. Jarosław Janeczko: Ilość pacjentów rośnie, bo układ rozrodczy starzeje się w tempie naszego życia. Zbyt szybko. Wśród naszych pacjentów dominuje grupa wiekowa 30+. Często są to kobiety, które odkładają decyzję o macierzyństwie na później. Średni wiek naszych pacjentek to 34-35 lat. Coraz częściej zaczynają pojawiać się także pacjentki, które mają 25-27 lat. W tym samym wieku mamy coraz częściej również panów, z niestety bardzo słabymi parametrami nasienia.

Wydaje się, że współczesny świat, poza pozytywnymi aspektami rozwoju, niesie ze sobą bardzo szkodliwe i dramatyczne w skutkach konsekwencje. Czynniki środowiskowe, nieprawidłowe nawyki żywieniowe i styl życia, mają negatywny wpływ na zdrowie. Zawsze na początku zastanawiam się z moimi pacjentami, w jaki sposób te szkodliwe efekty można jeszcze cofnąć. Zaczynamy od rzucenia palenia. Jeśli para decyduje się na dziecko, powinna chcieć dla jego zdrowia wszystkiego, co najlepsze. Nie wyobrażam sobie, jak można dbać o dziecko w domu pełnym miłości i dymu papierosowego jednocześnie.

A jak jest ze świadomością pacjentów? Czy dlatego, że coraz głośniej mówi się o problemie niepłodności, to i coraz więcej osób zgłasza się po pomoc?

Rzeczywiście świadomość pacjentów się zmienia. Dzieje się to głównie dzięki mediom społecznościowym. Częściej to jednak kobieta szybciej czuje instynkt macierzyński i jej pragnienie posiadania dziecka sprawia, że szuka na ten temat informacji oraz zgłasza się do lekarza. Chociaż, muszę przyznać, widzę w ostatnim czasie również duże zainteresowanie mężczyzn – panowie z własnej inicjatywy chcą wykonać badania. Podobną tendencję zauważają nasi urolodzy. To bardzo dobry znak.

Czy zatem w pana ocenie, w Polsce wiedza o niepłodności i sposobach radzenia sobie z nią jest dostępna? Czy ma pan poczucie, że „przeciętny Kowalski” wie co ma robić, gdy okazuje się, że ma problem z płodnością właśnie?

Dostęp do informacji na temat problemów z zajściem w ciążę jest możliwy na jedno kliknięcie. Fora internetowe, mnóstwo artykułów, Facebook, opinie innych pacjentów klinik – to wszystko sprawia, że wiedza na temat niepłodności jest ogólnodostępna.

Mimo to, wizyta w klinice leczenia niepłodności jest stygmatyzującym wydarzeniem – ale czy przekroczenie jej progu to stwierdzenie „nie mogę mieć dziecka”? Nie. To tylko zwrócenie się do osób z doświadczeniem, o poradę, o pomoc.

To jak zapytać na ulicy o drogę. Z jedną różnicą – nie jest to zupełnie anonimowa osoba, bo lekarza można sobie wybrać. Można wejść na stronę internetową kliniki i zdecydować, który specjalista będzie dla nas odpowiedni. Jaki ma być? Rzeczowy, stanowczy, z doświadczeniem, miły, z poczuciem humoru, ludzki, pełen zrozumienia, oddany, dostępny, energiczny, uzdolniony? Żaden człowiek nie jest ideałem. Pacjent może jednak wybrać lekarza, który będzie dla niego odpowiedni i spełni jego oczekiwania.

Jak w Pana ocenie wypadamy na tle innych krajów? Ma Pan doświadczenie międzynarodowe – czy powinniśmy czerpać z wiedzy m.in. amerykańskich ekspertów, czy może to oni powinni uczyć się od naszych lekarzy?

Jeśli spojrzymy na Wyspy Brytyjskie, Niemcy, Czechy, Polskę, Ukrainę, czy USA, wiedza i umiejętności w dziedzinie leczenia niepłodności są na takim samym poziomie. Podobnie jest z dostępem do sprzętu medycznego i materiałów używanych w czasie hodowli zarodków. Pochodzą z całego świata – z Danii, Niemiec, USA, a nawet Australii. Różnice wynikają z aspektów prawnych w tych krajach. Natomiast nie ulega wątpliwości, że lekarz powinien nieustannie się uczyć, uczestniczyć w szkoleniach, warsztatach, kongresach.

Jest wiele organizacji zajmujących się niepłodnością, na przykład Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu i Embriologii, Polskie Towarzystwo Andrologiczne, a za granicą European Society of Human Reproduction and Embryology, American Society for Reproductive Medicine. Co roku odbywają się konferencje każdego z tych towarzystw. Aby utrzymać wysoki poziom wiedzy, umiejętności i być na bieżąco z najnowszymi odkryciami, trzeba koniecznie brać w nich udział. Co ważne, bez względu na to, z jakiego kraju pochodzi lekarz, embriolog czy naukowiec, który przemawia na konferencji, wszyscy działamy w jednej wspólnej sprawie. Wszystkim nam zależy na jak najlepszej jakości i skuteczności naszej pracy.

Wracając do tempa współczesnego świata i możliwości, jakie on przynosi. Czy nieustanny rozwój oraz możliwości techniczne dają nadzieję coraz większej ilości pacjentów? A może na dzień dzisiejszy wszystkie opcje leczenia niepłodności są już wykorzystane i żadnych nowych technik nie widać na tzw. horyzoncie?

Każdego dnia setki naukowców na całym świecie pracują nad udoskonaleniem metod leczenia, sprzętu medycznego i leków, które w przyszłości będą mogły pomóc naszym pacjentom. Skuteczność leczenia nie wynosi 100% i raczej nigdy takiego poziomu nie osiągnie. Stwarza to dla naukowców ogromne możliwości i oznacza, że właściwie każdy etap wymaga jeszcze sporo pracy. Uczestnicząc w konferencjach, co roku dowiadujemy się czegoś nowego. Szczególnie dużo pozostało jeszcze do odkrycia w dziedzinie diagnostyki przedimplantacyjnej oraz ewentualnej terapii genowej zarodków. Są to trudne tematy, również ze względów etycznych. Jeśli jednak istnieje szansa na wyleczenie zarodka, czy nie jest to nadzieja dla wielu pacjentów obciążonych chorobami genetycznymi?

Idąc tym torem, zawód lekarza to nieustanny rozwój właśnie i inwestycja w wiedzę. Czy były to dla Pana ważne argumenty przy wyborze ścieżki zawodowej

Często spotykam się z określeniem, że niepłodność leczy się jak na taśmociągu, a na końcu zawsze jest in vitro. Takie oskarżenia słyszymy ze strony polityków i niejednokrotnie samych pacjentów. Tymczasem każdy pacjent jest inny. Każdy wymaga zdiagnozowania problemu, zastanowienia się nad kolejnym krokiem, sposobem poprawy parametrów nasienia, wyborem leków, stymulacji, obserwacji pęcherzyków jajnikowych, grubości endometrium, leczeniem mięśniaków, torbieli etc. Jest mnóstwo przeszkód, które trzeba pokonać. Lekarz, by potrafił się z tym zmierzyć, musi mieć szeroką wiedzę i ciągle doskonalić swoje umiejętności zawodowe. Dla mnie nie jest to jednak przykry obowiązek, tylko doskonała sposobność, żeby poznać ciekawych ludzi, nowe techniki leczenia. Podchodzę do tego z pasją, nie wyobrażam sobie siebie siedzącego za biurkiem i wypisującego do końca życia te same recepty. Podejmowanie nowych wyzwań, to część mojego charakteru.

Zastanawiam się nad emocjami jakie kryją się pod etykietą „lekarz”, bowiem mogę sobie tylko wyobrazić, jak jest to trudna – także psychicznie – profesja. Czy w Pana specjalizacji każde nowo narodzone dziecko jest wystarczającą nagrodą?

Dróg jest wiele – różne metody leczenia, doskonalenie zawodowe, o którym już mówiłem, setki rozmów z pacjentami, często ich wątpliwości, rezygnacja, depresja. Ale na końcu cel zawsze pozostaje ten sam. Dziecko. Malarz chce, aby jego dzieła były podziwiane, piłkarz dąży do zdobycia jak największej ilości bramek, a pilot do postawienia samolotu bezpiecznie na pasie. Każdy sukces smakuje wspaniale, a jeśli walczymy o coś bardzo długo, może nawet i lepiej. Emocje? Różne – jak w życiu. Czasem złość, czasem zmęczenie. Oby coraz częściej radość z kolejnego narodzonego dziecka.

 

Zobacz też:

Poronienie z perspektywy lekarza – dr Estera Kłosowicz: „Potrzeba wiele czasu, rozmowy i wsparcia”

Dr Jakub Danilewicz: „Mało lekarzy chce zajmować się takimi tematami. Dla mnie jest to misja!” – blaski i cienie bycia lekarzem

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.