Przejdź do treści

10 uczuć niepłodności

uczucia towarzyszące niepłodności
Niepłodności towarzyszy szereg trudnych emocji / fot. Fotolia

Co czujesz starając się o dziecko? Jakie uczucia towarzyszą Ci każdego dnia?

Spisując Wasze odczucia zebraliśmy swoisty dekalog uczuć staraczki. Cytaty znaleźliśmy na forach i w komentarzach.

CHaBeR News

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

1. Załamanie

Dowiedziałam się, że jestem niepłodna. Moje życie to kupa gruzu i 100 metrów mułu.

2. Złość

Nigdy nie spełnię swoich marzeń. Nigdy nie będę mieć dziecka. Nigdy nie będę matką. Jestem wkurwiona. Mam prawo być, tak jak i wszystkie inne kobiety w podobnej sytuacji.

3. Depresja

Największego doła łapię niestety kiedy wokół słyszy się o kolejnych ciążach w otoczeniu i widzi się te wózeczki na ulicach…

4. Nadzieja

Jestem na siebie zła, bo miałam się nie nakręcać, a coś czuje, że im bliżej będzie końca cyklu, tym więcej będę o tym myśleć.

5. Zwątpienie

Głowa mi pęka, mam okropne mdłości, czkawkę i odbija mi się nie wiem czym… A na poprawę humorku pół dnia oglądałam mebelki dziecięce i ciuszki po moim rocznym braciszku. I znów to czekanie i zapewne rozczarowanie…

6. Presja

Zdaję sobie sprawę, że połowa moich dolegliwości jest wykreowana przez podświadomość, jednak zaprzestanie myślenia o fasolce jest nierealne…

7. Przesuwanie granic

Coraz częściej myślę o in vitro. Inseminacja bez sensu, bo doskonale wiem, kiedy mam owu, biorę odpowiednie leki (oprócz poprzedniego cyklu). W odpowiedni moment trafiam na pewno. Oczywiście jak mi nie pisane to i in vitro nie pomoże, ale przynajmniej kiedyś nie będę miała myśli, że czegoś nie zrobiłam. Dam sobie kilka miesięcy na zbieranie kasy, resztę się pożyczy i spróbuję. 

8. Przygnębienie

Niestety moje dni mijają bezprodukcyjnie, odliczam tylko dni do powrotu męża, żeby brać się do roboty.

9. Frustracja

Wszyscy mówią, żeby nie myśleć o ciąży, to się pojawi. Staram się, mam mnóstwo innych rzeczy do roboty, ale i tak ciągle siedzi mi to w głowie. Też tak macie? I ciągle myślę, czemu kolejne koleżanki zachodzą w pierwszym, drugim cyklu starań, a mi kolejny raz nie wyszło.

10. Strach

Strach przeszywa mnie na myśl o in vitro a to jedyna szansa w moim przypadku z mężem, żeby mieć upragnionego dzidziusia. Brak słów, aby to opisać i dlatego też już samej brak mi sil na wszystko! Mam 35 lat, a świat wali mi się pod nogami!

Zobacz także:

In vitro – obawy pacjentów

Czy leżenie po inseminacji zwiększa szanse na zajście w ciążę? Mamy najnowsze wyniki badań!

Tu kupisz najnowszy magazyn Chcemy Być Rodzicami

Chcemy Być Rodzicami

Jedyny magazyn poradnikowy dla starających się o dziecko. Starania naturalne, inseminacja, in vitro, adopcja.

Zaryzykować życie córki czy synów? Tę dramatyczną decyzję wymusiło na niej życie

dDłoń noworodka w dłoni matki /Ilustracja do tekstu: Dramatyczna decyzja matki: Zaryzykować życie córki czy synów

Młodzi rodzice byli podekscytowani, gdy dowiedzieli się, że za kilka miesięcy mogą powitać na świecie trojaczki. Żadne z nich nie podejrzewało, że ich nieopisana radość ustąpi wkrótce miejsca niezwykle dramatycznym chwilom, a ich skutki mogą zaważyć na ich przyszłym życiu.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Chloe i Rohan z Australii byli już rodzicami trójki zdrowych i uroczych chłopców. W głębi serca oboje pragnęli jednak, by ich rodzina powiększyła się też o dziewczynkę. Postanowili spróbować jeszcze jeden, ostatni raz. Nie spodziewali się, że efektem tych starań będą… trojaczki.

– Podczas USG powiedziano nam, że nasze czwarte i ostatnie dziecko będzie tak naprawdę czwartym, piątym i szóstym. Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia. Jestem jednocześnie przerażona, podekscytowana, przejęta i przepełniona szczęściem oraz niemal wszystkimi innymi emocjami, które może sobie wyobrazić człowiek – pisała wówczas na swoim fanpage’u.

Dramatyczna decyzja matki: kogo ratować?

Obawy Chloe i Rohana szybko przykryła wzbierająca fala ogromnej radości. Gdy powoli przygotowywali się do powitania na świecie potrójnego szczęścia: dwójki chłopców i wymarzonej córeczki, sytuacja przybrała niespodziewany obrót. Rutynowe badanie wykazało, że dwójka chłopców zabiera zbyt dużo miejsca w macicy Chloe, co poważnie zagraża dziewczynce.

Sytuacja z dnia na dzień się komplikowała. Lekarze byli zdania, że żeński płód najprawdopodobniej nie przetrwa. Jedyną szansa, by go uratować, był przedwczesny poród. Ten jednak wiązał się z zagrożeniem dla pozostałych płodów. Niebezpieczeństwa dla nich można byłoby uniknąć, gdyby Chloe pozwoliła na naturalne obumarcie płodu córeczki.

Te nieoczekiwane wieści spadły na młodych rodziców jak grom z jasnego nieba. Z dnia na dzień stanęli przed decyzją wręcz niemożliwą do podjęcia. Przed tak trudnymi, dramatycznymi i obciążającymi wyborami nie powinien stawać przecież nikt. Załamana Chloe czuła w głębi serca, że żadne rozstrzygnięcie tej patowej sytuacji nie będzie dostatecznie racjonalne i dobre.  Ale decyzję – mimo to – trzeba było podjąć…

CZYTAJ TEŻ: Z jego nasienia narodziło się dziecko innego mężczyzny. Niesamowity przypadek w USA

Walcząc o wszystkie dzieci

– W tamtym okresie ledwie mogłam tego wszystkiego słuchać. Mój umysł skupiał się tylko na myśli: „Chcę, by przeżyły wszystkie moje dzieci”. Rozważyłam wszystkie alternatywy, zebrałam niezbędne informacje i próbowałam dowiedzieć się, co czeka moje dzieci w każdym ze scenariuszy… Wiedziałam, że będzie trudno, ale nie potrafiłam nie zawalczyć o córeczkę. Wiedziałam, że jest silna – przetrwała przecież do 28. tygodnia ciąży, nie mając dla siebie praktycznie żadnych składników odżywczych w macicy.

 

Chloe przyznaje, że czuła się winna, że decyduje się na przedwczesny poród, narażając tym samym  swoich synów na zagrażające ich zdrowiu procedury. Samopoczucie mamy pogarszały dodatkowo zdrowotne komplikacje Pearl (bo takie imię otrzymała córeczka). Odnotowano u niej spadek wagi urodzeniowej, z trudem walczyła też z infekcjami i wymagała podłączenia do specjalistycznej aparatury.

– Czasem czułam, że podjęłam złą decyzję, że powinnam zdecydować się na inna opcję, w której żadne z dzieci by nie cierpiało. Trudno było mi poradzić sobie z tymi uczuciami, a nawet przyznać się do nich – wspomina Chloe.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Męska perspektywa niepłodności. „Bezradność i wykastrowanie to dwa podstawowe uczucia, których doświadczałem”

Szczęśliwy finał

Ale czas mijał, a cała trójka dzieci stawała się silniejsza. W czasie, gdy Chloe koncentrowała się na zdrowiu dwójki chłopców, którzy wciąż czekali na swój czas, by przyjść na świat, Rohan wziął na siebie obowiązki rodzicielskie nad pozostałymi dziećmi. Wspólny wysiłek i odwaga obojga rodziców przyniosły wspaniałe rezultaty. Wkrótce urodzili się oczekiwani synowie, a Pearl z pomocą lekarzy wybrnęła z początkowych kłopotów zdrowotnych. I choć dziś – dwa lata od urodzin – jest nieco mniejsza od swoich młodszych braci, wiedzie prym wśród piątki rodzeństwa.

Takie zakończenia dają nadzieję każdej parze, która mierzy się z komplikacjami w okresie ciąży. Oby takich finałów było jak najwięcej!

Źrodło: fempositive.com, facebook.com/chloeandthebeans

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Wcześniak mniejszy od iPada. Poznaj niesamowitą historię walecznej dziewczynki

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Od 20 lat pomagają opuszczonym maluchom. Bo „samotność nie jest dla dzieci”

Zapłakane dziecko /Ilustracja do tekstu: Fundacja Gajusz i Tuli Luli pomagają opuszczonym dzieciom. Bo samotność nie jest dla dzieci
Fot.: Pixabay.com

Gdy leczenie jej kilkumiesięcznego syna na szpitalnym oddziale onkologicznym przedłużało się o kolejne tygodnie, w akcie desperacji i deficytu nadziei Tisa postanowiła przekupić Boga. Obiecała, że założy fundację, by pomagać dzieciom, przy których nie ma rodziców. Żeby żaden maluch nie umierał samotnie.

CHaBeR News

http://www.chcemybycrodzicami.pl/wp/wp-content/uploads/2016/07/pop-up-foto.jpg

Jesteś dla nas ważna!

Chcemy być z Tobą w kontakcie, zapisz się do newslettera, aby otrzymywać wartościowe informacje.

Przygotujemy dla Ciebie coś ciekawego i możesz być pewna, że nie zasypiemy Cię mailami.

Jej syn Gajusz urodził się 2 lipca 1996 roku. – 10 punktów w skali Apgar i 4 kilogramy szczęścia – wspomina. Ale czysta radość nie trwała długo. Kilka miesięcy po narodzinach niemowlę poważnie zachorowało.

– Mam przed oczyma bobix, czyli plastikową, przezroczystą tubę, w której robili mojemu dziecku RTG płuc. Pamiętam pielęgniarkę i słyszę jej słowa: „Mam noworodka w ciężkim stanie!”. Nie mogę przypomnieć sobie lekarza ani tego, co wtedy powiedział. Mój mąż zapytał, czy dziecko przeżyje. Byłam wściekła, że w ogóle mógł pomyśleć o czymś tak strasznym – mówi Tisa Żawrocka-Kwiatowska, założycielka Fundacji Gajusz.

Na oddziale onkologicznym spędzili wiele tygodni. Sami, bez wsparcia personelu, bo w tamtych czasach rodziców nie traktowano podmiotowo. Lekarz prowadzący nie rozmawiał, niewiele tłumaczył. W sali obok umierała samotnie podopieczna domu dziecka, dwuletnia Paulinka, chora na białaczkę. Jej odejście bardzo bolało i przerażało.

Wiosną 1997 r. choroba nadal atakowała Gajusza. Wtedy, w akcie desperacji, histerii i deficytu nadziei, Tisa postanowiła przekupić Boga. Obiecała, że założy fundację, by pomagać dzieciom, przy których nie ma rodziców. Żeby ani jedna Paulinka nie umierała już samotnie. Kilka dni później jej syn wyzdrowiał. Tak po prostu.

Przeczytaj również: Walczył z nowotworem, aby poznać najmłodszą siostrę

20 lutego 1998 roku odebrałam dokumenty z sądu w Warszawie. Miałam 28 lat i 12 dni – wspomina. – Nie miałam żadnej merytorycznej wiedzy, ale postanowiłam zdobyć jej jak najwięcej i jak najszybciej.

Dobry duch, który utuli

24 grudnia 2002 roku przy Fundacji Gajusz powstał NZOZ psychologiczny, a 5 stycznia 2005 roku – hospicjum domowe. W 2012 roku odbyła się szalona przeprowadzka do remontowanego jeszcze budynku przy ulicy Dąbrowskiego 87. W 2013 roku powstał tam Pałac – Hospicjum Stacjonarne dla Dzieci i Hospicjum Perinatalne.

Najnowsze „dziecko” Gajusza narodziło się październiku 2016 rok. To Tuli Luli, czyli Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny, który opiekuje się opuszczonymi dziećmi w wieku od 3 dni do roku. – W dniu otwarcia myślałam o zmarłej w grudniu 1996 roku Paulince, dwuletniej dziewczynce z domu dziecka. Czułam, że to jej dobry duch czuwa nad Tulisiami – mówi Tisa.

Pierwszy mieszkaniec Tuli Luli niedawno skończył rok, najmłodszy ma zaledwie parę dni. W ciągu kilkunastu miesięcy działania ośrodka preadopcyjnego utulonych zostało tu ponad 30 dzieci. Większość z nich już jest lub za chwilę będzie z nowymi rodzicami. Dzięki systematycznej pracy całego zespołu dwoje dzieci wróciło do rodzin biologicznych. Tych emocjonujących chwil jest tak wiele, że trudno je zliczyć.

– Nigdy nie zapomnę dnia, w którym pojawiła się u nas pewna mała istotka – mówi Jolanta Kałużna, dyrektor Tuli Luli. – Ważyła ledwie 2 kilogramy, chowała się w ubrankach i beciku. Drobna twarzyczka z przepięknym uśmiechem. Nadal z zaufaniem do dorosłych, pomimo przeżytych trudnych chwil – rozstania z mamą oraz miesięcznego samotnego pobytu w szpitalu.

Maleńka skradła serca wielu opiekunów ośrodka, ale tylko trzech dostąpiło zaszczytu tulenia i całowania tycich stópek. Dlaczego? Bo w Tuli Luli nie panuje zasada „im więcej, tym lepiej”, tylko: „zawsze pomyśl o dziecku”. Owszem – całowania maluszka nigdy dość, ale całowania odpowiedzialnego, z podobnym naciskiem, zapachem i delikatnością. Układ nerwowy dziecka nie lubi chaosu, tylko powtarzalność i pewien porządek. W Tuli Luli dbają o to specjaliści, opiekunki i wolontariusze. Ludzie wyjątkowi, z sercem na dłoni, ale też z ogromnym doświadczeniem i wiedzą.

Tuli Luli, czyli namiastka domu

Narodziny dziecka w każdym domu powodują zmiany. A co się dzieje, gdy – jak w Tuli Luli – pojawia się 20 dzieci? W tej sytuacji potrzebne są ręce do pracy. Tylko dzięki nim mogła powstać wózkownia, czyli garaż dla niemowlęcych wózków. Nie sposób przecież trzymać ich aż tylu w pokoikach. Przy wyjściu z ośrodka pojawił się też taras, aby maluchy mogły łapać każdy promień słońca. Konieczne okazało się kupno 7-osobowego samochodu, by wygodnie i bezpiecznie dojeżdżać na zajęcia dla bobasów, konsultacje medyczne czy basen.

Ale Tuli Luli to nie jest idealne miejsce dla maluszków – takim byłby tylko kochający dom. Skoro jednak muszą znaleźć się na pewien czas w ośrodku, to niech on będzie wystarczająco dobry dla nich. Dobry, czyli z rodzinną atmosferą, ciepłymi ludźmi, przyjazną przestrzenią.

Dziś Fundacja Gajusz codziennie otacza opieką ponad 200 dzieci, ma prawie 60 000 fanów na Facebooku i współpracuje z niemal setką specjalistów (lekarze, pielęgniarki, psychologowie, rehabilitanci, duchowni, opiekunki, wychowawcy, salowe, księgowe, pracownicy działu obsługi darczyńcy, prawnicy, koordynator wolontariatu, pracownicy socjalni, logopedzi, sekretarka, graficy) oraz z wolontariuszami. Pomoc świadczona jest wyłącznie dzięki darczyńcom.

Chcesz wspomóc Fundację Gajusz?
Przekaż 1% swojego podatku: KRS 0000 109 866

Więcej informacji na temat działalności Fundacji Gajusz na coteraz.org.

POLECAMY TEŻ: WOŚP wesprze dziecięcą psychiatrię. Oddziały wyglądają, jakby zatrzymały się w czasie

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.