Przejdź do treści

100 dni walki o maleńkie życie

485.jpg

Kajetan przyszedł na świat w 28. tygodniu ciąży, a więc o 12 tygodni wcześniej niż ten świat się go spodziewał. Ważył niewiele ponad kilogram – tyle co trzy pomarańcze. Rodzice bali się przy nim oddychać…

– Trudno sobie wyobrazić bardziej delikatne i kruche stworzenie niż takie maleństwo. Dzieci urodzone w terminie są maleńkie, a Kaj był od nich trzykrotnie mniejszy – mówi pani Ewelina, mama Kajetana. – Straciliśmy już Córeczkę w wyniku przedwczesnego porodu, dlatego tak trudno było nam uwierzyć, że Kaj z tego wyjdzie. W skali Apgar, oceniającej stan noworodków po narodzinach, dostał zaledwie 2 na 10 punktów. Serce matki jest w takich momentach bliskie pęknięcia. Na szczęście okazał się być bardzo waleczny – dodaje. W takich chwilach potrzebna jest świadomość, że nasze dziecko jest w najlepszych rękach, że ma zapewnioną świetną opiekę, doskonałych oddanych lekarzy i możliwie najlepszy sprzęt medyczny.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Chłopiec przebył szalenie trudną drogę. Ciężka postać dysplazji oskrzelowo-płucnej, bezdechy, wylew dokomorowy, zapalenie płuc, niedokrwistość, wiele tygodni pod respiratorem, sześciokrotne przetaczanie krwi to tylko kilka z wielu walk, które musiał stoczyć.

Oddział neonatologiczny naszego szpitala posiada tzw. III stopień referencyjności. Oznacza to, że pod względem kwalifikacji personelu oraz zaplecza medycznego jesteśmy przygotowani do ratowania wcześniaków w najtrudniejszych sytuacjach, takich jak Kajtek. On miał wyjątkowo trudny start – był z nami przez blisko 100 dni, ale każda akcja ratowania jego życia, każda spędzona przy jego łóżku noc była niczym wobec radości z widoku tej rodziny wychodzącej ze szpitala – mówi dr Beata Rzepecka-Węglarz, ordynator Oddziału Neonatologicznego Szpitala Położniczo-Ginekologicznego UJASTEK.

Rzeczywiście Polska nie ma powodów do kompleksów, a już na pewno nie ma ich Małopolska, w której każdego roku ratuje się ok. 2000 wcześniaków. Kadry z amerykańskich filmów niczym nie różnią się od dnia codziennego w UJASTKU. Nie ma już śladów po zamkniętych oddziałach, gdzie rodzice oglądają swoje maleństwa przez szybę. Doktor Rzepecka-Węglarz wielki nacisk kładzie na przygotowywanie i zachęcanie rodziców do kangurowania wcześniaków, czyli kontaktu skóra przy skórze na klatce piersiowej rodzica.

Nigdy nie zapomnę tej chwili: w pierwszych tygodniach po narodzinach Kajowi nagle zaczęła spadać saturacja pod respiratorem; był niespokojny, widzieliśmy że dzieje się coś złego. Spodziewałam się, że za chwilę zaczną się jakieś skomplikowane procedury medyczne, kolejne kable, urządzenia, leki. Tymczasem pani ordynator powiedziała coś czego zupełnie się nie spodziewałam: “natychmiast podajcie go mamie!” Zaplątani w rurki przytuliliśmy się do siebie – maleńkie ciałko przylgnęło do moich piersi i… uspokoiło się! – wspomina wzruszona pani Ewelina.

Mama Kajetana skończyła pedagogikę specjalną, więc rozumie jak ważne w procesie zdrowienia jest bezpieczeństwo emocjonalne i bliskość kochających osób. Do przełamania strachu zachęca innych rodziców. – Człowiek zwyczajnie się boi, że zrobi tej kruszynie krzywdę, na przykład przez inną florę bakteryjną. Ale warto się przemóc i uświadomić sobie, że nasz oddech, głos, dotyk i zapach są naszemu dziecku najbliższe od pierwszych chwil życia. Lekarze i pielęgniarki, dla których nie znajduję słów wdzięczności, dbają o stan ciała wcześniaków, my jesteśmy konieczni by wesprzeć ich od strony duchowo-emocjonalnej. Chciałabym też skorzystać z okazji, by powiedzieć mamom ważną rzecz, jakiej nauczyła mnie nasza historia: jeśli w ciąży czujecie jakiekolwiek niepokojące sygnały nie bagatelizujcie ich, lecz konsultujcie z lekarzem. Intuicja w tym obszarze połączona z wyborem szpitala gotowego nieść pomoc wcześniakom może ocalić życie waszych dzieci – dodaje pani Ewelina.

9 lat starań i DWA szczęśliwe zakończenia – WASZE HISTORIE

Fot. archiwum prywatne
Fot. archiwum prywatne

Moc, z jaką można walczyć o swoje marzenia, jest ogromna. Niewątpliwie prawdziwą siłaczką jest w tej kwestii Dorota. 9 lat starań o dziecko, inseminacje, in vitro – ilość i skala przeżytych w tym czasie emocji są aż trudne do wyobrażenia. „Gdybym miała przystąpić do wszystkiego od nowa, to mimo wszystko powiedziałabym: TAK, TAK, TAK!”.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Czas start!

Stojąc na ślubnym kobiercu nie myślałam kiedy i ile chcę mieć dzieci” – zaczyna swoją opowieść Dorota. Miała wtedy 23 lata, a jej świeżo poślubiony mąż 25. Po roku małżeństwa postanowili, że może warto duet zamienić na tercet. „Podzieliłam się podjętą decyzją z przyjaciółką, która też wtedy rozpoczęła starania o malucha. Byłam przeszczęśliwa, że będziemy miały dzieci w tym samym wieku!” – wspomina. I o ile koleżanka po dwóch miesiącach okazała się być w ciąży, w kolejnym miesiącu następna znajoma, po upływie 2 miesięcy też siostra cioteczna, o tyle u Doroty było bez zmian. Ciągle nic.

Młodzi żyli jednak aktywnie. Wiele podróżowali, spędzili trochę czasu m.in. w Stanach Zjednoczonych. Zwiedzali, poznawali tamtejszą kulturę, ale i pracowali. 2008 rok był czasem, gdy na stałe postanowili zapuścić korzenie w Polsce. Wtedy też rozpoczęły się wizyty u specjalistów. Pierwsze wyniki badań hormonalnych i badań nasienia nie były najgorsze. Na początek pojawiły się więc leki stymulujące i monitoring – nic. Konsultacje u specjalistów w innym mieście – nic. Naprawdę nie było się do czego przyczepić! Zaproponowano więc inseminację. „Mieliśmy dwie. Niestety bez skutku” – mówi Dorota.

Zmiany, zmiany, zmiany

Z dziewczyny ważącej zaledwie 60 kg urosłam do 70kg. Hormony zrobiły swoje… Puchłam i miałam wilczy apetyt, którego niczym nie byłam w stanie zahamować. Stałam się nerwowa i wszczynałam awantury  – o nic! Być może chciałam w ten sposób wykrzyczeć swój ból i bezradność… Zawsze byłam i dalej jestem uśmiechnięta i mimo niepowodzeń starałam się być dobra dla innych. Owszem, jestem też szczera do bólu, co może nie ułatwia przyjaźni ze mną, ale zależy mi przede wszystkim na zaufanych ludziach – na jakości przyjaźni, a nie ilości. Leczenie jednak sprawiło, że się zmieniłam” – dodaje.

Wtedy też pojawił się pomysł o przerwie. „Dalej walczyliśmy, ale po cichu, sami w domu. Skupiliśmy się na sobie, na pracy. Wciąż wierzyłam wtedy, że nadejdzie w końcu dzień, gdy zobaczę te cholerne dwie kreski!” – mówi w dużych emocjach Dorota. „Tak, to była frustracja. Wszyscy dookoła widzieli, jak bardzo mnie to przygnębia. Co roku w Sylwestra słyszałam życzenia, że ‘w tym roku wam się uda’. Doprowadzały mnie one do szału! Wreszcie przyszedł czas, że życzenia były już tylko uściskami… bez słów” – dodaje.

Nowe rozdanie

Szczególnie ważne było w tym momencie wsparcie, jakie Dorota znajdowała w mężu. To on zaproponował by pojechać do innej kliniki i znaleźć nowych lekarzy. Tym sposobem trafili do jednej z warszawskich placówek. „Lekarz nas zbadał, przejrzał wyniki dotychczasowych badań i powiedział, że w naszym wypadku widzi dwie opcje: albo jeszcze jedna inseminacja, albo decydujemy się na in vitro. Wychodząc od niego poczułam się chora. Skoro nasze badania są dobre, to po co in vitro?!” – zastanawiała się Dorota. Przez kolejny rok biła się z myślami. Cierpiała w tym czasie nie tylko ona, ale i związek, a seks stał się mechaniczną czynnością pod tytułem: „idziemy do łóżka, bo nadchodzi jajeczkowanie”. Trwało to już około 6 lat… Na początku 2012 roku decyzja zapadła.

Wykonaliśmy mnóstwo badań, lekarz zlecił mi tabletki hormonalne na wyciszenie jajników, później ruszyliśmy z zastrzykami  na wzrost pęcherzyków. Stres, który przeżywałam podczas zastrzyków, był niemiłosierny. Później była punkcja. W 7. rocznicę ślubu odbył się transfer dwóch zarodków” – opisuje. Wiązało się to z olbrzymią radością, ale i ogromem oczekiwań. „Po około 15-stu dniach zrobiłam HCG. Byłam w ciąży! Pierwszy raz po tylu latach starań byłam w ciąży!” – mówi w wielkich emocjach Dorota. Niestety radość nie trwała długo.

W pewien sobotni wieczór zobaczyłam krew. Rozpacz i strach, jakie się wtedy pojawiły, są nie do opisania. Ból, nawet nie fizyczny, a psychiczny, wiązał się ze stratą czegoś więcej, niż ‘tylko’ dziecka. Oprócz niego straciłam siebie. Świat przestał istnieć. To był 12. tydzień ciąży” – w słowach Doroty wciąż czuć trud, z jakim musiała się wtedy mierzyć. „W szpitalu doszedł również ból fizyczny, ale był niczym w porównaniu z tym, co działo się we mnie. Kolejne dni były puste. Nie pamiętam z nich nic” – dodaje.

Kosmiczna siła

Następne miesiące miały być odpoczynkiem, regeneracją i nabieraniem sił. Po 4 miesiącach kolejne podejście i podanie dwóch zarodków. Był to grudzień, ale niestety bez prezentu gwiazdkowego. Upragnionych dwóch kresek tym razem nie było. Para nie odpuszczała jednak. W lutym 2013 roku zabrali ostatnie dwa zarodki – test wyszedł pozytywny! „Pojawiła się we mnie wielka radość i pewność, że teraz nic się złego nie stanie. Niestety już po tygodniu zaczęłam mocno krwawić. Straciłam ostatnią nadzieję…” – znów słychać z słowach Doroty ból. W zasadzie to sama już nie wiem co straciłam. Chyba nawet nie była to nadzieja, bo trwałam w swego rodzaju nicości. Nie miałam nic – mówi. Lekarze próbowali w tym czasie odnaleźć przyczynę poronień, ale z badań niczego się nie dowiedzieli. Wyniki były idealne. „Niby jestem zdrowa, a nie dość, że nie mogę zajść w ciążę, to jeszcze nie umiem jej utrzymać… kolejne ciosy…” – opisuje Dorota.

To niesamowite jak wiele sił musiała wtedy mieć – ona i jej mąż. Pomimo strat próbowali dalej, szukali nowych rozwiązań. Zmienili w tym czasie lekarza i podjęli decyzję o kolejnej próbie in vitro. Tym razem uzyskali 9 zarodków, z czego wspólnie z embriologiem wybrali dwa. Testy pokazały, że Dorota jest w ciąży! Znów wielka radość, ale i coraz więcej obaw, czy tym razem się uda?

Dwa tygodnie później okazało się, że oba zarodki się zagnieździły i noszę pod sercem dwoje dzieci. Strach był jeszcze większy! Robiłam badania, chodziłam co dwa tygodnie do lekarza i podpatrywałam jak rosną. Brzuszek rósł, a chłopcy – tak, synowie! – mieli się dobrze. Ciąża przebiegała bez problemów, a my w tym czasie remontowaliśmy nowe, większe mieszkanie, w którym widziałam już biegające dzieci” – gdy Dorota opowiada o tym czasie, nie ukrywa szczęścia.

Szczęście na wyciągnięcie ręki

Pomimo obaw wszystko szło dobrze. Całą trójkę konsultował profesor, który miał za sobą niejeden bliźniaczy poród i zapewnił im profesjonalną opiekę. Podczas rutynowej wizyty u prof. u  jednego z bliźniąt wystąpiły złe przepływy.  „Zostałam skierowana do szpitala, a maluchom trzeba było dać dwa zastrzyki na płucka, na wypadek gdyby trzeba było przeprowadzić wcześniejsze cesarskie cięcie. Dotrwałam jednak do 39. tygodnia ciąży” – opisuje Dorota.

Poród zaplanowany był na 18. lutego o godzinie 9:00. „Nigdy nie czułam aż tak ogromnego stresu. Kochana pani Ania, pielęgniarka, zawiozła mnie na cesarskie cięcie na wózku, bo nogi miałam jak z waty, w uszach mi świstało i nie mogłam zebrać myśli. Trzęsłam się jak galareta” – opisuje Dorota. „Wreszcie nadszedł moment, gdy profesor powiedział: ‘Zaczynamy’. Nastąpiła cisza. Nawet gdyby miał wtedy miejsce jakiś wybuch, to nie wiem czy bym go usłyszałam. Czekałam już tylko na usłyszenie płaczu moich dzieci. Jest pierwsze. Zaraz potem drugie. Pokazali mi synów. Wreszcie są na świecie. Nasze dzieci! Nasze dzieci! Nasze dzieci!”.

Juliusz i Franciszek urodzili się dokładnie 18. lutego 2014 roku o godzinie 9:02 i 9:03. Po dziewięciu latach starań rodziców, w końcu są. Chłopcy mają dziś 3 lata i 8 miesięcy. „Okropne łobuziaki! Nie da się nad nimi zapanować” – mówi ze śmiechem dumna mama i dodaje: „Są naszym całym światem!”.

Teraz Dorota ma już za sobą największy żal i frustrację związaną z tymi wszystkimi latami. Jednak jak mówi, mogło się to udać tylko dzięki miłości. „Wsparcie męża było ogromne, wspierali mnie też rodzice. Są to najważniejsze osoby w moim życiu i zawdzięczam im wszystko” – podsumowuje. Gdy zastanawia się, czy dziś poszłaby tą samą drogą, nie ma wątpliwości. Jedyne co mogłoby być inne, to krótsze zwlekanie z decyzją o in vitro. „Niepłodność idiopatyczna to chyba w tym temacie najgorsza przypadłość. Nie wiesz nawet co możesz leczyć, jakich działań powinnaś się podjąć. Mnie z niemożności zajścia w ciążę wyleczyło in vitro. Moje dzieci, które urodziły się dzięki tej metodzie, są najpiękniejszymi i najmądrzejszymi dzieciakami. Kocham ich” – czy są lepsze słowa by podsumować Happy End?

Fot. archiwum prywatne

Fot. archiwum prywatne

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

7 ciąż i 2 dzieci. Moja walka o zajście w ciążę przy APS – poznaj historię Agnieszki.

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Przeciwciała kardiolipinowe utrudniały mi zajście w ciążę. Jak najlepiej opisać moje starania – raczej walkę – o dziecko? W ciąży byłam 7 razy a mam 2 dzieci. Na widok tabletek odrzuca mnie do dziś a brzuch miałam podziurawiony od zastrzyków jak poduszka do igieł.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Kiedy napisaliśmy tekst o 12 badaniach, które musisz zrobić zanim zajdziesz w ciążę, pani Agnieszka napisała komentarz do wszystkich staraczek: pamiętajcie o badaniu przeciwciał kardiolipinowych (zespół antyfosfolipidowy). Dlaczego jej apel jest tak ważny? – Poznajcie historię Agnieszki.

Nic nie zapowiadało, problemów, by spełnić marzenie o dziecku

Zapadła decyzja. Tak jesteśmy gotowi na dziecko. Choć myślę o sobie, że zawsze byłam, bo mam sporo rodzeństwa i często na moich barkach zostawała opieka nad nimi. Narzeczony również tego chciał, pomimo, że oboje byliśmy wówczas bardzo młodzi. Więc działaliśmy, ale ciąża się nie pojawiała…

Długie starania przyniosły oczekiwaną nowinę

Pod opieką ginekologa byłam od ukończenia 12 lat. Zawsze imały się mnie jakieś infekcje, torbiele. Zaczęłam się martwić, że coś nie gra.
Aż któregoś dnia się obudziłam i wiedziałam, że się udało! Po prostu to czułam. Test potwierdził moje przypuszczenia. Na ciążę czekałam niecały rok.  Czułam się średnio, ale myślałam, że to typowe dolegliwości ciążowe. Z drugiej strony denerwowałam się, że o wszystkie badania muszę prosić lekarza, nawet o USG. Lekarz zapewniał, że wszystko w porządku, więc mu wierzyłam.
W 33 tygodniu  ciąży obudziły mnie skurcze. Wiedziałam, że dzieje się coś złego. Pojechałam na izbę przyjęć, bo wiedziałam, że mój lekarz machnie ręką. Okazało się, że mam rozwarcie około 3 cm, a skurcze nada się rozkręcają. Leki, zastrzyki na podtrzymanie ciąży i tak 9 dni. Miałam na siebie uważać, więc bardzo o siebie dbałam. Rodzić zaczęłam dopiero w 41 tygodniu. Na porodówce szło szybko i książkowo. Przy przebijaniu wód okazało się, że nie są one prawidłowe. Urodziłam w asyście męża i położnej po 8 godzinach. Syn ważył 3700g i miał 56 cm. Urodził się siny i nie płakał. W ogóle się nie ruszał. Dostał 3/5/8/8 pkt. Długo krzyczałam, że chce, żeby zapłakał. Zabrali go a mąż pobiegł z nimi. Wrócił po 30 min. z dobrą nowiną, że synek oddycha.

Okazało się, że synek jest bardzo słaby, że złapał wszytko co mógł, od zapalenia ropnego, po gronkowca złocistego. Trafił do inkubatora poprzyczepiany kabelkami do aparatury. Lekarze się dziwili, że taki duży, fajny a ma taki słaby organizm.

Nikt wówczas nie dociekał, czy to nie jest moja wina a ja… znowu zaszłam w ciążę

Syn wyleczony z bakterii po 2 tygodniach wrócił ze mną do domu. Po niedotlenieniu okołoporodowym synek wymagał rehabilitacji. Dziś ku zaskoczeniu lekarzy chodzi, mówi, śmieje się i nic po nim nie widać.
W lipcu tego samego roku ponownie zaszłam w ciążę.  Po kilku dniach od wykonania testu dostałam miesiączki, ale innej niż do tej pory. Bardzo obfitej.  Więc na wszelki wypadek zrobiłam IP. Diagnoza: nieprawidłowe krwawienie maciczne. Pomyślałam wtedy, że to wina wadliwego testu. Dopiero dużo lat później dowiedziałam się, że to była ciąża biochemiczna.
Myśl o następnym dziecku pojawiła się po 3 latach. Starania, ale na spokojnie, aż w sierpniu się udało patrzę, znów dwie kreski. Radość nie trwało jednak długo. Po kilku dniach koszmar sprzed lat się powtórzył. Wiedząc że coś jest nie tak znów zrobiłam IP, a tam ta sama diagnoza. Kiedy pokazałam testy ciążowe lekarzowi, stwierdził: „że czasem tak bywa”. Nic mi nie wytłumaczył. Znów ciąża biochemiczna, czyli już 2.

Staraliśmy się dalej, ale bezowocnie.

Czarny scenariusz powracał jak bumerang…

W maju 2015 roku (5 lat od 1 porodu) ponownie zaszłam w ciążę, potwierdzoną dwoma testami ciążowymi z moczu i tym razem również z krwi. Wynik pozytywny. Niestety scenariusz ponownie się powtórzył. Poroniłam pod  koniec 6 tyg. ciąży, zanim dostałam się do innego lekarza. Płakałam 3 dni.
Wróciłam do domu. I nie mogłam uwierzyć. Poszłam do kolejnego lekarza. Opowiedziałam całą historię, poprosiłam o wytłumaczenie. Choć w głowie kołatały mi się myśli… czemu ja??? Gdy usłyszałam: „że tak bywa, że natura i Bóg wiedzą co robią, jestem młoda mam zrobić następne” wyszłam trzaskając drzwiami.
Odczekałam dokładnie 3 miesiące. I się udało.
I znów kilka testów każdy innej firmy, wszystkie pozytywne. Test z krwi. Pozytywny. Poszłam do lekarza, na USG pokazał zarodek, po czasie serce… Cieszyłam się niewyobrażalnie…. Poroniłam w 11 tygodniu ciąży.
Z wypisem wróciłam do lekarza, zapytałam czemu mi nie dał żadnych leków podtrzymujących ciążę (a prosiłam kilka razy), powiedział, że ciąży do 13 tygodnia się nie ratuje, to jest kwestia Boga. I że tak miało być.
Jak zapytałam co teraz, dowiedziałam się, że lekarz nie widzi potrzeby robienia szczegółowych badań i dociekania , dlaczego nie mogę utrzymać ciąży, bo…muszę poronić 3 razy!!1 Z płaczem zapytałam, czy ma serce skazywać mnie 3 raz na to samo. Nic nie powiedział. Już do niego nie wróciłam. Zamknęłam się w sobie.
Szukałam na własna rękę. Polecono mi innego lekarza.  Zaproponował serie badań: morfologia, ob, crp, żelazo, mocz, toksoplazmoza, żółtaczka, cytomegalia i przeciwciała kardiolipinowe.

Jak usłyszałam, że mogę, chciałam zawalczyć o ciążę

Zrobiłam wszystkie zlecone badania. Lekarz żartował, że dużo tego wyszło, ale warto sprawdzić wszystko, żeby wykluczyć…. no właśnie. Wszystkiego nie dało się wykluczyć, bo okazało się, że jeden z wyników zdecydowanie odbiega od normy. Wyszły mi przeciwciała kardiolipinowe na bardzo wysokim poziomie.
Lekarz wytłumaczył mi, że jest to zespół antyfofolipiodwy, gdzie przeciwciała w krwi działają przeciwko własnemu organizmowi. Że powinnam znaleźć reumatologa, który się mną zaopiekuje. Wytłumaczył mi, że jeśli chodzi o ciążę, jest to możliwe, ale leczenie jest trudne i wymagające.
Postanowiłam zawalczyć o dziecko, dlatego zdecydowałam się na leczenie.  Brałam leki i codziennie zastrzyki w brzuch. Po 1 zastrzyku płakałam, bo był bolesny, po 2 też… po 5 już tylko wykrzywiałam z bólu twarz. Potem znów to samo, test ciąża i znowu biochemiczna.

Powiedziałam sobie dość! To było ponad moje siły!

Powiedziałam dość, nie dam rady. Był luty 2016. Byłam zmęczona psychicznie i fizycznie.  Poszłam do nowego ginekologa. Tym razem to była kobieta. Nowa pani doktor była bardzo życzliwa, życiowa osoba, płakała ze mną. Przytuliła mnie oznajmiając; damy radę. Powtórzyła badania, potwierdziła diagnozę.

Przeciwciała kardiolipidowe stały na mojej drodze do ciąży

Przeciwciała kardiolipinowe uszkadzają moje komórki w tym jajowe. Więc przed zajściem w ciążę, znowu to samo leczenie: leki i zastrzyki.

Momentami miałam dość tego bólu i codziennych zastrzyków. Mój brzuch wyglądał jak poduszka do igieł. Jednak szybko sobie przypominałam, po co to robię i wiara wracała. I się udało.

Ciąża nie była łatwa. Na izbie przyjęć w szpitalu bardzo dobrze mnie już znali. Ale najważniejszy był efekt: w styczniu 2017 urodziłam przez CC syna w 37 tygodniu : 3900g 56 cm – wielki,  zdrowy, najpiękniejszy na świecie syn.

Jak najlepiej opisać moje zmagania (raczej walkę) o ciążę? W ciąży byłam 7 razy a mam 2 dzieci. To mój ból, krzyk, moja karma i wołanie lekarzy: tak ma być, Bóg tak chciał.

POLECAMY:

Strata po stracie – poronienia nawracające

Zespół antyfosfolipidowy przyczyną poronienia

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

 

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.

Strata za stratą… miłość i tak zwycięża! „Zrobiłabym wszytko tak samo, by tylko mieć nasze córeczki”

Fot. archiwum prywatne / Julka przytulająca się do siostry będącej jeszcze w brzuchu mamy
Fot. archiwum prywatne / Julka przytulająca się do siostry będącej jeszcze w brzuchu mamy

Karolina i Rafał są ze sobą od 14 lat, jednak ich doświadczenie spokojnie można przełożyć na co najmniej sto bitych lat. Przeżyli razem upadki – poronienia, śmierć rodziców – ale i wzloty. Są bowiem rodzicami pięcioletniej Julii, a druga córka jest w drodze: „Gdy patrzę w przeszłość, zrobiłabym wszytko tak samo by tylko mieć nasze córeczki” – mówi Karolina.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Wspólna droga zaczęła się, gdy Karolina miała 18 lat. Można by rzecz: „szczenięca miłość”, ale zakochani szybko wiedzieli, że chcą ze sobą zbudować rodzinę. Chcieli mieć przynajmniej jednego syna, o czym już wtedy rozmawiali. „Mąż jest starszy ode mnie o 9 lat. Szukał wtedy pracy, ja dopiero skończyłam szkołę. Mieliśmy jeszcze czas” – mówi Karolina i dodaje, że starania rozpoczęli dopiero kiedy oboje zawodowo stanęli na nogi i zamieszkali z rodzicami Rafała. „Był to 2006 rok. Nie było jednak w nas szczególnej presji. Kiedy jednak po trzech latach nie było efektu, stwierdziliśmy, że coś jest nie tak. To właśnie wtedy zaczęłam odwiedzać lekarzy” – opowiada.

Początek trudnej drogi

Specjaliści nie byli jednak specjalnie pomocni. Twierdzili, że para jest jeszcze młoda i nic złego się nie dzieje. Nie byli też szczególnie wrażliwi: „Pod koniec 2009 roku, któryś już z kolei lekarz, na podstawie badania USG powiedział, że prędzej trafimy szóstkę w totka, niż będziemy mieć dziecko. Skąd wysnuł taki wniosek? Uważał, że za bardzo się staramy i za dużo myślimy o ciąży. Kazał nam zająć się czymś innym. Zajęliśmy się więc przygotowaniami do ślubu” – mówi Karolina i wspomina swoją skromną, wymarzoną ceremonię, która otworzyła przed parą nowy etap. Niestety nie był on łatwiejszy.

Kilka miesięcy po ślubie Karolina trafiła do lekarki, która dokładniej zaczęła przyglądać się jej problemom. Po trzech miesiącach stymulacji lekami i monitoringów doszła do wniosku, że trzeba wykonać zabieg laparoskopii – nakłuwania jajników. „Miesiąc później byłam w ciąży. Trwała niestety tylko sześć tygodni. Straciliśmy nasze maleństwo 1-ego stycznia 2011 roku” – opowieść wciąż wywołuje w Karolinie duże emocje. I nic dziwnego, trudno wyobrazić sobie ból, z którym musiała się zmierzyć. „Poddałam się. Powiedziałam sobie, że nie będziemy rodzicami. Trwałam w tym przekonaniu do lipca, kiedy to na nowo rozpoczęliśmy walkę o maluszka” – dodaje.

Głową w mur

Był to czas pełen zmagań nie tylko z ciałem i biologią, ale też z emocjami. „Kłóciliśmy się z mężem, który nie chciał zgłosić się na badania nasienia. Twierdził, że jestem w ciąży, bo rzeczywiście spóźniał mi się okres. Konflikty nie ustępowały i dla świętego spokoju zrobiłam test. Ku mojemu zdziwieniu ukazały się dwie grube, piękne kreski! Kilka miesięcy później, w 2012 roku, na świat przyszła nasza zdrowa, upragniona córeczka!” – mówi Karolina i podkreśla, że sama ciąża była też dla niej dużym wyzwaniem. Była bowiem zagrożona, a ona musiała kilkukrotnie przebywać w szpitalu. Nie przyćmiło to jednak ich ogromnego szczęścia. Szczęścia, które popchnęło parę kilka lat później do starań o rodzeństwo dla Julii. Znów niestety nic nie szło po ich myśli.

W styczniu 2015 roku zwolniłam się z pracy, bo nie mieliśmy z kim zostawić córki. Dodatkowo teściowa, która chorowała na raka, była coraz słabsza i potrzebowała de facto więcej opieki, niż nasze dziecko” – opisuje z trudem Karolina. Kilka tygodni później znów jednak zobaczyła dwie kreski. Tym razem oprócz ogromu radości, było też jednak wiele strachu. Dlaczego nie udało się miesiąc wcześniej, gdy jeszcze oboje mieli pracę? Jak teraz poradzą sobie z dwójką maluchów? Wszystko wynagradzało jednak szczęście córki, która nie mogła już doczekać się rodzeństwa.

Los nie daje za wygraną

Pierwsze tygodnie ciąży były trudne – wymioty, mdłości i liczne wizyt u lekarza. W 10. tygodniu ciąży wszystko zdawało się być jednak w porządku. Mdłości ustąpiły, a Karolina i Rafał zaczęli się uspokajać. „Nie wiedziałam wtedy, że oznacza to najgorsze. W 14. tygodniu ciąży okazało się, że maluszek już od jakiegoś czasu nie żyje. Świat mi się zawalił. Pytałam się siebie, jak to możliwe?! Przecież wszystko było dobrze?!” – mówi Karolina. Spędzało jej sen z powiek przede wszystkim to, jak powie o stracie starszej córce, która już kochała swojego upragnionego braciszka. Spokojna rozmowa, wizyta w szpitalu i powrót do rzeczywistości.

Wszystko to kosztowało Karolinę bardzo wiele, nadzieję dała jej wtedy Julia: „Mała stanęła w oknie i patrząc w niebo powiedziała: ‘Mamo, tam na chmurce siedzi mój braciszek. Macha do mnie i mówi, że do nas wróci’. Zatkało mnie. Żyliśmy z dnia na dzień właśnie dla naszej córki. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że najbliższy rok skrywa kolejne złe dni pełne płaczu. 3 miesiące po stracie dziecka mąż stracił matkę. Nie zdążyliśmy podnieść się po jej śmierci, a po kolejnych trzech miesiącach mąż pochował ojca. Tego było już dla nas za wiele” – historia Karolina jest wręcz trudna do wyobrażenie. Nic dziwnego, że para zdecydowała się w pewnym momencie zaprzestać starania o kolejne maleństwo. Przewrotność losu jest jednak nie do przewidzenia. Pod koniec stycznia Karolina znów miała mdłości.

Wszystko będzie dobrze!

Szok, radość, łzy i strach, że po raz kolejny będzie tak samo. Że znów stracimy maluszka, a najbardziej będzie cierpiała córka. Mijały jednak tygodnie, a mdłości się nasilały. Moja ginekolog mówiła, że to dobry znak i mamy wierzyć, że będzie dobrze” – mówi Marta, która jest właśnie w 33. tygodniu ciąży. Wszyscy oczekują już przyjścia na świat drugiej dziewczynki. „Malutka kopie bardziej, niż pierwsza córeczka, z czego bardzo się cieszymy. Szykujemy wyprawkę i czekamy. Chcemy ją w końcu przywitać, poznać i przytulić” – dodaje szczęśliwa dziś mama.

Los zdaje się być naprawdę pokrętny. W ciągu kilkunastu lat związku Karolina i Rafał przeżyli bowiem wiele zwrotów. „Najważniejsze jednak, że zawsze byliśmy razem. Nawet wtedy, gdy traciliśmy nasze maluszki mąż był ze mną i dawał wiele wsparcia” – mówi kobieta i dodaje: „Gdy teraz patrzę w przeszłość, zrobiłabym wszystko tak samo, by tylko mieć nasze córeczki… te kopniaki wynagradzają wszystko!”.

Fot. archiwum prywatne / Karolina z Julią

Fot. archiwum prywatne / Karolina z Julią

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Pracuję z dziećmi a sama ich mieć nie mogę. To takie trudne…

Fot. fotolia
Fot. fotolia

Nie sądziłam, że problem niepłodności dotknie właśnie mnie. Pracuję z dziećmi w przedszkolu – zawsze marzyłam o własnym. A tu inseminacja a potem in vitro – poznaj historię Anny.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Nie sądziłam, że problem niepłodności będzie dotyczył mnie. A jednak. Nawet w okresie dojrzewania, kiedy zaczęłam mieć problemy z regularnym miesiączkowaniem, nie sądziłam, że to może mieć takie poważne skutki. Wtedy, żaden z lekarzy nie powiedział mi, że mogę mieć w przyszłości problem z zajściem w ciążę.

Ja i moja niepłodność…

Niepłodność… towarzyszka życia, z którą zmagam się od 2 lat, ale tak naprawdę zaczęliśmy starać się od dziecko już dużo wcześniej.  Ślub wzięliśmy w czerwcu 2013 roku.

Wiedzieliśmy, że chcemy powiększyć rodzinę. Oboje lubimy dzieci, a ja pracuję w przedszkolu, więc dzieci to mój świat. Wiedzieliśmy też, że chcemy poczekać kilka miesięcy – do końca mojego stażu bądź zacząć starania na chwilę przed jego ukończeniem.

W tym okresie byłam pod opieką lekarza. Nie będą oceniać jego pracy. Wtedy byłam zadowolona – pierwsza wizyta: szczegółowy wywiad, szereg badań do zrobienia i wstępnie postawiona diagnoza – hiperprolaktynemia czynnościowa i zespół androgenny. Stąd moje problemy z miesiączką. Leki brałam systematycznie, wyniki badań poprawiały się a okres był – jak w szwajcarskim zegarku. Gdy w 2014 zasygnalizowałam chęć posiadania dziecka nie przypuszczałam, że od tego czasu zaczniemy z mężem długą walkę o to, o czym marzymy. „System” opracowany przez lekarza nie sprawdził się.

Po stażu miało być dziecko…była wizyta u psychologa

Po skończonym stażu zdecydowałam się na sesje u psychologa, gdyż sądziłam, że stres blokuje mnie.

Pomogło. 6 sesji po których zmieniłam swoje nastawienie do życia i ciąży. Najważniejsze – mąż zmianę zauważył. Moja głowa nie była już tak nastawiona na posiadanie dziecka jak wcześniej.

Mąż namówił mnie na wizytę u innego lekarza, którego jestem pacjentką do dziś. I znów – wywiad, cytologia, biocenoza pochwy, usg od razu i skierowanie na badania drożności jajowodów. Intuicja mówiła mi, że wszystko będzie w porządku i tak było. Po luteinie, którą brałam, żeby mieć miesiączkę regularnie, zaczynał dojrzewać pęcherzyk i wyznaczonym dniem, kiedy powinnam stawić się na kolejne usg. Kilka dni później okazało się, że pękł. Wiadomo, co to oznacza – czekamy kilka dni i robimy test. Nie wyszło. Trudno, pierwsze podejście. Rzadko kiedy od razu udaje się.

Czytaj też: Jak zachować równowagę podczas starań – radzi psycholog

 

Próby próbami, ale in vitro? To był dla nas szok!

Niewiele czasu upłynęło, kiedy zaproponowano nam inseminację, wtedy też usłyszałam, że gdyby w ten sposób nie udało się, to trzeba będzie pomyśleć o in vitro. Zmroziło mnie…

Ja i in vitro? Nie ma możliwości. Nie byłam przeciwna ze względów ideologicznych, tylko byłam przekonana, że mnie to nie dotyczy.

Do pierwszej procedury IVF mieliśmy 3 inseminacje. Moje jajniki nie chciały współpracować na zawołanie. Jeśli mam rozłożyć to w czasie to: październik 2015, grudzień, styczeń 2016 . Przełom maja i czerwca 2016 r., to już czas stymulacji hormonalnej do pierwszego IVF. W czasie punkcji pobrano wiele pęcherzyków, jednak okazało się, że nie każdy posiada komórkę jajową. W ostateczności było ich 3, ale powstał tylko jeden zarodek. Transfer i 2 tygodnie zwolnienia.

Pobranie krwi na Dzień Ojca nie przyniosło sukcesu

Pobranie krwi w Dniu Ojca. Wynik: bHCG – 0,2.  Do drugiej procedury podchodziliśmy pod koniec sierpnia, jednak pęcherzyk po stymulacji było tak mało, że punkcja jajników nie wchodziła w grę i zdecydowałam się na czwartą inseminację. Bezowocną.

Trzecia procedura z innymi hormonami i z wieloma pęcherzykami. Tym razem 13 komórek jajowych, zapłodnionych 6, ale tylko 2 zarodki rozwinęły się do stadium blastocysty. Pierwszy transfer miałam w grudniu – ciąża biochemiczna, drugi w marcu tego roku. Nieudany. Po nim długo zastanawialiśmy się, co robić dalej. Mieliśmy zamrożone oocyty. W ostateczności ustaliliśmy, że robimy przerwę – odpoczywamy, robimy reset od kliniki i leków. To jest czas dla nas. Podjęliśmy też decyzję – ostatni raz na jesieni podchodzimy do IVF.
A na leczenie nie – liczyliśmy – ale wydaliśmy ok. 40 tys. zł.

Jeśli nie uda się z in vitro adoptujemy

Dlaczego in vitro? Dlatego, że wiedzieliśmy, że innej drogi nie ma… tzn jest – naprotechnologia i adopcja. Pierwsza opcja nie wchodziła w grę, bo w nią nie wierzyliśmy. Szkoda nam było czasu na wizyty u lekarzy specjalizujących się w tej metodzie, a adopcja… to jeszcze nie był ten moment. Chciałam poczuć jak to jest być w ciąży… nadal wierzę,  że tak będzie…

POLECAMY:
18 razy straciła ciążę i jest szczęśliwa mamą

Aneta Grinberg-Iwańska

Absolwentka dziennikarstwa i politologii. Pasjonatka technik video. Redaktor prowadząca serwis.